Dołącz do czytelników
Brak wyników

Otwarty dostęp

11 marca 2022

„Psychopatologia życia codziennego” – przeczytaj fragment!

0 849

W opublikowanej w 1901 roku „Psychopatologii życia codziennego” Freud po raz pierwszy oficjalnie użył terminu „psychoanaliza”. W rozprawie tej zajął się badaniem przejawów nieświadomego życia psychicznego: opisał kluczowe elementy teorii psychoanalitycznej, takie jak nieświadomość i wyparcie. Poniżej prezentujemy jej fragment.

Rozdział X

Błędy

Błędy pamięciowe tym się tylko różnią od zapominania z mylnym przypomnieniem, że błąd (błędne przypomnienie) nie zostaje jako taki rozpoznany i znajduje wiarę. Używanie wyrażenia „błąd” zdaje się jednak zależne od innych warunków. Mówimy o „błądzeniu” zamiast o „błędnym przypomnieniu” w tych przypadkach, gdzie idzie o odtworzenie faktów z obiektywnej rzeczywistości, a więc gdzie coś innego ma zostać przypomniane niż jakiś fakt z naszego własnego życia psychicznego; raczej coś takiego, co i inni mogą potwierdzić lub obalić. Przeciwieństwem błędu pamięciowego w tym sensie jest niewiedza.

                W swojej książce Objaśnianie marzeń sennych (1900) dopuściłem się sfałszowania danych historycznych i faktycznych, co ku swemu wielkiemu zdziwieniu zauważyłem dopiero po ukazaniu się książki.

                Przy ich szczegółowym badaniu zauważyłem, że błędy te nie pochodzą z nieuctwa, lecz że dadzą się one sprowadzić do błędów pamięci, które można wyjaśnić za pomocą analizy.
                1. Na stronie 266 (pierwszego wydania) wymieniłem jako miejsce urodzenia Schillera M a r b u r g, którą to nazwę nosi tak że miasto w Styrii. Popełniłem tu błąd w analizie marzenia sennego, jakie miałem podczas podróży nocnej, a które przerwał mi konduktor wykrzykując nazwę stacji Marburg.
 W treści marzenia sennego pytano si ę o książkę Schillera. Jednak Schiller urodził się nie w uniwersyteckim mieście M a r b u r g, lecz w Marbach w Szwabii. Twierdzę też, że zawsze o tym wiedziałem.
                2. Na stronie 135 nazwałem ojca Hannibala – Hazdrubalem. Ta pomyłka zirytowała mnie szczególnie, lecz utwierdziła najmocniej w moich poglądach na tego rodzaju błędy. Historię Barkidów zna chyba niewielu czytelników owej książki lepiej od jej autora, który ten błąd popełnił i trzy razy go przy korekcie przeoczył. Ojciec Hannibala nazywał się Hamilkar Barkas, zaś Hazdrubal to imię brata Hannibala, a prócz tego jego szwagra i poprzednika w dowództwie wojskiem.
                3. Na stronach 177 i 370 twierdzę, że Zeus pozbawił męskości swego ojca Kronosa i zrzucił go z tronu. Przesunąłem tę potworność o jedno pokolenie, bo według mitologii greckiej K r o n o s popełnił to na swym ojcu Uranosie. Jak że to wytłumaczyć, że moja pamięć niewiernie odtworzyła te daty? Wszak poza tym, jak czytelnicy owej książki łatwo mogą się przekonać, nie zawodziła mnie ona, tak że dobrze reprodukowałem choćby najdawniejszy materiał pamięciowy. A dalej, jak mogłem przy trzech starannych korektach jak ślepy przeoczyć te błędy?
                Goethe powiedział o Lichtenbergu, że w każdym jego żarcie ukrywa się zagadnienie. Podobnie można twierdzić o przytoczonych tutaj miejscach mej książki, że tam, gdzie zachodzi pomyłka, ukrywa si ę stłumienie, a raczej nieszczerość, zniekształcenie, którego podstawą jest stłumienie. Przy analizie marzeń sennych, o których tam mówiłem, byłem zmuszony, już to wskutek samej natury poruszonych w nich tematów, przerwać analizę przed jej wykończeniem, już to zmniejszyć niejedną niedyskrecję, choćby kosztem lekkiego zniekształcenia. Nie mogłem inaczej postąpić i nie miałem też innego wyboru, jeżeli w ogóle miałem przytoczyć przykłady i dowody. To moje kłopotliwe położenie było koniecznym następstwem tej właściwości marzeń sennych, że s ą one wyrazem pobudzeń stłumionych, tj. takich, które wskutek swej niecenzuralności nie mogą mieć dostępu do świadomości. Pomimo to powiedziałem tam jeszcze dość, by urazić wrażliwe dusze. To zniekształcenie lub niejedno zatajenie nie przeszło, naturalnie, bez śladu. To bowiem, co chciałem stłumić, przedarło się wbrew mojej woli, w formie niedostrzeżonego przeze mnie błędu, do tego, co zakomunikowałem. We wszystkich trzech
 przytoczonych tu przykładach odnajduję zresztą ten sam wątek: popełnione w nich błędy pochodzą od stłumionych myśli tyczących się mego zmarłego ojca.
                ad 1. Czytając o marzeniu sennym zanalizowanym na stronie 266 Objaśnień marzeń sennych, możemy się łatwo domyśleć, że przerwałem tę analizę wówczas, gdy mi się nasunęły myśli zawierające ujemną ocenę mojego ojca. W dalszym bowiem ciągu tych myśli i wspomnień nasuwa się przykry epizod, w którym grają rolę książki, tudzież klient mego ojca o nazwisku Marburg, takim samym, jakie nosi owa stacja kolejowa, której wykrzyknięcie przerwało mi sen. Tego pana Marburga chciałem przy analizie zataić przed sobą i czytelnikami; zemścił się on w ten sposób, że wmieszał się tam, gdzie nie należy, i zmienił miejsce urodzenia Schillera z Marbach na Marburg.
                ad 2. Błąd Hazdrubal zamiast Hamilkar – imię brata zamiast imienia ojca – popełniłem w związku z fantazją o Hannibalu z moich lat gimnazjalnych i niezadowoleniem z postępowania ojca wobec wrogów naszego narodu. Mógłbym tu dalej opowiedzieć, jak zmienił się mój stosunek do ojca na skutek mojej bytności w Anglii, gdzie poznałem przebywającego tam swego brata przyrodniego z pierwszego małżeństwa ojca.
                Najstarszy syn tego brata jest moim rówieśnikiem, tak że fantazje, jak by się to inaczej u łożyło, gdybym przyszedł na świat nie jako syn swego ojca, lecz jako syn swego brata, nie były hamowane nawet przez relacje wieku. Te stłumione fantazje zafałszowały tekst mojej książki w miejscu, gdzie prze-
 rwałem analizę, i spowodowały, że zamiast imienia ojca wstawiłem imię brata.

                ad 3.Wspomnienia o tym samym bracie wpłynęły, moim zdaniem, na to, że przesunąłem o jedno pokolenie naprzód owe mitologiczne potworności greckiego Olimpu. Z danych mi przez tego brata przestróg jedna pozostała mi przez długi czas w pamięci: „Nie zapomnij, urządzając swoje życie, o jednym – rzekł mi – że nie należysz do drugiego, lecz właściwie do trzeciego pokolenia, licząc od naszego ojca”. Nasz ojciec ożenił się w późnych latach po raz drugi, a różnica wieku między nim a dziećmi z drugiego małżeństwa była zbyt wielka.
 Popełniam ten błąd w swojej książce właśnie tam, gdzie omawiam stosunek uczuciowy między rodzicami a dziećmi.

                Kilka razy zdarzyło się też, że przyjaciele i pacjenci, których marzenia senne przytaczałem lub do których nawiązywałem w analizach, zwracali mi uwagę na to, że niedokładnie podałem szczegóły tych wspólnie przeżytych zdarzeń. Byłyby to znowu błędy historyczne. Sprostowawszy je, badałem te poszczególne przypadki i przekonałem się poza tym, że moje przypomnienie faktów tylko tam było wadliwe, gdzie w analizie coś umyślnie zmieniłem lub zataiłem. I tu znowu niedostrzeżony błąd występuje jako następstwo umyślnego
 zatajenia lub stłumienia.
                Od tych błędów, które pochodzą ze stłumienia, różnią się zasadniczo inne, które wynikają z tego, że nie posiada się znajomości danego faktu. Na takiej niewiedzy polegało przekonanie, że w czasie wycieczki do W a c h a u byłem w miejscu pobytu rewolucjonisty Fischhofa. Obie te miejscowości mają tylko wspólną nazwę, lecz Emmersdorf Frischhofa leży w Karyntii. Jednak nie wiedziałem o tym.
                4. Oto jeszcze jeden zawstydzający, a zarazem pouczający błąd, żeby tak rzec, przykład chwilowej ignorancji. Pewien pacjent upomniał się pewnego razu u mnie o przyrzeczone mu dwa dzieła o Wenecji, chciał się bowiem z nich przygotować do podróży. „Przygotowałem je” – odpowiadam i idę do swej biblioteki, by je wydobyć. W rzeczywistości jednak zapomniałem ich poszukać, nie godziłem się bowiem na podróż pacjenta, w której dopatrywałem się niepotrzebnej przerwy w leczeniu, tudzież dla siebie straty materialnej. Otóż rozglądam się szybko w bibliotece za tymi książkami: Venedig als Kunststatte – oto jedna, ale oprócz tego muszę mieć jeszcze jedno historyczne dzieło z tego samego zbioru. Aha, właśnie jest: Die Medicaer. Biorę i wręczam je pacjentowi, by wkrótce z zawstydzeniem poznać swój błąd. A przecież wiem dobrze, że Medyceusze nie mają nic wspólnego z Wenecją, lecz przez krótką chwilę nie wydało mi się to nieprawdziwe. Ale teraz muszę być sprawiedliwy; skoro tak często wykazywałem pacjentowi jego czynności symptomatyczne, mogę tylko uczciwie salwować przed nim swój autorytet wypowiadając się o tajonych dotychczas motywach swojej niechęci do jego podróży.

                Jest to wprost zdumiewające, że pociąg do prawdy jest u ludzi o wiele silniejszy, aniżeli to zazwyczaj przyjmujemy. Następstwem mego zajmowania się psychoanalizą jest to, że nie umiem już kłamać. Ilekroć usiłuję, popełniam jakiś błąd lub inne czynności pomyłkowe, przez które, podobnie jak w powyższych przykładach, zdradza się moja nieszczerość.

                Mechanizm błędu wydaje się najluźniejszy wśród mechanizmów wszystkich czynności pomyłkowych, tzn. popełnianie błędu wskazuje tylko ogólnikowo, że odnośna czynność psychiczna staczała walkę z jakimś zakłócającym wpływem, jednak rodzaj błędu nie jest określony przez jakość tego nieświadomego, zakłócającego pobudzenia. Muszę tu jednak dodać, że ten sam stosunek odnajduje się także w wielu prostych przypadkach przejęzyczenia i pomyłek w pisaniu.
                Możemy z nich wprawdzie wywnioskować, że zakłócenie spowodowane jest przez procesy psychiczne niezwiązane z zamierzoną czynnością, lecz należy przyznać, że te pomyłki następują często na skutek podobieństwa, wygody albo też skłonności do pośpiechu, tak że w tych razach rezultat pomyłki nie ujawnia nic z istoty zakłócającego. Żeby popełniony błąd był ściśle zdeterminowany, do tego potrzebny jest sprzyjający materiał językowy, od którego zależy to zdeterminowanie.
                Nie chcę przytaczać tylko własnych błędów, podam jeszcze dwa przykłady, które mógłbym co prawda równie dobrze przytoczyć przy przejęzyczeniach i pomyłkach w działaniu, co jednak wobec równorzędności tych zjawisk jest tu bez znaczenia.
                5. Zabroniłem pacjentowi porozumiewać się telefonicznie z kochanką, z którą rad by zerwać, bo każda taka rozmowa na nowo wzniecała w nim walkę wewnętrzną. Natomiast miał on napisać do niej list pożegnalny, aczkolwiek zachodziły trudności w doręczaniu listów. Pacjent odwiedził mnie o godzinie
 pierwszej, by mi zakomunikować, że jednak znalazł na to sposób i zapytał przy tym, czy może się powołać na mój autorytet lekarski. O godzinie drugiej, gdy był zajęty właśnie pisaniem listu pożegnalnego, przerwał nagle, mówiąc do obecnej przy tym matki: „Zapomniałem zapytać profesora, czy mogę wymienić jego nazwisko”, podszedł do telefonu, zażądał połączenia i zapytał: „Czy pan profesor już po obiedzie?”. Jako odpowiedź otrzymał pełne zdumienia „Adolfie, czyś ty zwariował?”, pochodzące z ust kochanki, z którą nie miał już więcej rozmawiać. „Omylił się tylko” i zamiast numeru lekarza wymienił
 numer telefonu kochanki.
                6. Młoda kobieta miała złożyć wizytę od niedawna zamężnej przyjaciółce mieszkającej przy ulicy Habsburgów. Mówiła o tym przy stole rodzinnym, ale powiedziała błędnie, że musi iść na Babenberger g a s s e. Siedzący przy stole, śmiejąc się, zwrócili jej uwagę na niezauważony przez nią błąd czy przejęzyczenie – jeśli ktoś woli to określenie. Dwa dni wcześniej ogłoszono w Wiedniu republikę, znikły kolory czarny- żółty, a na ich miejsce pojawiły się kolory Ostmark: czerwony-białyczerwony; Habsburgowie zostali obaleni; rozmówczyni włączyła to do adresu przyjaciółki. W Wiedniu jest bardzo znana Babenberger s t r a s s e, ale żaden wiedeńczyk nie powie o niej Gasse”.
                7. W czasie wakacji pewien nauczyciel wiejski, zupełnie niezamożny, ale przystojny młody człowiek, tak długo zalecał się do córki właściciela willi ze stolicy, aż dziewczyna namiętnie się w nim rozkochała i skłoniła swą rodzinę do tego, że zgodziła się na to małżeństwo mimo różnicy stanu i rasy. Pewnego dnia ów nauczyciel pisze list do swego brata, w którym znajduje się następujący ustęp: „Ta panienka wcale nie jest ładna, ale bardzo miła, i to by jeszcze uszło. Czy się jednak będę mógł zdecydować, by poślubić Żydówkę, tego Ci jeszcze teraz nie mogę powiedzieć”. List ten wpada w ręce narzeczonej, która naturalnie zrywa zaręczyny, podczas gdy jednocześnie brat nie może się nadziwić przysłanym mu wynurzeniom miłosnym. Opowiadający zapewniał mnie, że tu zaszedł rzeczywiście błąd, a nie sprytna inscenizacja. Znam też drugi przypadek, gdzie pewna dama, niezadowolona ze swego lekarza, nie chciała mu wypowiedzieć otwarcie jego usług i osiągnęła ten sam skutek przez zamianę listów. Tu już z całą pewnością mogę zaręczyć, że to błąd, a nie świadomy podstęp posłużył się tym znanym motywem z komedii.
                8. Brill opowiada o pewnej kobiecie, która go wypytywała o stan zdrowia wspólnej znajomej i używała przy tym błędnie jej panieńskiego nazwiska. Kiedy zwrócił jej na to uwagę, musiała przyznać, że żywiła niechęć do jej męża i była niezadowolona z jego poślubienia.
                9. A oto przypadek błędu, który można również określić jako przejęzyczenie: Młody ojciec udał się do urzędnika stanu cywilnego, aby zameldować swą drugą córkę. Zapytany, jakie dziecko ma mieć imię, odpowiedział: „Hanna”, po czym dowiedział się od urzędnika: „Państwo macie już córkę o tym imieniu”. Wyciągamy z tego wniosek, że ta druga córka nie była równie pożądana jak w swoim czasie pierwsza.
                10. Podam tutaj jeszcze inne obserwacje dotyczące mylenia imion, które, naturalnie, równie zasadnie mogły być przedstawione w innych rozdziałach tej książki. Pewna dama jest matką trzech sióstr, z których dwie od dawna są zamężne, a trzecia, najmłodsza, czeka jeszcze na swoje przeznaczenie. Zaprzyjaźniona kobieta z okazji obu wesel ofiarowała jednakowe podarunki, kosztowne srebrne serwisy do herbaty. Ilekroć była o nich mowa, matka błędnie
 twierdziła, że serwis należy do trzeciej córki. Jest oczywiste, że błąd ten wyraża życzenie matki, by i ostatnia córka wyszła za mąż. Zakłada przy tym, że otrzyma taki sam prezent ślubny. Równie łatwo wyjaśnić częste przypadki, w których matka zamienia imiona swych córek, synów czy zięciów.
                11. Piękny przykład uporczywego zamieniania imion, dający się łatwo wytłumaczyć, zawdzięczam panu J.G. z okresu jego pobytu w sanatorium. „W czasie rozmowy, mało dla mnie interesującej, prowadzonej w konwencjonalnym tonie z sąsiadką przy stole w restauracji sanatoryjnej, zwrócił moją uwagę zwrot szczególnej uprzejmości. Starszawa dziewczyna nie mogła się powstrzymać od zauważenia, że nie jest chyba w moim stylu być wobec niej tak uprzejmym i eleganckim – w jej wypowiedzi zawierało się z jednej strony ubolewanie, z drugiej wyraźna złośliwość pod adresem znanej nam obojgu dziewczyny, której poświęcałem więcej uwagi. Oczywiście, zrozumiałem natychmiast. W czasie naszej dalszej rozmowy musiałem, co było dla mnie niezwykle męczące, ponownie dać okazję do zwrócenia sobie uwagi, że używam imienia tamtej dziewczyny, w której moja rozmówczyni widziała niesłusznie swoją szczęśliwszą rywalkę”.
                12. Chcę jeszcze przedstawić jako „błąd” zdarzenie o poważnym głębszym tle, które opowiedział mi świadek częściowo w nim uczestniczący. Pewna kobieta spędzała wieczór na świeżym powietrzu w towarzystwie męża i dwóch ludzi z zagranicy. Jeden z nich był jej intymnym przyjacielem, o czym nikt z pozostałych nie wiedział. Obcokrajowcy odprowadzili małżonków aż do
 drzwi domu. Czekając na otwarcie drzwi gospodarze żegnali się z gośćmi. Dama skłoniła się w ich kierunku, wysunęła rękę i mówiła uprzejmie słowa pożegnania. Po czym wzięła pod rękę swego tajemnego kochanka, a zwracając się do męża chciała go w podobny sposób pożegnać. Mąż wczuł się w sytuację, zdjął kapelusz i rzekł najuprzejmiej: „Całuję rączki, szanownej pani”. Przerażona kobieta puściła ramię ukochanego i miała jeszcze czas, zanim pojawił się dozorca, westchnąć: „Nie, że też coś takiego może się człowiekowi zdarzyć!”. Mąż należał do tych małżonków, którzy wykluczali ponad wszelką możliwość niewierność żony. Przysięgał, że w takim przypadku więcej niż jedno życie byłoby w niebezpieczeństwie. Miał zatem jak najsilniejsze opory wewnętrzne, by dostrzec wyzwanie zawarte w tym błędzie.
                13. Błąd jednej z moich pacjentek, który przez powtórzenie stał się swoim przeciwieństwem, jest szczególnie pouczający. Nadwrażliwy młody mężczyzna po dłuższych wewnętrznych walkach zdecydował się przyrzec małżeństwo dziewczynie, która kochała go równie jak on ją. Towarzyszył ukochanej w drodze do domu, pożegnał ją i uszczęśliwiony wsiadł do tramwaju prosząc konduktorkę o dwa bilety. Około pół roku później był już żonaty, ale nie czuł się szczęśliwy w tym małżeństwie. Wątpił, czy dobrze zrobił, żeniąc się, zapomniał o wcześniejszych stosunkach przyjacielskich, wciąż jedynie utyskiwał na trudności. Pewnego wieczoru wracał z żoną z domu jej rodziców, wsiadł z nią do tramwaju i poprzestał na tym, że zażądał od konduktorki jednego biletu.
                14. Maeder przytacza piękny przykład, jak to przez pomyłkę można zadowolić niechętnie stłumione życzenia. Jeden z kolegów chciał zupełnie swobodnie wykorzystać dzień wolny od służby; powinien złożyć wizytę w Lucernie, z której się jednak wcale nie cieszy. Jednak po dłuższym namyśle decyduje si ę tam pojechać. Aby się rozerwać, czyta gazet ę na odcinku Zurych – Arth – Goldau, przesiada się na tej ostatniej stacji do innego pociągu i dalej czyta gazetę. Dopiero w czasie jazdy konduktor zwraca mu uwagę, że wsiadł do niewłaściwego pociągu, mianowicie do tego, który wraca z Goldau do Zurychu, podczas gdy miał bilet do Lucerny.
                15. Podobny przypadek, choć niezupełnie szczęśliwie zakończonej próby umożliwienia, poprzez mechanizm błędu, dojścia do głosu stłumionemu życzeniu, opisuje dr V. Tausk pod nagłówkiem „Fałszywy kierunek jazdy” „Przybyłem z frontu na urlop do Wiednia. Mój dawny pacjent dowiedział się o moim przybyciu i poprosił mnie przez kogoś, abym go odwiedził, gdyż leży chory. Zgodziłem się i spędziłem przy nim dwie godziny. Przy po żegnaniu chory zapytał, ile ma mi zapłacić. «Jestem tutaj na urlopie i nie praktykuję obecnie – odpowiedziałem mu – proszę potraktować moją wizytę jako przyjacielską przysługę!». Chory obruszył się, gdyż miał poczucie, że nie ma prawa traktowania czynności zawodowej jako niewynagradzanej przysługi. Pozwolił jednak w końcu przekonać się argumentem, podyktowanym przyjemnością zaoszczędzenia pieniędzy, że jako psychoanalityk postępuję właściwie. U mnie samego w kilka dni później wystąpiły refleksje na temat zasadności mojej szlachetności i pełen wątpliwości niedopuszczających dwuznacznego rozwiązania wsiadłem w tramwaj linii X. Po krótkiej jeździe przesiadałem si ę do Y. Kiedy czekałem na przesiadkowym przystanku, zapomniałem o sprawie honorarium i myślałem o symptomach choroby swego pacjenta. Tymczasem nadjechał tramwaj, na który czekałem, i wsiadłem do niego. Ale na następnym przystanku zapomniałem wysiąść, gdyż zamiast do wagonu linii Y przez przeoczenie wsiadłem do wagonu linii X i pojechałem w kierunku, z którego co tylko przyjechałem, a więc z powrotem w kierunku pacjenta, od którego nie chciałem przyjąć honorarium. Moja nieświadomość domagała się honorarium”.
 16. Zupełnie podobna sztuczka wydarzyła się niedawno mnie samemu. Przyrzekłem swemu dostojnemu starszemu bratu, że tego lata złożę mu od dawna należną wizytę w jednej z angielskich miejscowości kąpielowych, przy czym zobowiązałem się, ponieważ czas był wyliczony, jechać najkrótszą drogą bez zatrzymywania się. Prosiłem o dzień zwłoki na Holandię, ale on sądził, że mogę to sobie zostawić na powrotną drogę. Jechałem więc z Monachium przez Kolonię do Rotterdamu i Hoek van Holland, skąd o północy odchodzi statek do Harwich. W Kolonii była przesiadka, wyszedłem więc z pociągu, aby się przesiąść na pospieszny do Rotterdamu, ale nie mogłem go nigdzie odnaleźć. Pytałem różnych urzędników, posyłano mnie z jednego peronu na drugi, w końcu wpadłem w przesadną rozpacz i obliczyłem, że z pewnością podczas tego bezpłodnego szukania spóźniłem się na pociąg. Gdy mi to potwierdzono, zastanawiałem si ę, czy by nie przenocować w Kolonii; między innymi przemawiał za tym i pietyzm, gdyż według starych tradycji rodzinnych przodkowie moi uciekli z tego miasta podczas prześladowania Żydów. Zdecydowałem się jednak inaczej, pojechałem następnym pociągiem do Rotterdamu, dokąd przybyłem późno w nocy, i w ten sposób byłem zmuszony spędzić jeden dzień w Holandii. Dzień ten przyniósł mi spełnienie dawno kultywowanego pragnienia: mogłem w muzeum w Hadze i w Amsterdamie obejrzeć wspaniałe obrazy Rembrandta. Dopiero na drugi dzień przed południem, kiedy już w czasie jazdy do Anglii porządkowałem swoje wrażenia, wynurzyło się z pamięci niewątpliwe przypomnienie tego, że widziałem na dworcu w Kolonii na tymże samym peronie i o kilka kroków od miejsca, gdzie wysiadłem, wielką tablicę z napisem: Rotterdam-Hoek van Holland. Tam czekał pociąg, którym powinienem był pojechać dalej. Należałoby to nazwać niepojętym „zaślepieniem”, że mając tak dobrą wskazówkę biegłem jednak dalej i szukałem pociągu gdzie indziej, gdybyśmy nie chcieli przyjąć, że to właśnie było moim ukrytym zamiarem, aby wbrew wskazówkom swego brata już teraz podziwiać obrazy Rembrandta. Wszystko inne, moja doskonale odegrana bezradność, wyłonienie się pełnego pietyzmu zamiaru, by nocować w Kolonii itd., było tylko inscenizowane, aby przed samym sobą ukryć istotny zamiar tak długo, dopóki go nie wykonam.
                17. J. Starcke opisuje w odniesieniu do siebie samego przypadek „zapominalstwa”, poprzez które miało się spełnić życzenie pozornie zaniechane.

                „Miałem kiedyś wygłosić na wsi odczyt z przeźroczami. Został on jednak przesunięty o jeden tydzień. Odpowiedziałem na list związany z tą zmianą i zanotowałem w swoim notesie nową datę. Byłbym chętnie już po południu pojechał do tej wioski, by mieć czas na odwiedzenie znajomego pisarza, który tam mieszkał. Ku swojemu zmartwieniu nie mogłem w tym czasie zorganizować sobie wolnego popołudnia. Bardzo niechętnie poniechałem tych odwiedzin.

                Kiedy już nadszedł wieczór, w czasie którego miałem wygłosić odczyt, udałem si ę pospiesznie na dworzec kolejowy z kieszenią pełną przeźroczy. Musiałem jednak wziąć taksówkę, aby zdążyć na pociąg (dość często zdarzało mi się, że tak długo zwlekałem, iż musiałem brać taksówkę, by zdążyć na pociąg). Przybywszy na miejsce, byłem nieco zakłopotany, że nikt nie wyszedł po mnie na dworzec (co jest w zwyczaju w małych miejscowościach). Nagle przyszło mi do głowy, że odczyt był przesunięty o tydzień i że niepotrzebnie przyjechałem w pierwotnym terminie. Kiedy przeklinałem w sercu swoje zapominalstwo, zastanowiłem się, czy mam wracać do domu następnym pociągiem. Po bliższym zastanowieniu się pomyślałem, że nadarza się świetna sposobność, by zrealizować upragnione odwiedziny, co też zaraz uczyniłem. Dopiero po drodze zdałem sobie spraw ę z tego, że moje niespełnione życzenie znalezienia czasu na te odwiedziny przygotowało pięknie ten przypadek.
                Taszczenie w kieszeni mnóstwa przeźroczy, pośpiech, by zdążyć na pociąg, mogły wspaniale służyć do zamaskowania nieświadomego zamiaru”.
                Być może, że ta kategoria błędów, których wyjaśnienia tutaj podałem, nie będzie uważana za zbyt liczną i doniosłą. Należałoby jednak wziąć pod rozwagę, czy nie mamy dostatecznych powodów, by też same punkty widzenia zastosować także przy ocenie nierównie donioślejszych pomyłek w sądach ludzi, i to zarówno w życiu potocznym, jak i w nauce. Zdaje się, że tylko wybrane i zrównoważone umysły mogą uchronić obraz postrzeganej zewnętrznej rzeczywistości od wypaczenia, któremu ulega on u innych pod wpływem ich psychicznej indywidualności.

 

Fragment pochodzi z książki „Psychopatologia życia codziennego” Zygmunta Freuda, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. 

Książkę można kupić tutaj: https://bit.ly/3sOfJXC

Przypisy