Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , Praktycznie

30 stycznia 2018

Kiedy Wschód spotka się z Zachodem

30

Ludzie, których spotkałam podróżując po Nepalu, Serbii i Gruzji, promieniowali szczęściem. Nie wiedzieli, na czym polega profilaktyka zdrowotna, ale zawsze byli uśmiechnięci. Nie martwili się na zapas, przyjmowali to, co przyniósł los.

Są takie miejsca, gdzie czas – choć wcale nie płynie wolniej – nie jest istotny. Nikt się z nim nie liczy. Nie ma ciszy i nie słychać śpiewu ptaków. Wraz z tumanami kurzu spod kół toczących się samochodów w powietrzu unosi się „wrzask” klaksonów. Wciskanych nie ze złości, ale z radością – jako powitanie kierowców, których co dzień spotyka się w korkach na tej samej trasie. Jest gwarno, wokół mało przestrzeni, łatwiej jednak usłyszeć głośny śmiech niż kłótnię. Nikt nie wyleguje się na trawie, bo tej w mieście zwyczajnie nie ma. Ludziom wystarczy jednak skrawek miejsca byle gdzie, byle tylko dało się choć trochę wyciągnąć nogi i już gotowi są na relaks. Przed świątynią, na taczce, na ubitej ziemi w pasie między jezdniami. Nic nie przeszkadza – ani hałas, ruch, spaliny, ani nawet ciężkie tiry sunące zaledwie pół metra od odpoczywającego.

Posiłki składają się z tego, co uda się wyhodować lub znaleźć. Ale wszyscy jedzą wspólnie i dzielą się tym, co mają, bez skrępowania sięgając dłonią do talerzy współbiesiadników. W razie choroby nie można liczyć na szybką interwencję lekarza, a dotarcie do najbliższego szpitala to długie godziny wyczerpującej podróży. Lecz tutaj nikt nie martwi się na zapas. Ważne jest „tu i teraz”, autentyczne cieszenie się chwilą, samym faktem istnienia. Na Wschodzie taki stan umysłu to norma – i ma dużo większy wpływ na zdrowie, niż może się wydawać.

Biedni, ale szczęśliwi

Podróżuję, odkąd pamiętam. Norwegia, Dania, Francja, Portugalia... poznawałam europejskie państwa, zapuszczając się coraz dalej. W każdym odkrywałam coś ciekawego, poznawałam inną kulturę, zwyczaje, styl życia. Byłam zaskoczona, gdy po raz pierwszy poznałam ludzi, którymi kierowały wartości odmienne od tych, w jakich się wychowałam. Uważałam, że przez to ich życie biegnie innymi ścieżkami.

W Serbii początkowo zaskoczyła mnie „dzikość” tego kraju oraz panująca tam – jak mi się wydawało – bieda. Jednak później największe wrażenie wywarło na mnie coś zupełnie innego. Coś, czego wtedy nie potrafiłam nazwać. Razem z przyjacielem przemierzaliśmy Serbię autostopem, zmierzając w kierunku Macedonii. Napotkany kierowca zaproponował nam nocleg u siebie w domu. Zdziwiło nas to, jak bardzo się ucieszył, że może nas ugościć. Mieszkał w piętrowym budynku wraz z żoną, dziećmi i rodzicami. Parter pozostawał wolny.

Zimą przeprowadzali tam świnie z obory, by ciepłem ich ciał ogrzewać domostwo. Prawie jak ogrzewanie podłogowe. Serbowie chwalili się tym, że posiłek, którym nas goszczą, został przygotowany z tego, co sami wyhodowali w gospodarstwie. Cieszyli się, że mogą podzielić się z nami tym, co mają. Nie opływali w luksusy, do szczęścia wystarczyło im, że mają siebie nawzajem. Wtedy jeszcze nie byłam lekarzem i nie zastanawiałam się nad tym, jak warunki życia wpływają na zdrowie. Zaczęłam zwracać na to uwagę kilka lat później.

Przed końcem studiów poleciałam do Gruzji. Przemieszczałam się tam rowerem, dzięki czemu mogłam dotrzeć do nieturystycznych regionów. Czasami zupełnie dzikich i oddalonych od drogi przejezdnej dla samochodów. Po pierwsze, uwagę zwracał stan uzębienia Gruzinów. Czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie byli tak szczerbaci, jakby nigdy nie widzieli dentysty. I to nie tylko na głębokiej wsi. Do dziś pamiętam twarz wysokiego rangą komisarza: przy każdym uśmiechu świecił dziąsłami, a zęby prezentowały gamę odcieni szarości oraz brązu – efekt zaawansowanej próchnicy, kamienia lub brudu.

Podczas tej wyprawy spotykaliśmy ludzi żyjących w domach bez bieżącej wody. Za toaletę służyły wychodki, stawiane w pobliżu budynków mieszkalnych – w odległości, która pozwalała uchronić się przed wydobywającym się z ich wnętrza smrodem, a także przed okupującymi je insektami. Podczas biesiady, na którą zostaliśmy zaproszeni do jednej z położonych w górach „restauracji”, zdarzyło mi się korzystać z wygódki, tyle że tu nie pofatygowano się nawet, by wykopać dół. Strumień ekskrementów spływał zboczem góry. Nieduży drewniany wychodek zbity został z trzech ścian, które osłaniały użytkowników od strony drogi. Prześwity między deskami zapewniały wątpliwą prywatność.
Kąpieli – przeważnie w rzece – nie praktykowano codziennie.

Radość z ości

Nieraz musieliśmy się mocno natrudzić, by znaleźć sklep. Gruzini ich nie potrzebowali. Zwłaszcza na wsiach, gdzie posiłki składały się głównie z tego, co dojrzało w polu, lesie, zagrodzie, stawie. Dania były skromne, ale smaczne. Chociaż... Nigdy nie zapomnę kolacji, na którą nasi gospodarze podali smażone ryby, niewiele większe od szprotek. Były koszmarnie ościste, miały twarde kręgosłupy i niewiele mięsa, zalatującego mułem. W Polsce za nic nie tknęłabym czegoś takiego, jednak w Gruzji – wobec zastanej tam biedy – nie byłam w stanie odmówić gospodarzom, którzy z radością podzielili się i tak bardzo skromnym posiłkiem. Wytrwale skubałam przypaloną skórę, starając się jak najdokładniej obrać szkielet, a przy tym nie pokaleczyć dziąseł ani nie zadławić się ością; bliska płaczu, kiedy namawiano, bym zjadła więcej. Resztek nie wyrzucano, tylko rzucano pod stół zwierzętom.

Im bardziej zapuszczaliśmy się w głąb kraju, tym większe było moje zdumienie. Zwłaszcza wysoko w górach. W regionie Swanetii zre...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy