Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia

2 grudnia 2019

NR 12 (Grudzień 2019)

Dzieci dwóch matek

121

Zapisałam głosy nie tyle zupełnie dorosłych i ostatnich już uczestników Zagłady, co dzieci sprzed lat – tych porzuconych na drodze, zostawionych w kanale, niemających w świadomej pamięci wydarzeń sprzed życia z drugą mamą. 

„Czy znalazła pani to, czego szukała?” – zapytała mnie pani Lena, a ja nie umiałam jej odpowiedzieć, bo chyba to, co znalazłam, nie całkiem było tym, czego się spodziewałam. Znalazłam o wiele więcej. W blisko trzyletniej pracy nad książką o dzieciach Holocaustu najważniejsze były same spotkania i rozmowy. Czasem tylko milczeliśmy i patrzyliśmy sobie w oczy, czasem były łzy. Byliśmy w pewnym sensie potrzebni sobie nawzajem – takich rzeczy nie mówi się swoim dzieciom czy wnukom, bo chce się je chronić. O takie rzeczy nie pyta się swoich rodziców czy dziadków z tego samego powodu. Najważniejsze było to, żeby przekazać te historie. Gdy już skończyłam pisać, wisieliśmy na telefonie – ja się martwiłam, czy aby o wszystko zadbałam, czy będzie dobrze, a oni mnie uspokajali. 

POLECAMY

Jedna z moich rozmówczyń, pani Inka, dziwiła się: „Po co ty się właściwie tym zajmujesz?”. Wielokrotnie sama zadawałam sobie to pytanie. Pamiętam, jak lata temu Mikołaj Grynberg, który miał już za sobą doświadczenie słuchania „o tamtym”, mówił mi z troską: „Jeszcze teraz możesz zawrócić, ale jeśli tego nie zrobisz, już z tego nie wyjdziesz”. 

Wychodzą z ukrycia

Zostałam. Widocznie tego potrzebowałam. Dla siebie? Dla nich? Dla moich dzieci?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, by to zrozumieć, muszę się cofnąć do ciemnego pokoju, w którym wiele lat temu usypiałam moje malutkie dzieci. Zrozumiałam wtedy, że to, czego nie ma na wierzchu, i tak jest pod spodem pochowane. Choćby nie wiem jak bardzo się starać zapomnieć, to i tak tam zostanie. I będzie uwierało, dawało o sobie czasem znać, zacznie rozsadzać nas od środka, aż już nie będzie ratunku.

Nieopowiadane historie są obecne w przestrzeni miast – tak jak w mojej rodzinie, jak w mojej świadomości – nie na wierzchu, ale wyłażą jakimiś piwnicznymi okienkami, wyrastają z ziemi między szparami w płytach chodnika. 

Gdy mój młodszy synek miał jakieś trzy latka, tak świetnie się schował w czasie zabawy w chowanego, że nikt go nie znalazł. W końcu wyszedł z ukrycia, a ja pochwaliłam jego pomysłowość. Swoim cienkim głosikiem z nieukrywaną dumą zapytał retorycznie: „Czyli gdyby już była wojna, toby mnie nie znaleźli?”. Zatkało mnie. Bo ja o tym myślałam codziennie, ale przecież nie dzieliłam się tą myślą z domownikami.

Najwidoczniej niewypowiedziana przeze mnie na głos, krążyła w powietrzu, aż znalazła ujście. Ileż lęków przekazujemy nieświadomie swoim dzieciom? Ile lęków przekazali dziadkowie moim rodzicom, a oni dalej mnie? 

Wszyscy doświadczyliśmy tego w mniejszym lub większym stopniu, bo wszyscy tu żyjemy na cmentarzu. Codziennie piszą do mnie obcy ludzie. Piszą, że czytają i płaczą. Może to był błąd, że się nie dogadałam z producentem chusteczek higienicznych? – próbują żartować. Nie wiem, co im odpowiadać. Nie umiem. Mam mówić: „Dobrego płakania”? Bo przecież o dobre łzy tutaj chodzi – lecznicze. Przez cały czas pracy nad książką spotykałam się z moimi rozmówcami i razem z nimi płakałam. Oni często po raz pierwszy w życiu opowiadali o swoich największych traumach. Inni mówili już o tym wiele razy, ale dopiero teraz zrozumieli to dziecko w sobie, które lata temu zostało zmuszone do milczenia i zamknięte w kryjówce, któremu odebrano tożsamość. Wcześniej żyli jeszcze dorośli świadkowie Holocaustu, głosy dzieci, jak to głosy dzieci – były dodatkiem, bo wspomnienia porwane, bo to strzępki, wiele z nich wręcz słyszało, jak pani Ola, że ona to nic nie pamięta i w ogóle to niech nie opowiada, że wojna była dla niej taka straszna, skoro cały czas była z mamą i nawet nie wiedziała, że jest Żydówką. Teraz to dziecko zostało wreszcie wysłuchane. Zapisałam głosy nie tyle zupełnie dorosłych i ostatnich już uczestników Zagłady, co dzieci sprzed lat, tych porzuconych na drodze, zostawionych w kanale, niemających w świadomej pamięci wydarzeń sprzed życia z drugą mamą albo tych, którym nakazano, by były grzeczne i słuchały, bo inaczej – śmierć. 

