Otwieracz do głowy

Podróże w głąb siebie

Przespałem modę na spanie na stojąco. Przegapiłem popularność gapienia się na nic konkretnego. Wstyd. Zacząłem unikać znajomych, żeby nie musieć się tłumaczyć. Potem umknął mi boom na ucieczkę od wolności. Myśl, że nie nadążam za trendami, całkowicie mnie paraliżowała. Straciłem pracę, znajomi mnie unikali, wziąłem psa. 

POLECAMY

Dlatego, gdy coraz więcej ludzi chwaliło się otwartą głową, postanowiłem nie zwlekać. Wpisałem w wyszukiwarkę OTWIERACZ DO GŁOWY. Wybór był ogromny: od ekskluzywnych, sterowanych aplikacją superotwieraczy, przez trochę tańsze urządzenia do samodzielnego montażu, po zgrabne turystyczne otwieracze wyposażone dodatkowo w obcinacz do paznokci. 

Wybrałem porządny, ręczny otwieracz ze średniej półki, ale z wydłużoną gwarancją. Przesyłka miała przyjść w ciągu dwóch lub trzech dni, była po siódmym. Sklep tłumaczył się ogromnym zainteresowaniem, producent nie nadążał z realizacją zamówień. To mnie utwierdzało w przekonaniu, że znajduję się w awangardzie najważniejszych przemian w dziejach ludzkości. 

Otwieracz był trochę inny niż na zdjęciach – mniejszy i mniej błyszczący, ale na głowę pasował. Instrukcja we wszystkich językach świata, tylko nie w naszym. Skandal! Płonąc z gniewu, niech będzie, trochę też ze wstydu, zacząłem pisać wściekłego mejla do producenta, ale dałem sobie spokój. W instrukcji były też obrazki. 

Niełatwo było wygolić tył głowy z jednym lustrem i psem szczekającym pod drzwiami łazienki. Do zestawu dołączone były stopery, nie wiedziałem, po co, ale zatkałem uszy, by nie słyszeć tego przeklętego psa. Zakleszczyłem obręcz na czole, ząbkowane ostrze wbiłem w lewą skroń i ostrożnie zakręciłem korbką. Wtedy zrozumiałem sens tych zatyczek – zgrzyt piłowanej kości nie był tak ogłuszający, a i psa, który pod...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Tylko w ten weekend kupisz prenumeratę 20% TANIEJ

Zobacz więcej

POLECAMY

Przypisy