Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , I

31 maja 2016

Nie płacz po mnie

49

Dwanaście lat milczałam. Nie chciałam z ludźmi rozmawiać. No bo co powiedzieć? Że matka mnie porzuciła? Odeszła, ot tak, rzucając mi w twarz jednego SMS-a?

Tego dnia, gdy przychodzi ostatni SMS od matki, Monika wysiada z samolotu we Frankfurcie nad Menem. Wieczorem, na urodzinowej imprezie, dostaje od przyjaciół 29 róż. Pije wino reńskie, spotyka dawno niewidzianych znajomych – zapomina o wiadomości od matki. Gdy następnego dnia dzwoni do niej, słyszy niepewny głos nagrany na sekretarce: „Nie mogę w tej chwili rozmawiać. Oddzwonię”. Nie oddzwania.

Po powrocie do kraju Monika wpada w wir pracy. Korporacja żąda pełnego zaangażowania, a Monika odpowiada za wizerunek firmy na rynku. Wszystko w jej pracy jest pilne, sprawy prywatne muszą czekać. Wieczorami wydzwania do matki, ale ona wciąż nie odbiera. Któregoś dnia dzwoni koleżanka z Gliwic: – Wiesz, twoja mama chyba nie żyje. Sprawdź. I rozłącza się, nie dając Monice dojść do głosu.

– Zadzwoniłam na policję, na pogotowie. Ciągle mnie przełączali. Kiedy już miałam nadzieję, że to był tylko głupi żart, usłyszałam: „proszę przyjechać jak najszybciej, zabraliśmy ciało z mieszkania” – opowiada Monika.
Nie zna dokładnej daty śmierci matki, nie próbuje jej ustalić. Boi się, że gdy zacznie dociekać, okaże się, że matka popełniła samobójstwo w dzień jej urodzin. W akcie zgonu wpisano 29 lipca, bo tego dnia sąsiedzi zadzwonili na pogotowie. Było gorąco. Ciało zaczęło się rozkładać. Możliwe, że mama leżała w mieszkaniu kilka dni.

Niczego nie wymagała
Trzy miesiące po urodzeniu Moniki matka zawozi ją do Kielc, do babci. Odbierze ją po dwóch latach, gdy skończy studia w Gliwicach. – Nie mam z tego okresu żadnych wspomnień – mówi Monika. Gdy w końcu zamieszka z rodzicami, ci postanawiają się rozejść. Zostaje z matką. Trudno im się porozumieć.
– Odnajdywała się doskonale, gdy trzeba było interweniować w przedszkolu czy szkole, zawsze wtedy stawała w mojej obronie – mówi Monika. – Nie pilnowała mnie, tylko pomagała, jeśli tego potrzebowałam. Niczego ode mnie nie wymagała. Nie miałam żadnych obowiązków w domu. Troszczyła się, żebym miała ciuchy, jeździła na wakacje, uczyła się języków. Dbała o mnie, ale brakowało w tym uczuć. Mam tylko parę przebłysków, że razem coś zrobiłyśmy. Gdy wygrała podczas wakacji dużą sumę w totolotka, zamieniłyśmy kwaterę na hotel w Sopocie i miałyśmy tydzień życia w wielkim mieście. Fajnie było. Odwiedzałyśmy kawiarnie, sklepy. Z fantazją! – wspomina.

Matka nie utrzymuje kontaktów z najbliższą rodziną. Na święta wysyła córkę do dziadków. Sama woli zostać w domu. Jej przeszłość jest dla Moniki tajemnicą. Wie, że po maturze mama zdała na studia w Lublinie, a jednak, prawdopodobnie na skutek nieszczęśliwej miłości, wstąpiła do klasztoru. W zamykanej na kluczyk szufladzie biurka przechowywała listy pełne uczucia i obietnic. Po roku jej mama zmusiła ją, by porzuciła klasztor i rozpoczęła studia na politechnice. Potem był ślub, narodziny Moniki, rozwód.

Byłaś dla mnie najcudowniejszym darem
Z Warszawy do Gliwic jest około trzystu kilometrów. Ten dystans nagle wydaje się Monice nie do pokonania. Boi się tej podróży i stale ją odkłada. Ciągle pojawia się coś pilniejszego do zrobienia. Ma wymówkę – musi chodzić do pracy, prawo gwarantuje tylko jeden dzień na pogrzeb bliskich. Przychodzi więc do roboty, włącza komputer i gapi się w monitor. Któregoś dnia szef prosi ją do gabinetu. Nie patrząc jej w oczy, daje kilka dobrych rad: „Bądź dzielna. Jesteś młoda, wszystko przed tobą”... oraz półroczną odprawę.
Kiedy po dwóch tygodniach zbiera się w sobie i jedzie do Gliwic, na kuchennym stole czeka na nią list. Dziesięć lat później, gdy w końcu odważy się go otworzyć, przeczyta: „Byłaś dla mnie najcudowniejszym darem, jaki dał mi los. Kochałam Cię całym sercem i byłam z Ciebie dumna...Nie płacz po mnie... Wróć do Boga... Bądź szczęśliwa...”.

Pozbyć się wszystkiego
Monika zamawia kontener, chce jak najszybciej opróżnić mieszkanie po matce i wystawić je na sprzedaż. Spłaci w ten sposób kredyt, który zaciągnęła na jego zakup.
– Wywalałam wszystko, jak leci. Nie miałam siły przeglądać rzeczy – bałam się, że rozpadnę się na kawałki. Starałam się nie dopuszczać do głosu żadnych uczuć. Dopiero później przyszła refleksja, że pozbyłam się pamiątek, które miały dla mnie emocjonalną wartość – wspomina.
Do kontenera lecą książki, biurko, kanapa i fotele z wysokimi oparciami. Monika zabiera tylko jedną małą drewnianą skrzynkę; ma ją do dziś. Wkłada do niej Calineczkę, nagrodę z pierwszej klasy podstawówki, talerz z dwoma uchwytami w kształcie łabędzi, który w dzieciństwie uważała za najbrzydszą rzecz na świecie. Matka go uwielbiała, kładła na nim owoce. Bierze też kilka portretów matki i swoje zdjęcia z dzieciństwa.

Koleś z łopatą
W ostatnich latach życia matka często mówiła o Bogu, dlatego Monika postanawia zorganizować jej pogrzeb z mszą. Ale żaden ksiądz nie chce jej pochować: – Samobójca gwałci prawa boskie – mówią. – Tylko Bóg może dać lub odebrać życie.
– Byłam w trzech katolickich parafiach, wszyscy mi odmówili – wspomina. – Próbowałam u księdza protestanckiego, też mnie zbył. W końcu wzięłam jej urnę i dogadałam się z szefem cmentarza. Zgodził się wkopać ją w grób rodzinny.
Tak to się odbyło. Przyszedł koleś z łopatą, wykopał dziurę i już. Za niewielką opłatą przybili tabliczkę: imię, nazwisko, data śmierci. Koniec.

Baran z owczej wełny
– Nie, nie dręczy mnie poczucie winy – mówi Monika. – Tylko w sekundzie wydoroślałam i dotarło do mnie, że nie zauważyłam tylu rzeczy. O to mam do siebie pretensje. Że zwykle ogarniam, a tu nie dostrzegłam problemu. Nie dorosłam, nie byłam przygotowana, by zajmować się matką. Przecież miałam tylko dwadzieścia parę lat.
Matkę pogrą...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy