Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

26 lipca 2017

Ode mnie zależy, jakim jestem ojcem

31

Kiedy w naszym domu pojawiły się dzieci, zacząłem inaczej patrzeć na to, co do tej pory wydawało mi się najważniejsze. Czy to wszystko, co mam, co do tej pory osiągnąłem i co zamierzam osiągnąć, ma jakiś sens? - mówi Rober Fintak.

Piotr Żak: W rozmowie, która ukazała się w dodatku biznesowym „Gazety Wyborczej”, zadeklarował Pan, że od narodzin najstarszego syna robi Pan wszystko, żeby być w domu o godzinie 17. Co to znaczy, że robi Pan wszystko?
Robert Fintak: Cóż, żeby to dobrze wyjaśnić, muszę zacząć od początku. Gdy z moją ukochaną żoną zawieraliśmy małżeństwo, to oczywiście marzyliśmy o szczęśliwej i dużej rodzinie. Lata mijały, a my pomimo wielu starań nadal byliśmy sami. Zaczęliśmy uciekać w pracę. Pracowaliśmy po wiele godzin, spotykaliśmy się właściwie tylko wieczorami, żeby zamienić ze sobą kilka zdań, kładliśmy się spać, a rano znowu szliśmy na wiele godzin do pracy. Przyszedł w końcu moment, w którym oboje powiedzieliśmy „dość”. Doszliśmy wniosku, że to nie jest życie, jakiego chcieliśmy i o jakim marzyliśmy. Od tamtej chwili nasze życie diametralnie się zmieniło.

Co to znaczy?
To znaczy, że mamy dziś troje cudownych i wspaniałych dzieci. Nowe obowiązki, doznania, emocje, związane z ich wychowaniem i opieką nad nimi, sprawiły, że zacząłem inaczej patrzeć na to, co do tej pory wydawało się ważne. Czy to wszystko, co mam, co do tej pory osiągnąłem i co zamierzam osiągnąć, ma jakiś sens? Czy rzeczywiście o to mi chodzi? Czy rzeczywiście muszę spędzać 18–20 godzin w pracy? Czy budowanie zaplecza finansowego jest rzeczywiście najważniejsze? I doszedłem do banalnego w gruncie rzeczy wniosku, że nie jest. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Liczy się przede wszystkim rodzina, dom, dzieci, wspólne posiłki, zabawy, spacery, wycieczki. Kiedy to w pełni zrozumiałem, okazało się, że dużo łatwiej jest mi tak wszystko zorganizować, żeby mieć czas dla najbliższych. Oczywiście, jest go zawsze za mało, dlatego tak ważne jest, żeby ten czas był wartościowy,
soczysty.

Gdy słyszę lub czytam o takich przemianach hierarchii wartości jak ta, która nastąpiła u Pana, to obok szacunku pojawia się u mnie myśl: „Łatwo dokonywać takich zmian, kiedy nie trzeba się martwić o to, jak przeżyć od pierwszego do pierwszego”…
Tylko że ta myśl nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Musiałem postawić na głowie hierarchię, która organizowała mi życie przez wiele lat, zupełnie zmienić moje cele. Szkoły, studia podyplomowe, szkolenia czy inni przedsiębiorcy uczyli mnie, że zawsze najważniejszy jest cel finansowy, cyfry. Miałem to szczęście, że dojrzewałem zawodowo w firmie skandynawskiej, w której nauczyłem się, że cyfry, wyniki, tabele czy efekty materialne nie są najważniejsze. Liczy się przede wszystkim zespół, jego kompetencje, zaangażowanie, relacje, praca – ludzie, którzy tworzą firmę. To mi pomogło dokonać przewartościowania.

Przyznam, że odnajduję się w Pana opowieści. My też blisko dziesięć lat czekaliśmy na dzieci. Kiedy urodziły się córki, nasza „mała stabilizacja” dosłownie legła w gruzach. Musieliśmy zmienić wszystko: od ustawienia mebli po hierarchię celów – tych małych, codziennych, i tych długofalowych. Naprawdę wiem, jak dużą pracę trzeba wykonać, żeby w takiej sytuacji najpierw zacząć myśleć o sobie samym jako ojcu, a potem ustawić rodzinę tak wysoko w hierarchii wartości.
Wydaje mi się, że każdy mężczyzna musi to głęboko przepracować, nie chcę mówić za kobiety, bo nie mam do tego prawa. Niezliczoną ilość razy budziłem się z myślą: „Jakie będą nasze dzieci? Czy sprostam zadaniu i będę dobrym ojcem?”. Niektórzy ojcowie uważają, że rodzina nie zając, nie ucieknie, i dlatego oni mogą wrócić z pracy o godzinie 22 czy 23. Ale warto zdawać sobie sprawę z tego, że dzieci nie dadzą nam taryfy ulgowej, bo dla nich sprawa jest prosta: tata jest albo go nie ma. Nie da się im wmówić, że tatuś musi pracować po 12 godzin na dobę, bo dzięki temu wspólnie pojadą na wakacje.
Tyle że nieobecnym dla dzieci można być także wtedy, gdy siedzi się z nimi w domu po wiele godzin. Jakiś czas temu zrozumiał to mój znajomy. Miał taką pracę, że mógł spędzać z kilkuletnimi wówczas dziećmi całe dnie. Pewnego dnia dotarło do niego, że tak naprawdę jest obok nich, bo siedzi w swoim pokoju i reaguje tylko wtedy, gdy czegoś od niego chcą. Stopniowo, ostrożnie, wrócił do życia swoich dzieci i dzisiaj ma z nimi bardzo dobre relacje.
Bo o wiele większe znaczenie ma to, jak spędza się czas z rodziną, a nie ile... Mam dobrego kolegę, Marcina. Poznaliśmy się sześć lat temu w przedszkolu, kiedy nasze najstarsze dzieci były w najmłodszej grupie. Teraz do tego samego przedszkola chodzą nasze młodsze dzieci. Marcin mieszka w Łodzi, ale pracuje w całej Polsce. Nie pamiętam jednak, żeby opuścił choć jedno przedstawienie w przedszkolu. Potrafi przełożyć albo skrócić spotkanie, przespać się w jakimś podrzędnym motelu, przejechać z końca Polski, żeby tylko zdążyć na występ swojego dziecka. On doskonale wie, jak ważna dla dzieci jest jego obecność. Taka postawa może stanowić wzór dla innych, tak jak jest wzorem dla mnie.

Pana kolega przekłada albo wcześniej kończy spotkania biznesowe, żeby być z dziećmi. Pan też to potrafi?
Nie mam z tym żadnego problemu. Zdarzyło mi się zrobić coś takiego kilkanaście razy. Zauważyłem przy tym, że partnerzy reagują na dwa sposoby. Jedni mówią: „Nie ma problemu, pełne zrozumienie, dzieci są najważniejsze”. Drudzy przyjmują to z irytacją: „No chyba pan żartuje! Jak tak można?!”.

Stracił Pan z tego powodu jakiś ważny kontrakt albo projekt?
Nie. Tym moim rozmówcom, którzy nie rozumieją, tłumaczę: „To dla mnie bardzo istotne. Odbieram syna z treningu i muszę być o wyznaczonej godzinie”. Na ogół udaje mi się ich przekonać, a jeśli nie, to znaczy, że nie są partnerami do rozmów, nie szanują wartości, jaką jest rodzina i obowiązki rodzica. Kilka lat temu prowadziłem bardzo poważne szkolenie. W jego trakcie otrzymałem wiadomość, że lada moment przyjdzie na świat nasz młodszy syn. Pierwszy raz w życiu czułem, jak trzęsą mi się ręce i nogi. Drżącym głosem przeprosiłem uczestników szkolenia, powiedziałem im, że właśnie dzieje się coś niezwykłego w moim życiu, wsiadłem w samochód i pojechałem do szpitala. Potem współpracownicy powiedzieli mi, że grupa przyjęła mój wyjazd z absolutnym zrozumieniem.

Powiedział Pan, że nie jest partnerem do rozmów ten, kto nie rozumie, że musi Pan zająć się dziećmi. Zdarzyło się Panu zerwać negocjacje po usłyszeniu od rozmówcy: „Co pan wyprawia, tak nie można”?
Nie, chociaż w początkach mojej działalności biznesowej sam tak reagowałem w stosunku do innych: „Jak to, żona nie może odebrać dziecka z przedszkola? Jak maluch posiedzi pół godziny dłużej w przedszkolu, nic mu się nie stanie”. Nie mogłem tego poją...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy