Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia

6 maja 2019

NR 5 (Maj 2019)

I raj ma swoje piekło

73

Polscy emigranci czują ogromną presję ze strony rodziny czy przyjaciół w Polsce: musi ci się udać, bo wyjechałeś na Zachód, zarabiasz w funtach. Koszty emocjonalne emigracji nie są widoczne – nikt się nie przyzna, że ma depresję.

MAGDA BRZEZIŃSKA: Gdy wpiszemy w wyszukiwarkę hasło „wyspa Jersey”, jako pierwsze pojawiają się linki odsyłające do informacji, w których wyspa przedstawiana jest jako idealna na wakacje z dziećmi, a także jako „raj podatkowy” dla przedsiębiorców. Tuż za nimi wyskakują wiadomości o „masakrze na Jersey” dokonanej przez polskiego imigranta. Tej tragicznej historii już się nie wymaże?

EWA WINNICKA: Choć od tragedii minęło osiem lat, na Jersey wciąż się o niej pamięta. Pamiętają rodowici mieszkańcy i imigranci, nie tylko polscy. Dla mnie ten temat jest naturalną kontynuacją mojego zaciekawienia tym, co się dzieje z człowiekiem, który emigruje, zmienia kulturę, w której żyje. Uważam, że psychologiczne konsekwencje konieczności dostosowania się, poczucie zawieszenia, niepewności imigrantów – to wszystko nie zostało jeszcze opisane przez naukowców, socjologów i psychologów. Jedynie ekonomiści liczą, ile Polacy zarobili i ile funtów przesłali rodzinom. Pracowałam nad Angolami, kiedy pewnej niedzieli we wszystkich światowych mediach pojawiły się informacje o tym, co się wydarzyło na Jersey, co zrobił Damian Rzeszowski.

DIONISIOS STURIS: Gdy Ewa zaprosiła mnie do pracy nad reportażem o tak ekstremalnym przypadku nieudanej emigracji, nie miałem żadnych wątpliwości, bo to fascynujący temat. Podobnie jak Ewa myślę, że proces emigracji jest wciąż mało opisany. Nasze wcześniejsze książki powstawały dekadę po pierwszych wyjazdach Polaków. Masowe morderstwo na Jersey opisujemy z perspektywy kolejnych ośmiu lat.

Chcieliśmy sprawdzić, jak polskim imigrantom żyje się dziś. 

EWA WINNICKA: Byliśmy ciekawi, jak taka zbrodnia wpływa na życie społeczności. Nic tak tragicznego wcześniej nie zdarzyło się na wyspie.

DIONISIOS STURIS: Choć jak przejrzeliśmy statystyki policyjne, to okazało się, że przemoc domowa ze skutkiem śmiertelnym wśród Polonii w Wielkiej Brytanii jest dużo częstsza, niż nam się wydaje. Polki w tych statystykach przemocowych są zaraz za Albankami. 

To jedna czwarta zgłaszanych przypadków na Wyspach...

DIONISIOS STURIS: Wiele spraw nie trafia na policję. Na Jersey z rąk Rzeszowskiego jednego popołudnia, w kwadrans, zginęło sześć osób, w tym troje dzieci – więc wszyscy rzucili się na ten temat. Gdy ginie jedna osoba, w ogóle o tym nie słychać, media nie interesują się tą codzienną, niespektakularną przemocą domową wśród Polonii, opowiadanie o tym nie jest w niczyim interesie. Polska emigracja jest rozgrywana politycznie – politycy z Warszawy pojawiają się na Wyspach tylko przed wyborami, a potem nikt się Polonią nie interesuje. Czasem premier lub prezydent zaapelują do imigrantów, by wracali do kraju, choć niczego o nich nie wiedzą – ani jak im się żyje, ani czy w ogóle rozważają powrót...

...i czy radzą sobie emocjonalnie z tym wszystkim, co wiąże się z emigracją. Trudno pojąć, co popycha dobrze postrzeganego przez otoczenie polskiego imigranta do zabójstwa żony, teścia, dzieci, przyjaciółki żony i jej dziecka. 

DIONISIOS STURIS: Z sensacyjnych doniesień medialnych tuż po zbrodni niewiele wynikało, może nawet więcej wątpliwości niż bezsprzecznych faktów. Zastanawialiśmy się, czy Rzeszowski aby nie udawał, nie konfabulował? Bo dlaczego odmówił składania zeznań? I skąd te sprzeczności w opiniach psychiatrów? Dla mnie najciekawsze były właśnie wątki procesowe, psychiatryczne. Mogliśmy te kwestie zgłębić, bo dostaliśmy dostęp do nagrań z całego procesu.

W tej sprawie wypowiedziało się, wyjątkowo, aż sześciu psychiatrów – przy czym jeden uznał, że Polak w momencie popełnienia zbrodni był poczytalny, a pięciu było odmiennego zdania.

DIONISIOS STURIS: Zwykle swoje opinie przedstawia jeden psychiatra dla obrony i jeden dla prokuratury. Nawet jeśli są one rozbieżne, obie opinie mają takie same szanse, że zostaną uznane przez ławników.

Gdyby Rzeszowski był sądzony w Polsce, trafiłby na obserwację psychiatryczną, która trwa maksymalnie 3 miesiące. Po tym czasie specjaliści wydają opinię, która jest dla sądu rozstrzygająca. Gdyby został uznany za niepoczytalnego, to w ogóle nie doszłoby do procesu. Tymczasem Rzeszowski przebywał w angielskim szpitalu Broadmoor 9 miesięcy, a później w czasie procesu konsekwentnie milczał. System prawny na

Jersey nie był przygotowany na tak poważną zbrodnię. Wyrok wydawali juraci, czyli ławnicy, którzy nie są prawnikami [ang. jurats], nie mają też odpowiedniej wiedzy psychologicznej. Mieli jedynie skupić się na faktach – i tym razem okazało się to niezwykle trudne, bo na czym juraci mieli oprzeć swoją opinię, skoro biegli psychiatrzy nie zgadzali się co do żadnej z najważniejszych kwestii? Poza tym okazało się, że w wyspiarskim prawie jest luka, która uniemożliwiła skazanie Polaka na więcej niż 30 lat więzienia. Dopiero po procesie lokalny parlament odpowiednio zmienił kodeks karny. Ta sprawa obnażyła też poważne uchybienia w systemie opieki psychiatrycznej czy psychologicznej na wyspie.

No właśnie. Jaka ta opieka jest?

DIONISIOS STURIS: Marna, szczególnie wobec imigrantów, którzy nie posiadają statusu rezydentów. Zresztą dostęp do specjalistów i tak jest bardzo trudny, bo psychologów i terapeutów na Jersey zwyczajnie brakuje. 

EWA WINNICKA: Do tego dochodzi bariera językowa i koszty. Nie wiem, czy na wyspie pracuje jakiś polski terapeuta. Pozostaje więc terapia przez Skype’a, no i znacznie tańsze i dostępne narkotyki i alkohol. A także ezoteryczne usługi, jakie świadczy jeden z naszych rozmówców, Polak mieszkający na wyspie. Jak nie ma innej pomocy, to i do tego ludzie się uciekają.

Jedna z waszych bohaterek mówi, że gdy na Jersey ktoś pyta, co słychać, to bez względu na okoliczności wypada odpowiedzieć, że wszystko jest w porządku. W Polsce przystaniesz z kimś na chwilę i już całe litanie chorób lecą. Ale jest to wentyl na uwolnienie emocji.

DIONISIOS STURIS: Polacy wchodzą w rolę miejscowych, więc na pytanie „Are you OK?”, odpowiadają oczywiście „OK, I am fine”. Nie p...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy