Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia

15 maja 2020

NR 1 (Styczeń 2019)

Każdy dzień to jakaś góra

45

Odwaga jest najważniejsza. Choć może i ja też kiedyś byłam tchórzem? Za to dziś, gdy coś mi się nie podoba, staram się mówić głośno, bo wiem, że milczenie jest przyzwoleniem na zło.

JOANNA STRZAŁKO: Jak to się stało, że zaczęła się Pani wspinać? Zainspirowała Panią Wanda Rutkiewicz?

ELIZA KUBARSKA: Kiedy zaginęła, miałam czternaście lat. Trzy lata później sama zaczęłam się wspinać.

W 2013 roku kręciłam „K2. Dotknąć nieba” – film o dzieciach alpinistów, którzy zginęli na K2, drugiej co do wysokości górze świata. Moją uwagę przykuło to, że we wszystkich materiałach archiwalnych, które przeglądałam do tego filmu, pojawiała się Wanda Rutkiewicz. Była niezależną, bezkompromisową kobietą, więc spotkała ją fala krytyki. Za realizację swoich marzeń zapłaciła wysoką cenę. Pracuję teraz nad filmem dokumentalnym o Wandzie Rutkiewicz. W 1992 roku nie wróciła z wyprawy na Kanczendzongę, ośmiotysięcznik we wschodnim Nepalu, a jej ciała do dziś nie odnaleziono. Wspinanie było u niej na pierwszym planie. Było sposobem na życie.

A czym wspinanie jest dla Pani?

Jest jak medytacja. Daje mi poczucie życia pełnią, bycia tu i teraz. Kiedy jestem w górach, jestem szczęśliwa. To wspinanie dało mi siłę i wiarę w siebie. Gdy zaczynałam się wspinać, był to sport tylko dla wtajemniczonych i to mnie w nim najbardziej pociągało.

Zakochała się Pani?

Tak, choć zaraz na początku miałam poważny wypadek. To było w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Świeżo po kursie skałkowym wróciłam w skały. Na miejscu spotkałam dziewczynę tak samo niedoświadczoną jak ja. W tamtych czasach, w połowie lat 90., trudno było o sprzęt. Miałyśmy bardzo krótką linę, zapomniałyśmy na jej końcu zawiązać węzeł. Kiedy wspięłam się na dwadzieścia pięć metrów i zaczęłam zjeżdżać w dół, lina wyślizgnęła się asekurantce z rąk. Poleciałam kilkanaście metrów w dół – po drodze uderzyłam twarzą w skałę, straciłam zęby, zgruchotałam żuchwę i kość policzkową. Przeszłam dwie operacje, ale w sumie dość dobrze mnie poskładali. 

Nie odechciało się Pani wspinania?

Tydzień po wyjściu ze szpitala byłam na ściance. Z szyną w żuchwie, ze spuchniętą twarzą, „dziewczyna bez zęba na przedzie” – jak śpiewał Kazik. Już nie wyobrażałam sobie życia bez wspinaczki. Mia-
łam tylko problem z mamą. Nie mówiłam jej, gdzie spędzam cały mój wolny czas.

Pewnego dnia pojechałam na wspinaczkowe Mistrzostwa Polski Juniorów i zdobyłam srebro. Po powrocie do domu spytałam, czy teraz już mogę się wspinać. Mama zrozumiała, że nie jest w stanie zakazać mi tego. Miłość jest silniejsza niż strach.

le ma Pani tych miłości?

Drugą jest sztuka. Skończyłam warszawską Akademię Sztuk Pięknych – w pracowni rzeźby i instalacji multimedialnych profesora Grzegorza Kowalskiego. Moi koledzy ze studiów mówili: „Jak byś tyle rzeźbiła, ile się wspinasz, byłabyś naprawdę dobra”, ale gdy skończyłam akademię, zrozumiałam, że chcę robić filmy. Poszłam więc do szkoły filmowej Andrzeja Wajdy. 

Wciągnęła się Pani w dokument?

Tak. Gdy niedawno prezentowałam mój nowy projekt, jeden z zagranicznych producentów, który zna moje poprzednie filmy, stwierdził: „Zawsze opowiadasz o sobie, używając do tego historii innych ludzi”. Może coś w tym jest?

Na Borneo, gdzie kręciłam „Badjao. Duchy z morza”, mieszkałam z moimi bohaterami, nomadami morza, w domach na palach. Jedna izba, sześcioro dzieci. Obserwowałam ich podejście do śmierci i narodzin, ich zespolenie z naturą. Jeszcze nie byłam matką. W ciążę zaszłam, gdy robiłam film „K2. Dotknąć nieba”. Zastanawiałam się na planie, czy wspinacz może mieć dziecko. 

Teraz, gdy pracuję nad filmem o Wandzie Rutkiewicz i myślę o jej samotności, a może nawet tęsknocie za rodziną, zastanawiam się, czy chcę, żeby moje życie wyglądało tak jak jej. Doszłam do wniosku, że cena, jaką zapłaciła, jest za wysoka, że ja tak nie chcę. Mój synek skończy niedługo cztery lata. Tuż po jego naro­dzinach filmy o Badjao i K2 weszły na ścieżkę festiwalową. Dobrze sobie radziły i otrzymywałam zaproszenia z całego świata. Syn jeździł ze mną wszędzie. Do czternastego miesiąca życia odwiedził czternaście krajów.

A mąż?

Przez lata wspinaliśmy się razem. Dawid [Kaszlikowski – przyp. red.], który z zawodu jest fotografem, zaszczepił we mnie zamiłowanie do wypraw. Naszą pasją było otwieranie nowych dróg wspinaczkowych w górach, w pięknych, często egzotycznych miejscach, takich jak Mali w Afryce Zachodniej, pustynne Wadi Rum w Jordanii czy fiordy Grenlandii. Ostatnio często współ...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy