Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

26 kwietnia 2016

Słoń sam dźwiga swoje kły

78

Tam, gdzie chłodna bryza wprawia w ruch gałęzie drzewa nadziei, a zachodzące słońce jest żegnane ponurym wyciem hien, mieszkają Meru. O swej ziemi mówią, że to najlepsze miejsce na świecie – piękne i pełne wspaniałych ludzi. I trudno się z tym nie zgodzić.

Tam, gdzie zielone wzgórza przechodzą w płowe sawanny, gdzie wyboista asfaltowa droga wijąca się nad urwiskiem nagle się kończy, a przed kierowcą otwiera się suchy, ciernisty busz, ciągnący się hen do granic z Etiopią i Somalią, gdzie słońce zachodzi na czerwono, żegnane ponurym wyciem hien – tam mieszka tajemniczy lud Meru.

POLECAMY

Najstarsi pamiętają jeszcze opowieści, jak w czasach, gdy największy baobab ledwo sięgał kolan, przodkowie dzisiejszych Meru po długiej wędrówce osiedlili się na północno-wschodnich stokach góry Kenia (suah. Kirinyaga – Góra Jasności), której podnóże przecina linia równika. Jak mówi legenda, Meru przybyli z Misiri, czyli terenów dzisiejszego Egiptu, gdzie przez wiele lat pozostawali w niewoli. Prowadzeni przez wspaniałego wodza i wielkiego proroka Mwithe, uciekli od prześladowców i przekroczyli w magiczny sposób Mbwaa – Wielką Wodę. Wiele lat wędrowali przez sawanny i wzgórza wschodniej Afryki, wśród wielotysięcznych stad zebr i antylop topi, oglądali dumne słonie, zjeżdżające po piaszczystych zboczach wzniesień prosto w ciepłe wody Oceanu Indyjskiego, szukali wodopojów na półpustynnych terenach północnej Tanzanii – by wreszcie dotrzeć do ziemi obiecanej im w przepowiedni.

Na ziemiach Meru w kenijskiej Prowincji Wschodniej zamieszkałam na początku pory deszczowej. Ciemne chmury gromadziły się nad okolicznymi wzgórzami, a wielobarwne, szczebiotliwe ptaszki latały nisko nad ziemią, zapowiadając to, co się miało wydarzyć. W samo południe gwałtowna ulewa zaczęła rzeźbić głębokie kratery w spragnionej deszczu czerwonej ziemi. Kobiety handlujące wzdłuż drogi soczystymi papajami i mięsistymi bananami przemokły do suchej nitki, podobnie jak kierowcy i pasażerowie motorów, nieraz ściśnięci po sześciu na jednym pojeździe, byle dostać się do wioski, nim droga zamieni się w błotnistą rzekę. Pora deszczowa przybyła do Prowincji Wschodniej wraz z jesiennym monsunem i miała gościć tu przynajmniej do połowy grudnia. Co noc budziły mnie wielkie krople, bębniące w blaszany dach chatki niczym w plemienny tam-tam. Czułam, że mój domek mógłby unieść się na wodzie i popłynąć aż do Jeziora Wiktorii, zabierając nie tylko mnie, ale także mych współlokatorów – kilka szczurów, cały zestaw pająków, parę gekonów i złote chrabąszcze.

Zmartwienie ryby, szczęście sokoła
Pewnego ranka siedziałam na ławeczce przed domem, sącząc słodki czaj. Dosiadł się wtedy do mnie człowiek bardzo poważany w miasteczku – Eliud Muthambi, ojciec trzydzieściorga dwojga dzieci (z sześcioma żonami), właściciel ogromnych połaci ziemi i niezliczonych stad bydła, co zarówno wśród Meru, jak i większości z ponad pięćdziesięciu grup etnicznych zamieszkujących Kenię jest oznaką wielkiego bogactwa. Muthambi nie jest jego nazwiskiem. Lud Meru w ogóle nie używa nazwisk, jednak pod wpływem misjonarzy przyjęła się tu tradycja nadawania dwóch imion – chrześcijańskiego i plemiennego, choć częściej używa się tego drugiego. Staruszek oparł swoją pięknie rzeźbioną laskę o ścianę, zmrużył oczy oślepiony wyłaniającym się zza chmur słońcem i rzekł ochrypłym głosem:

– Hasira ya mkizi ni furaha ya kanguru.
– Marahaba, moje uszanowanie. Przepraszam, ale mój suahili jest bardzo kiepski – wyznałam speszona.
Staruszek spojrzał na mnie czarnymi, zamglonymi oczami, jakby chciał sprawdzić, czy na pewno mówię prawdę. Po chwili jego poorana zmarszczkami twarz rozjaśniła się i wyjaśnił:
– Zmartwienie ryby jest szczęściem sokoła.

Rozejrzał się dookoła i dodał: – Nasza ziemia potrzebuje deszczu. Zobacz, jak po kilku dniach monsunu zazieleniły się wzgórza, jak kwitną krzewy i rumienią się mango – wskazał niemal bezlistne drzewo pokryte wielkimi, czerwonymi kwiatami w kształcie kielichów. – Nazywamy je drzewem nadziei. Zakwita tuż przed przybyciem pierwszych deszczów i kwitnie do końca pory deszczowej. Jest jak zegar, który odmierza upływ monsunu. Wszyscy wyczekujemy pór deszczowych. Między nimi czas zastyga, a życie przepełnia obawa, czy studnia nie wyschnie. Jednak zbawienne ulewy dla wielu są koszmarem. Dla ludzi mieszkających w szałasach, dla dzieci ulicy, które wyczekują ranka pod szmacianymi pokryciami straganów, pora deszczowa jest przekleństwem. Co z tego, że rolnicy zbiorą plony, skoro oni i tak nie będą jeść owoców dojrzewających w zimne deszczowe noce?

Dzieci ulicy
Chciałam kontynuować ten temat. Nieczęsto miałam okazję rozmawiać z mieszkańcami Kenii o problemach ich społeczności. Normą jest tam bowiem zachowywanie optymizmu i dzielenie się dobrymi wiadomościami, niejako na przekór tragicznym wydarzeniom wokół. Dlatego na pytanie „Jak się masz?” należy odpowiedzieć „Fantastycznie” lub „Bardzo dobrze”.

– Bwana, proszę pana, czy słyszał pan o dzieciach z posterunku policji?
– Jakich dzieciach?
– Ich matki zostały aresztowane za nielegalną produkcję piwa – zaczęłam. – Dzieci zostały same, nie mają tu żadnej rodziny. Po kilku dniach udało im się dojść aż spod Parku Narodowego Meru do naszego miasteczka. Wkroczyły do komisariatu umorusane, głodne, zasmarkane, te młodsze – obsiusiane. Policjantom zmiękły serca i pozwolili dzieciakom spać z matkami. Wszyscy razem w przepełnionej celi, bez żadnego koca czy maty. W ciągu dnia dzieci wypuszczane są na ulicę, gdzie szwendają się w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Ich ubrania już teraz przypominają łachmany, a tenisówki zdarły się, odsłaniając stopy. Obdarta szóstka zawsze trzyma się razem.
– Policjantom niedługo znudzi się ta dobroć i wyrzucą watoto [dzieci] na ulicę, gdzie dołączą do tej brudnej i bezczelnej zgrai wąchającej klej i kradnącej jedzenie ze straganów.
– Ja mam dla nich więcej współczucia niż złości – zaprotestowałam. – To nie ich wina, że wylądowały na ulicy.
– Słoń sam dźwiga swoje kły – staruszek znów zwrócił się do mnie przysłowiem, których Meru używają nad wyraz często. Zamyślił się na chwilę, po czym mówił dalej: – Ojciec Munene namówił mnie, żebym im pomógł. Opłaciłem kilku najmłodszym dzieciom, takim, których klej nie pozbawił jeszcze rozumu, szkołę z internatem. Daleko stąd, na południe od góry Kenia, po drodze do Nairobi. Każdy z chłopców dostał wyprawkę: skrzynię z mundurkiem i bielizną, zeszyty i książki. Wszystko, czego potrzeba, by zacząć nowe życie. Po miesiącu wszyscy, co do jednego, byli z powrotem w miasteczku. Leżeli w rowie z buteleczką kleju w ręce i bełkotali do przechodniów.
Nastąpiła cisza. Muthambi patrzył w dal nieobecnym wzrokiem. Mlaskał tylko od czasu do czasu, bo cały policzek miał wypełniony miraa, popularnymi w Afryce Wschodniej narkotycznymi łodyżkami o działaniu pobudzającym. A ja zaczęłam się zastanawiać, dlaczego pomoc nie działa...

Powrót do szałasu
45 procent mieszkańców Kenii żyje poniżej granicy ubóstwa. Przepełnia ich poczucie tymczasowości, które sprawia, że nie potrafią angażować się w nic, co nie przynosi natychmiastowych efektów. Codzienna walka o przetrwanie pozbawiła ich umiejętności przewidywania i myślenia o przyszłości. Bieda nie tylko prowadzi do poczucia bezradności i braku wiary we własne możliwości, ale też nie zostawia żadnego marginesu dopuszczającego błąd. Podejmowanie wysiłków niezwiązanych bezpośrednio z przetrwaniem oznacza niepotrzebne marnowanie energii, a nawet najmniejsza pomyłka może prowadzić do tragedii – zwykłe przeziębienie w sytuacji braku dostępu do leków grozi poważnymi powikłaniami;...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy