Dołącz do czytelników
Brak wyników

Otwarty dostęp , inne

17 listopada 2015

Moje Kilimandżaro

274

Odzyskał przytomność, odchylił prześcieradło i zaczął drzeć się wniebogłosy. Był z niego kawał chłopa - sto osiemdziesiąt dwa centymetry. Zostało sto piętnaście. Piotr nie uwierzyłby wtedy, że bez nóg wejdzie na „dach Afryki”.

Każdy ma swoje Kilimandżaro – to hasło wyprawy na najwyższy szczyt Afryki, którą zorganizowała Fundacja „Mimo Wszystko” Anny Dymnej. Chcieli pokazać innym niepełnosprawnym, że też mogą pokonywać swoje bariery. Mogą wyjść z każdej ciemności i nauczyć się na nowo kochać życie.
– Mnie z ciemności wyprowadzała mama – mówi Piotr Truszkowski. – Od małego.
Zemdlała, jak go zobaczyła po wypadku. Szybko się pozbierała: wiedziała, że nie czas rozczulać się nad sobą, że musi pomóc synowi się pozbierać. Nie było łatwo – czasem miał takiego doła, że nikogo nie chciał widzieć, nawet jej.

Nie był grzecznym chłopcem. Zdolny, ale leń. Zawsze wszystko na przekór, buntownik. Jego dewiza: wszystko robić po swojemu. I te szczenięce wygłupy: pójść na jabłka na czyjąś działkę, powiązać sznurkiem klamki od drzwi sąsiadów, żeby nie mogli otworzyć.
Czasem musiała nakrzyczeć, nieraz oberwał pas­kiem albo ścierką. Jak wtedy, gdy z kolegami zjadł cały zapas ogórków kiszonych na zimę albo szynkę na święta. Albo jak zamelinował się u kolegi i trzy dni nie było go w domu. Czy jak podebrał jej kilka złotych. – Ale zawsze wierzyła, że wyjdę na ludzi.
W Siemianowicach (po wypadku Piotr przeleżał pół roku na „oparzeniówce”) wynajęła mieszkanie, żeby być przy nim. Kiedy się budził, siedziała już przy jego łóżku. Była obok, dopóki nie zasnął. „Dasz radę” – powtarzała tak często, aż jej uwierzył i wziął się w garść.
Zrezygnowała z pracy. Gdy wrócił do domu, woziła go wszędzie: do szkoły, na treningi, nawet na dyskoteki. Dwa lata temu sama ciężko zachorowała. Piotr starał się do niej jeździć raz w tygodniu, chociaż to prawie dwieście kilometrów. Codziennie dzwonił. Martwił się, tak jak ona kiedyś o niego. Chciał się jakoś odwdzięczyć. Wie, że nie miał szans. Mama zmarła na początku maja.

Do kogo mieć żal?
1 października 2008, Marangu Gate w Tanzanii. Stąd zaczyna się podejście na Kilimandżaro. Podjeżdżają pod bramę, kierowca zahacza o przewody elektryczne. Przymocowany na dachu autobusu wózek Piotra spada na ziemię: pogięły się rama i koła. Martwi się, że to już koniec jego wyprawy.
16 maja 1997, Kamienna Góra. Też przewody. Ciepły wieczór, ognisko, piwo, kiełbaski. Idzie z kolegami przez wysoką trawę. Rozmawiają o wakacjach, dziewczynach, śmieją się i… właściwie to więcej nie pamięta. Już po wszystkim dowie się, że przez wystające z ziemi kable przepływało dwadzieścia tysięcy woltów. Zostali ze zwęglonymi nogami, poparzonymi rękami.
Trzy miesiące wcześniej obchodził osiemnastkę. Chciał studiować na AWF-ie. Od małego marzył, żeby zagrać w siatkarskiej drużynie narodowej.
Do kogo mieć żal za zmarnowane życie? Tamtego dnia ludzie od rana dzwonili do zakładu energetycznego, żeby zabezpieczyli to miejsce, bo prąd zabił psa, ale ktoś zapomniał, zaniedbał.

Piotr długo procesował się z zakładem, w końcu dostał odszkodowanie. Po tylu latach złość mija. Czasem miewa żal – do urzędników i nieżyciowych przepisów. Co jakiś czas musi stawać przed komisją lekarską, która orzeka o stopniu niepełnosprawności. Jakby któregoś dnia miały mu nogi odrosnąć…
Krew go zalewa, gdy jedzie do urzędu miasta po kartę parkingową dla inwalidy i każą mu przyjść za dwa miesiące, aż wydadzą decyzję.
Nie, nie chce litości. Wystarczy trochę empatii. Lato, chce wracać autobusem znad morza. Kierowca: – Pana zabiorę, ale wózek się nie zmieści. Autobus odjechał bez Piotra.

Jeszcze będziesz biegał
Na Kilimandżaro wspina się co roku kilkanaście tysięcy ludzi. „Dach Afryki” zdobywa co czwarty. Nie trzeba być alpinistą, niepotrzebne są raki ani czekany, trasy wspinaczkowe są szerokie i łagodne, jak w Bieszczadach. Ale jest zimno, boli głowa – w końcu to prawie sześć tysięcy metrów nad poziomem morza.
Po wypadku lekarze dawali Piotrowi pół procenta szansy na przeżycie.
Odzyskał przytomność, odchylił prześcieradło i zaczął się drzeć wniebogłosy. Nie mógł uwierzyć, że to on. Grał w siatkówkę, kilka miesięcy wcześniej szalał na koncercie The Prodigy, był z niego kawał chłopa – sto osiemdziesiąt dwa centymetry. Zostało sto piętnaście. Bez nóg, już do końca życia skazany na kalectwo.
„Za co?” – pyta siebie, rodziców, czasem Boga.
Marzy o „złotym strzale” z morfiny, po którym już się nie obudzi.
Lekarze, doświadczeni fachowcy, robią przeszczepy skóry, zmieniają opatrunki, zalecają kąpiele, żeby rany się zabliźniły. Kąpiele są najgorsze – nigdy tak nie wył z bólu. Gdyby nie środki znieczulające, chyba by zwariował.

Jest wdzięczny lekarzom, że uratowali mu życie. Nawet nie wie, czy im podziękował. Pewnie nie, w końcu wykonywali swoją pracę. Tak wtedy myślał. Teraz bardziej to docenia. „Jeszcze będziesz biegał za piłką” – powtarzał wciąż ordynator. I niewiele się pomylił.
Sił dodawał mu Jarek, który razem z nim wlazł na te kable. Właściwie to wzajemnie się wspierali. Kiedy założyli im protezy i Jarek przeszedł parę kroków, Piotr też musiał zrobić kilka kroków. Kiedy jeden nauczył się zjeżdżać na wózku po schodach, drugi nie chciał być gorszy.
A tamten chłopak w bluzie reprezentacji Polski nawet nie ma pojęcia, jak bardzo pomógł. Piotr zapytał go, co robi i skąd ta bluza. Tak dowiedział się o siatkówce na siedząco, w którą grają niepełnosprawni. Zagrywka, przyjęcie, atak, przecież tego nie zapomniałem – pomyślał. Mama zawiozła go na pierwszy trening. Piotr gra do dziś.

Wiktoria
Ruszyli pod górę. Piotrowi głupio: leży na wózku alpejskim, przypominającym nosze z kółkiem pośrodku, a tragarze się męczą. Słyszy ich ciężki oddech. Kiedy od czasu do czasu robią krótkie przerwy, wścieka się, że jest młody, silny, a uzależniony od innych. Kusi go, żeby zejść z wózka.
Nie chciał być w życiu sam, ale bał się, że nie znajdzie nikogo. Bo jaka kobieta zechce dzielić życie z facetem bez nóg?
Chodziła do tego samego liceum. Okulary, długie, ciemne włosy zaplecione w warkocz. Podobała się innym – jemu tak sobie. Ale przylgnęła do niego. Powtarzała, że jest zakochana. On nie był. Tłumaczył sobie, że miłość kiedyś przyjdzie. Najważniejsze to być razem.

Po roku urodziła się córka, wzięli ślub. Wytrzymali ze sobą kilka lat. Gdy się rozwodzili – bardzo to przeżył. Nie lubi o tym mówić.
Siebie też wini. Zbyt późno zrozumiał, że szukanie kogoś drugiego na siłę to za mało, żeby zbudować udany związek. Przez te kilka wspólnych lat więcej było złych dni niż dobrych. Ale przecież na początku dała mu nadzieję, że nie będzie sam. Że jest kochany. No i urodziła mu córkę. Pamięta jak dziś: kwietniowy wieczór, poród przez cesarskie cięcie. Kiedy pielęgniarka podawała mu Wiktorię na ręce, miał w oczach łzy. Był dumny, że sprawdził się jako mężczyzna. Przewijał ją, kąpał, wstawał do niej w nocy, żeby podać butelkę z mlekiem. Przylgnęła do nieg...

Artykuł jest dostępny dla zalogowanych użytkowników w ramach Otwartego Dostępu.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałów pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

Przypisy