Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sacrum na rozdrożach

Artykuł | 23 marca 2016 |
88

Choć człowiek Zachodu pozostał w znacznej mierze człowiekiem wiary, przekształciło się zupełnie jego rozumienie świętości. Uległo ono swoistemu „spłaszczeniu”, „wyzuciu” z wielu głębokich, istotnych treści.

Bez wątpienia świat religijny doświadcza dzisiaj ogromnych przemian. Przemian wielokierunkowych i złożonych. Takich zatem, dla których nie da się odnaleźć jednego imienia, jednego znaku drogi. Ale coś tu jednak można powiedzieć z jako taką pewnością: że narzucający się jeszcze do niedawna w kręgu cywilizacji zachodniej obraz jednokierunkowej przemiany – ku desakralizacji, ku „stygnięciu” religijnego żaru czy też „wymywaniu” świętości z doświadczenia współczesnego człowieka – nie ze szczętem jest prawdziwy. Że – z jednej strony – co i rusz targają nim rozmaite sprzeczności, dramatyczne często i paradoksalne, z drugiej zaś – kipią gdzieś pod jego powierzchnią żarliwości nowego rodzaju, ledwie na razie wyczuwalne i bez wyrazistego kształtu. A sprawę przy tym komplikuje, nierzadko drastycznie, to mianowicie, że właśnie za naszych dni niemal zaniknął w istocie odwieczny dotąd rozziew między tym, co lokalne, peryferyjne czy cząstkowe, a tym, co powszechne, globalne, przynależne do całości. I – nie tylko za przyczyną mediów – jakieś wydarzenie przygodne gdzieś w kącie świata, jakiś proces społeczny, kulturowy czy duchowy, rozpoczęty w odległej i zapyziałej prowincji, staje się znienacka, z dnia na dzień, kwestią uniwersalną, źródłem światowego lęku albo też, niestety rzadziej, światowej nadziei.

POLECAMY

A tym samym przychodzi nam doświadczać – zarazem jakby odruchowo jej wyczekując – jakiejś apokalipsy na raty. Apokalipsy częstokroć zresztą o podłożu czy kształcie religijnym albo przynajmniej pozornie religijnym. Mówiąc w skrócie czy uproszczeniu: dżihadyzm nigeryjskiego Boko Haram i dżihadyzm z wielokulturowych podparyskich blokowisk, jakkolwiek oddalone od siebie i odseparowane dziesiątkiem granic, przede wszystkim kulturowych i ekonomicznych, sprzęgają się w naszych oczach w jedną niepokojącą całość, w jedno potężne widmo. I sprawiają jakby, że Paryż staje w obliczu tego samego płomienia co Lagos.

Echa wojny świętej
No właśnie: Lagos… Dziesięciomilionowe, spazmatycznie rozrastające się zbiorowisko uciekinierów z dawnych agrarnych i archaicznych społeczności, zdruzgotanych przez brutalną nędzę i głód, przez wojny religijne, plemienne czy gospodarcze. Należy ono – podobnie jak na przykład Meksyk, São Paulo, Rio de Janeiro, Kair, Bombaj, Moskwa czy Kijów – do tych zupełnie nowych krajobrazów ludzkiego życia, które mimo gigantycznych rozmiarów mają niewiele wspólnego, często nic zgoła, z metropoliami starego typu, zrodzonymi w procesach uprzemysłowienia i urbanizacji XIX i XX wieku. I nie jest im pisana duchowość „nowego miasta świeckiego”, o jakiej pisał pastor Harvey Cox w głośnej książce The Secular City (1965) i idący jego śladem socjologowie Peter Berger czy Thomas Luckmann: religijność „niewidzialna”, religijność „wierzącego ludu”, sprywatyzowana, intymna, wolna od działań „instytucji widzialnych”.

Mamy więc raczej do czynienia, jak chce chociażby Robert D. Kaplan, ze „zbójeckimi miastami-państwami”, kształtującymi się spazmatycznie, otoczonymi przez kraje spustoszone ekonomicznie i kulturowo, na swój sposób zdziczałe. I stanowiącymi widowiskowy i brutalny wyraz wielkiego historycznego procesu – tego, że obecnie ludność świata porzuciła na zawsze wieś i stała się w ogromnej większości mieszkańcami miast. Tych właśnie „zbójeckich”, skazanych na nędzę, kompulsywną przemoc, na plemienne czy religijne wojny o dawnym i zupełnie nowym podłożu. Ich znamiennym przykładem mogą być gwałtowne zamieszki hinduistyczno-islamskie (grudzień 1992 – styczeń 1993), które wybuchły w Bombaju i innych miastach Indii, pochłaniając kilka tysięcy zabitych, po zburzeniu przez hinduistów z ruchu Kar Sevaks szesnastowiecznego meczetu Babri Masjid w Ajodhji – by odsłonić pozostałości świątyni Ram Janmabhoomi, zbudowanej rzekomo w miejscu urodzin boga Ramy.
Nie chodzi zresztą wyłącznie o egzotyczne światy. Wystarczy przywołać zniszczenie Sarajewa i innych miast byłej Jugosławii przez prawosławnych Serbów, katolickich Chorwatów i muzułmańskich Bośniaków w toku „wojny trzydziestoletniej” (określenie Slobodana Šnajdera ze wstępu do jego dramatu Skóra węża, wpisującego tę feerię przemocy w scenariusz ewangeliczny). Wystarczy przyjrzeć się wypadkom na kijowskim Majdanie w czarnych i strasznych chwilach obalania prezydenta Janukowycza, by rozpoznać w nich znamiona archaicznej wojny świętej – z przypisaną jej metafizyką dobra i zła, mistycyzmem ziemi i krwi, kultem męczeńskiego heroizmu.

Banki gniewu

Oczywiście jasne jest też zarazem, że obecna kultura, zwłaszcza kultura Zachodu (widziana przede wszystkim z socjologicznej perspektywy, z perspektywy wymiernych liczb i czysto zewnętrznych zachowań), doświadcza procesów odchodzenia od tradycyjnej wiary. Słowem, doznaje tego, co w żargonie publicystów i badaczy nazywa się rozmaicie: zeświecczeniem, sekularyzacją, zanikiem albo przynajmniej osłabieniem tradycyjnych instytucji, norm i wartości religijnych. I że dzieje się to niekiedy w oparach taniego libertynizmu, jak pokazują trywialne karykatury Mahometa i innych religijnych autorytetów z duńskiego dziennika „Jyllands-Posten” czy paryskiego tygodnika „Charlie Hebdo”.

Ale rozsypuje się nie tylko sama religio – to szczególne, zgodnie z łacińskim źródłosłowem, „wiązanie” wiary, to szczególne przywiązanie do „odwiecznych” praktyk kultowych i nauczania Kościołów czy innych struktur wyznawczych. Choć człowiek Zachodu pozostał w znacznej mierze człowiekiem wiary, homo religiosus, przekształciło się zupełnie jego rozumienie świętości, jego pojęcie sacrum. I uległo ono swoistemu „spłaszczeniu”, spłyceniu, „wyzuciu” z wielu głębokich, istotnych treści.
Nie chodzi przy tym o „ateizm praktyczny”, rozgrywający się niejako na co dzień poprzez powszednie i beznamię...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy