Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia , Otwarty dostęp

3 lipca 2019

NR 7 (Lipiec 2019)

Rozczarowanie jest zdrowe

979

Gdybyśmy byli w bliższym kontakcie z rzeczywistością, nie dochodziłoby do rozczarowania, ponieważ widzielibyśmy, jak ona cały czas się zmienia. Każde rozczarowanie jest zatem krokiem w kierunku zdrowienia, porzucenia iluzji.

Magda Brzezińska: Jakie było Pana pierwsze rozczarowanie w życiu? 

POLECAMY

ALEXANDER PORAJ-ŻAKIEJ: Myślę, że tym pierwszym doświadczeniem rozczarowania mógł być rozwód moich rodziców – choć nie pamiętam tego dobrze, bo miałem wówczas trzy i pół roku. Ujawniło się wtedy, że rzeczywistość jest inna, niżbym chciał. Dla wpatrzonego w rodziców małego dziecka rozsypanie się rodziny jest czymś więcej niż rozczarowaniem. To jest ból, kompletna destabilizacja, katastrofa. Świat się wali. 

W przypadku rozczarowania chyba nie tracimy od razu gruntu pod nogami?

Tak, choć jeśli rozczarowanie jest bardzo silne, to trudno o stabilność, nasz świat się chwieje. Jesteśmy zdezorientowani, czujemy, że jesteśmy w innym miejscu, niż myśleliśmy, że jesteśmy. Bo co to właściwie jest rozczarowanie? Na przykład po niemiecku rozczarowanie to Enttäuschung, czyli dosłownie: zaprzestanie mylenia się. Täuschen oznacza mylić, oszukiwać, przestawić coś na inne miejsce. A więc Enttäuschung, rozczarowanie, to przywrócenie na swoje miejsce.

W polskim źródłosłowie rozczarowania jest słowo czarowanie, a to z kolei pochodzi od czar – prasłowa obecnego w wielu słowiańskich językach. Czar, czereti oznaczało kreślić linie, ponieważ kapłani czy magowie kreślili linie nad osobą, dla której pragnęli odmiany. 

Zatem roz-czarowanie jest odejściem od czegoś magicznego. No właśnie! Dlaczego więc rozczarowanie ma raczej konotacje negatywne? Gdy mówimy komuś, że nas rozczarował, to jest to zarzut. Stwierdzamy w ten sposób coś bolesnego. Jest nawet taka zbitka frazeologiczna: „bolesne rozczarowanie”. Rozczarowanie wiąże się z cierpieniem, ale niekoniecznie z bólem. Ważne, żeby odróżnić ból od cierpienia. Wiele osób czuje ból, ale nie doświadcza z tego powodu cierpienia. Ból jest nieodłącznym aspektem życia, w większości przypadków nie możemy go uniknąć, możemy jedynie – przy pomocy wielu środków przeciwbólowych – stłumić jego percepcję. Na zniesienie cierpienia nie ma żadnych środków farmaceutycznych, nie ma pastylek na zmianę rzeczywistości. Cierpienie bowiem to stan psychosomatyczny, który pojawia się, gdy to, co jest, nie zgadza się z naszymi pragnieniami, marzeniami. 

A jeśli coś powoduje nasz dyskomfort, to odrzucamy to?

Nasza jaźń jest takim dyrektorem operacyjnym tworzenia i utrzymania strefy komfortu. Robimy zatem wszystko, by dopuszczać do siebie tylko fajne, przyjemne uczucia – co dla każdego z nas jest przyjemne to, oczywiście, kwestia indywidualna, subiektywna. Cierpieniem jest natomiast stan, w którym nasza strefa komfortu zostaje zagrożona.

Zagrożona przez co?

To dobrze widać na przykład w relacjach. Jestem z kimś i jest mi w tym związku dobrze, to znaczy: odczuwam pewną przyjemność. Jeśli teraz partner robi coś, co odbiera mi tę przyjemność, lub nie robi tego, co ją stwarzało, to oburzam się: „No wiesz, kiedyś byłeś inny, a teraz bardzo się zmieniłeś, jestem kompletnie rozczarowany tobą”. Pojawiło się we mnie nieprzyjemne, nowe uczucie i ja go nie przyjmuję, a winą za to nieprzyjemne uczucie obarczam partnera, który zachował się inaczej, niż ja bym chciał, oczekiwał. Zatem za rozczarowaniem stoi założenie, że na przykład dana osoba czy sytuacja powinna budzić w nas takie, a nie inne uczucia. To ciekawe, dlaczego przyjmujemy, że partner czy partnerka nie zmieni zachowania. Mówimy: „Zdradziłeś mnie, mój świat runął, jestem kompletnie rozczarowana twoim zachowaniem. Nie mogłam sobie wyobrazić, że jesteś do tego zdolny”.

No właśnie... Mamy jakiś pakiet wyobrażeń, tworząc związek.

„Czarujemy się”, że ktoś lub coś sprawi, że zawsze będzie nam dobrze, że zawsze będziemy tylko w takich sprzyjających sytuacjach, że to, co kochamy, nigdy się nie zmieni. Zakładamy, że partner powinien być taki, jakiego jesteśmy w stanie emocjonalnie przyjąć. Jakakolwiek zmiana w jego zachowaniu – jeżeli nie sprzyja naszym wyborom, perspektywie na życie – odbierana jest jako zagrożenie i prowadzi do poczucia rozczarowania. Tymczasem nic nie jest stałe, nasza jaźń nie jest stała. Takie podejście antropologiczne obecne było już w pismach filozofów wschodnich, ale też i zachodnich, na przykład Mistrza Eckharta czy Johannesa Taulera – postrzegali oni jaźń jako byt kruchy. Do takiej koncepcji jaźni powrócono w ostatnim stuleciu. Badacze z nurtu ewolucyjnego zwrócili uwagę na to, że nie można mówić o stałości jakiegokolwiek bytu. Od czasów Freuda tożsamość rozumiana jest jako pewien proces, a nie stały konstrukt. Jeśli ja powiem dzisiaj, że urodziłem się – i tu padnie data – to nie mogę powiedzieć, że to, co w tym dniu opuściło ciało matki, to było „ja”, ponieważ „ja” jeszcze nie było. Ono pojawiło się później wraz z mówieniem, myśleniem i treningiem społecznym. Najpierw mówienie, myślenie, a potem „ja”. Jeśli wyjdziemy z założenia, że nasza jaźń jest stała, to wtedy codziennie będziemy podatni na rozczarowanie. 

Dla mnie jednak ma ono pozytywne znaczenie, ponieważ przestajemy się czarować.

Chyba że ktoś bardzo chce żyć w iluzjach, w jakimś magicznym myśleniu o życiu?

Można powiedzieć, że przyjęcie rzeczywistości jako czegoś stałego jest czarowaniem się. Stąd to moje osobiste rozczarowanie związane z utratą stałości rodziny – tyle że trzyletniemu dziecku ta stałość była emocjonalnie bardzo potrzebna. Rozsypanie się tej stałości było cierpieniem zagrażającym mojej stabilizacji emocjonalnej. Długo myślałem o tym, co by było, gdyby rodzice się nie rozwiedli, czyli emocjonalnie nie byłem przygotowany na taką zmianę, destabilizację obrazu świata. Myślałem, wyobrażałem sobie. Wszyscy tak robimy, zwłaszcza, jak już wspomniałem, w relacjach romantycznych. Na początku, gdy jesteśmy zakochani, czujemy, że partner daje nam coś szczególnego. Uważamy, że jeśli on będzie z nami dłużej i ciągle taki sam, nigdy się nie zmieni, to będziemy się tak świetnie czuć cały czas. 

Wolimy żyć w iluzji, ponieważ boimy się wątpliwości.

 

No i rozczarowujemy się, ponieważ stan zauroczenia zanika lub słabnie. Na samej namiętności, jak pisze Robert Sternberg, twórca trójczynnikowej koncepcji miłości, nie da się zbudować miłości kompletnej. Po tym pierwszym etapie przychodzi czas na budowanie w związku intymności i przywiązania.

Namiętność zanika, zmienia się – jak wszystko w życiu. A często zarzucamy partnerowi: od kiedy robisz to i to, przestało być fajnie. Zakładamy, że w tej drugiej osobie nic się nie może zmienić, a miarą jest nasz komfort. Mówimy: „Gdybyś mnie naprawdę kochał, wiedziałbyś, że nie możesz robić takich rzeczy”. Czyli ciągle to samo oczekiwanie: patrz na mnie i rób mi dobrze.

W naszych narcystycznych czasach to chyba szczególnie częste oczekiwanie?

Wydaje mi się, że pod tym względem nasze czasy wcale nie są nasycone tym oczekiwaniem bardziej niż inne, ale dzisiaj mamy większą odwagę nie tylko w wypowiadaniu swoich oczekiwań, ale wręcz formułowaniu żądań. Mamy tak wiele propozycji, by ulegać iluzji, jak nigdy wcześniej, bo codziennie otrzymujemy wiele równoleg­łych „ofert” umacniających nas w pragnieniu stabilizacji, poczucia stałości.

Przynależymy do grup, w których poddajemy się tym grupowym wyobrażeniom. Żyjemy w tak zwanych bańkach informacyjnych. Czytamy tylko tę gazetę, a nie inną, oglądamy tylko jedną stację telewizyjną, słuchamy przedstawicieli tylko jednej opcji. Każda bańka ma swoją narrację, kapłanów, proroków, którzy celebrują tę narrację – wszystko po to, by utrwalać określoną wizję świata. Dlatego to czarowanie się w sferze społecznej jest dzisiaj, według mnie, dużo większe niż jeszcze pięćdziesiąt lat temu. Gdy w latach siedemdziesiątych w obojętnie jakim państwie w telewizji poinformowano o jakimś skandalicznym zachowaniu ważnej postaci, to tę informację przyjmowało całe społeczeństwo. Dzisiaj taka skompromitowana osoba ma nadal zwolenników, którzy słuchają mediów własnej
bańki. Oni w ogóle nie dopuszczają do siebie prawdziwości tej informacji, traktują ją jako fake news, kłamstwo.

Nie chcą przeżywać rozczarowania autorytetem?

Nie poddają „niewygodnych” informacji refleksji, tylko atakują każdego, kto podaje w wątpliwość ich wyobrażenie o świecie. 

W ten sposób bronimy się przed rozczarowaniem społecznym. Przez ostatnie dekady daliśmy sobie dużo wolności, lecz teraz wykorzystujemy ją do stworzenia warowni, w których sami się więzimy – bo czym, jeśli nie warowniami, są te bańki informacyjne, uniwersa myślących tak samo? Czujemy się tam bezpiecznie, bo choć to jest więzienie, to jednak znane, dające odpowiedzi na podstawowe pytania.

Boimy się wątpliwości, które pojawiają się, gdy próbujemy odpowiedzieć na pytania o to, kim jesteśmy, co mamy w życiu robić, co jest dobre, co złe. W bańkach informacyjnych obowiązuje określony typ narracji, który zaspokaja emocjonalną potrzebę zniesienia niepewności. Nie umiemy sobie radzić z niepewnością – nigdy tego nie ćwiczyliśmy, nie uczyliśmy się oswajać z wątpliwościami. A dostępny trening, czy to religijny, czy szkolny, raczej sprzyja czarowaniu się niż pozytywnemu rozczarowaniu. Jest nastawiony na to, by wywołać uczucia przyjemniejsze niż te, które przeżywamy. Mówi nam: to nie będzie takie straszne, jeśli się zachowasz tak lub tak, albo przeczekasz. Wolimy się czarować, że nadal jest dobrze, bo boimy się konfrontacji z nieprzyjemnymi uczuciami. Dopóki nie nauczymy się, jak przyjmować i przeżywać fakt, że życie to jest zmiana, dopóty będziemy woleli się czarować. A dziś już nastolatkowie muszą podejmować wiele decyzji, bo tak bardzo zmienia się rzeczywistość, że rozczarowanie jest nieuchronne. 

Pracownicy telefonów zaufania dla dzieci i młodzieży alarmują, że coraz więcej nastolatków jest na granicy podjęcia próby samobójczej. Jako powód dzieci podają lęk przed tym, że rozczarują rodziców. Wiedzą, że rodzice i nauczyciele wiele od nich oczekują, czują, że nie są w stanie spełnić tych wyobrażeń dorosłych.

Z danych Światowej Organizacji Zdrowia z ostatniej dekady wynika, że co roku prawie milion osób popełnia samobójstwo – w ten sposób umiera więcej osób niż w wyniku działań wojennych. To pokazuje, z jak wielkim kryzysem tożsamości mamy do czynienia. Zmagamy się z wątpliwościami dotyczącymi tego, kim jesteśmy, kim chcemy być i kim możemy być.

Dziś, w płynnej ponowoczesności, nie ma gotowych odpowiedzi, a rzeczywistość ma nieskończenie wiele kolorów i odcieni. I wydaje mi się, że szkoła, rodzice nie przygotowują dzieci do społecznych problemów, z którymi już się mierzą albo przyjdzie im się mierzyć za chwilę. W szkołach niemieckich i hiszpańskich, do których chodziły i chodzą moje dzieci, jest nacisk przede wszystkim na zdobycie umiejętności pożądanych na rynku pracy. Natomiast nie uczy się o emocjach, o tym, jak radzić sobie z konfliktami w relacjach, z kryzysami wewnętrznymi. Trening emocjonalny jest zerowy w porównaniu do innych treningów, które przechodzimy na wszystkich etapach edukacji. Młodzi wychodzą ze szkoły bez wiedzy o tym, jak mierzyć się z wątpliwościami i bez treningu obcowania z sobą samym i z innymi. Jak mierzyć się z tym, że w pracy, którą podejmą w przyszłości, nawet jeśli będzie to ich wymarzone zajęcie, pojawi się nuda, stres, rozczarowanie. Dzisiaj wielu młodych pracowników reaguje od razu zniechęceniem, odchodzą z firmy, szukają miejsca, gdzie będzie im przyjemniej. Modne jest teraz takie powiedzenie: wybierz pracę, którą kochasz, a nie będziesz musiał pracować nawet jeden dzień w życiu. Ale to przecież nieprawda, bo nawet wtedy, gdy kochamy swoją pracę, też mamy momenty trudne. Okazuje się, że nikt nie chce kupić naszej pracy. I to może być źródłem dużego rozczarowania – nie tylko innymi, ale i sobą, efektami własnych wyborów życiowych...

5 podpowiedzi dla rozczarowanych

Rozczarowani bywamy tym, co robią albo czego nie robią inni ludzie. A także tym, jak sami postąpiliśmy. Jak sobie poradzić z tym uczuciem – podpowiadają eksperci.

  1. Dopuść do siebie to, co czujesz – radzi psychoterapeutka Tina Gilbertson, autorka książki Constructive Wallowing. Nie tłum trudnych uczuć, spróbuj je nazwać, łatwiej ci będzie wtedy zrozumieć, co przeżywasz.
  2. Sprawdź rzeczywistość – po pierwszej fali rozczarowania oceń, czy to, co się zdarzyło, naprawdę jest aż takie złe. A może sposób, w jaki o tym myślisz, dodatkowo budzi negatywne uczucia – sugeruje psychoterapeutka Sarah Mandel.
  3. Nie mamy wpływu na niektóre zdarzenia, ale zwykle możemy wybrać, jak postąpimy i co pomyślimy o tej sytuacji. Spójrz na sprawę z dystansu – radzi psychoterapeuta dr Jim Loehr. Pomyśl, czego dowiedziałeś się o sobie dzięki temu doświadczeniu.
  4. Przelej swoje rozczarowanie na papier – to z kolei zalecenie dr Diany Raab, autorki dwóch książek: Healing with Words i Writing for Bliss. W ten bezpieczny sposób możemy wyrazić swoje obawy i uwolnić ból. Opisanie rozczarowującego doświadczenia może pomóc nam inaczej na nie spojrzeć, uwolnić się od poczucia bezradności, odzyskać siłę.
  5. Wiele rozczarowań płynie z ocen, jakie słyszymy od innych ludzi. Staraj się nie brać ich do serca. Jak zauważa terapeutka rodzinna Jill Whitney ludzie mają różne spojrzenia na to, co się stało, a ty możesz, wręcz powinieneś mieć własny punkt widzenia na siebie i swoje życie.

Oprac. na podst. Laurie Sue Brockway, Woman’s Day 

 

Tym, że jestem zdolna nie tylko do rzeczy, które potwierdzają jakiś korzystny, pozytywny obraz mnie, ale również do takich, które pokazują, że potrafię być niefajna, że nie tylko ja jestem raniona,
ale też ja ranię innych?

Takie rozczarowanie sobą samym jest bardzo ważnym doświadczeniem. Nasza samoświadomość opiera się przede wszystkim na wyobrażeniu, obrazie, jaki sami stwarzamy o sobie. Tworząc go, automatycznie wykluczamy elementy, z którymi nie chcemy się zidentyfikować. Dlatego podstawą zdrowego rozczarowania jest dopuszczenie i uznanie wszelkich możliwości, jakie we mnie istnieją.

„Ja bym tego nigdy nie zrobiła”, „Ja bym się nie zachowała tak jak on” – często tak mówimy...

Nikt z nas nie jest w stanie wiedzieć, co by zrobił, a zatem każdy z nas może rozczarować – siebie i innych. Za kilkadziesiąt, a może już kilkanaście lat nasze dzieci zapytają nas: „Jak mogliście nadal żyć w taki sposób, w jaki żyliście, wiedząc, co się ekonomicznie i ekologicznie dzieje na świecie?”. My dzisiaj mówimy: „Jak ludzie w czasach rodzącego się faszyzmu przed II wojną mogli nie wiedzieć i nie widzieć, co się dzieje obok?”. A przecież my mamy podobne problemy teraz: ludzie żyją i pracują w dramatycznych warunkach, dzieci umierają z głodu. Jeszcze można uwierzyć ludziom, że w 1939 roku nie wiedzieli, bo wtedy nie było Internetu, ale dzisiaj powiedzieć „ja nie wiem, nie wiedziałem” jest trudniej, bo przecież mamy dostęp do informacji. Mimo to tworzymy sobie taką rzeczywistość, w której możemy się czarować, żyć iluzjami. Tak nam jest wygodniej.

Ale przecież nie zawsze rozczarowanie jest wynikiem trwania w iluzjach. Partner zdradził, szanowany polityk okazał się kłamcą, ksiądz prowadzi podwójne życie, ktoś dla nas ważny oszukał, okłamał nas... Jakie są pożytki z takich rozczarowań?

Uważam, że każde rozczarowanie jest zdrowe lub przynajmniej jest pierwszym krokiem w kierunku zdrowienia. Choć może być zbyt gwałtowne, może powodować szok. Bywa tak wtedy, gdy podświadomie „chcemy” się czarować, czyli wyłączamy wszystkie te aspekty rzeczywistości, które mogą przypomnieć nam stare, dawno wyparte cierpienia. Tak właśnie dzieje się, gdy dowiadujemy się o romansie partnera czy partnerki. Myślę, że wtedy nie tyle wali nam się świat, co powraca wyparty, straszny ból z dzieciństwa, kiedy to czuliśmy się opuszczeni, a to opuszczenie było dla nas tak zagrażające, że broniliśmy się, wypierając ból. 

To nie znaczy, że popieram wolną miłość i romanse. Chodzi mi o to, że jako osoby dorosłe – na tym między innymi dorosłość polega – musimy liczyć się z tym, że ktoś nam bliski zdecyduje się na inną drogę życiową z innym partnerem lub nie będzie się liczył z naszymi potrzebami i pragnieniami tak, jak byśmy sobie życzyli. Jest to przykre, może nawet bardzo bolesne, ale też otrzeźwiające, ponieważ... pokazuje, że tacy jesteśmy. Nikt z nas nie może powiedzieć, że nigdy w życiu nie zrobiłby czegoś takiego. Myślę więc, że warto ćwiczyć przyjmowanie nieprzyjemnych uczuć – możemy się przekonać, że jednak są do przeżycia.

One są i będą częścią życia, tak jak ból, smutek czy radość.

Postuluje Pan podejście do rozczarowania jako ćwiczenia służącego naszemu zdrowiu? Trudne to ćwiczenie...

Ale zdrowe! Bo powiększa się wtedy nasza świadomość i przywraca nas do kontaktu z rzeczywistością, a nie z naszymi wyobrażeniami o niej. Gdybyśmy byli w bliższym kontakcie z rzeczywistością, nie dochodziłoby do rozczarowania, ponieważ widzielibyśmy, jak ona się cały czas zmienia. Stoimy u progu jeszcze większych rozczarowań, ponieważ nasz świat, taki, jakim go dzisiaj chcemy widzieć, ulega przeobrażeniom i wkrótce ulegnie jeszcze większym zmianom – ogromne ludzkie masy będą się przemieszczać  przez kontynenty w poszukiwaniu lepszego życia. Do tego nadciągająca katastrofa ekologiczna... To pozostawiamy naszym dzieciom. Być może będziemy nawet więcej niż rozczarowaniem przyszłych pokoleń. Póki co wolimy się nadal czarować, bo nie potrafimy się dogadać w tych ważnych kwestiach, problemach. Stawka jest wysoka – być może będziemy znowu płacić za to zdrowiem i życiem. 

Przypisy