Mama płakała, ciocia płakała

Miałam taki czas, że wstawałam rano i płakałam, żeby w ogóle móc zacząć dzień. Ten płacz spełniał funkcję terapeutyczną. Płacz i troska. Bez nich zapis naszych rozmów rzeczywiście byłby za ciężki dla czytelników. Nie napisałam tej książki, by epatować bólem czy pouczać czytających: zobaczcie, jakie straszliwe rzeczy działy się w tym kraju – co z tym zrobicie? Uważam, że często takie ostre komunikaty są niezbędne, tak jak niezbędne jest pokazywanie, a nie tłumaczenie się czy usprawiedliwianie, ale mnie akurat przede wszystkim zależało na czymś innym. Chciałam dać czytelnikom szansę przepłakania tego wszystkiego razem z książką. I to się dzieje. To może być niełatwe, ale jest potrzebne i musi boleć – jak dobry masaż – żeby potem bolało mniej. 

Nie zawsze wysłuchanie powoduje, że „teraz już będzie dobrze”, ale to jest to, co ja mogę zrobić – w jakiś sposób, poprzez to bycie przez chwilę z tamtym dzieckiem – przytulić je czy pogłaskać, żeby już nie było całkiem samo. Panią Jadwigę jako malutką dziewczynkę porzucono na drodze, skąd miał ją odebrać wojenny opiekun – jej ojczym. Przez kolejne tygodnie dziewczynka w kółko powtarzała tylko dwa zdania: „Mama płakała. Ciocia płakała” – były wszystkim, co jej przekazano, co o sobie „wiedziała”. Trafiła dosłownie do złej macochy, kobiety, która jej nie kochała, która, gdy mała była według niej niegrzeczna, pakowała jej tobołek i straszyła: „Idź sobie, nikt nie będzie ciebie chciał, bo jesteś Żydówą”. W dodatku zmieniła jej tożsamość, wywiozła daleko od miejsca, gdzie zostawili ją rodzice. Jadwiga jako nastolatka uciekła z domu, przez lata macocha wracała jeszcze w koszmarnych snach, dlatego Jadwiga starała się w ogóle nie myśleć o przeszłości. Założyła rodzinę, zbudowała sobie życie, wychowała dzieci. Dopiero na emeryturze po raz pierwszy pojechała do wioski, w której spędziła kawałek dzieciństwa. Dzięki tej podróży dowiedziała się, że ojczym (wojenny opiekun, od którego macocha uciekła razem z Jadzią) przez lata jej szukał, zostawił dla niej list i mały domek w spadku, poznała jego syna – swojego brata. Dali jej kopertę listu z Izraela. Okazało się, że siostry jej mamy też próbowały ją odnaleźć. Jedna z nich żyła jeszcze – tak Jadwiga odzyskała korzenie, dowiedziała się, kim byli jej rodzice i jeszcze, że była wyjątkowo kochanym, wychuchanym dzieckiem. Dzięki temu dziś ma poczucie, że komuś na niej zależało. Jednak w środku, jak mówi, nadal czuje się samotna. 

Tam stoi jakaś pani

Rozdzierające są historie powojennych powrotów pierwszych mam. Dziecko trafiło już do innej rodziny. W wielu wypadkach troskliwej i kochającej. Tymczasem wracają ocalali z Zagłady mama lub tata, wychudzeni, zniszczeni. Lunia wspomina tatę: „Wyglądał jak potwór”, a Ewa pamięta, że zobaczyła przed domem obcą kobietę. Kobieta patrzyła na nią i płakała. To było niepokojące. Pobiegła do mamy: „Mamo, tam stoi jakaś pani i płacze” – jej dwie mamy się rozpoznały. Druga mama powoli przyzwyczajała Ewę do obecności tej pierwszej, ale Ewa długo nie chciała się do niej nawet zbliżać. Marysia opowiada: „Wróciłam do domu, a tam siedziała jakaś pani. Bardzo brzydka”. Alina z kolei powiedziała swojej mamie: „Ty nie jesteś moją mamą. Moja mama ma na imię Zosia”. Matka nigdy jej tego nie wybaczyła. Tak jakby świat nie mógł zaakceptować sytuacji, że można mieć dwie mamy. Ta pierwsza w imię ratowania życia musiała najpierw nauczyć swoje dziec­ko, by zapomniało jej imię, dotyk i bajki opowiadane na dobranoc – sama zrobiła miejsce dla tej drugiej. Każdy, wiadomo, ma tylko jedną mamę. Chyba że jak w tym świecie idealnym, wyobrażonym Jakuba, który zapytał swoją drugą mamę (jedyną, jaką całe życie znał), co by zrobiła, gdyby ta pierwsza wróciła.

Mama odpowiedziała „Jak to co bym zrobiła? Przecież ja cię nie ukradłam. Przyjęłabym ją tak samo jak ciebie i odtąd miałbyś dwie mamy”. Od niego i jeszcze od kilkorga moich rozmówców słyszałam, że dziś już mają dwie mamy. 

Historia Bronisławy

Dwóm kobietom zawdzięczam życie, we dwie się mną opiekowały, tuliły mnie i wychowywały. Nawet razem gospodarzyły przy jednej kuchni. Z mojego miasteczka przeżyły tylko dwie Żydówki: moja
mama i ja. Ukryła nas rodzina Kulików. To nie moja mama przyszła do Kulikowej, to Kulikowa zaproponowała jej wspólne mieszkanie – że bezpieczniej. Kulikowa bardzo mnie kochała, jej córka Helenka była starsza ode mnie, miała jakieś czternaście lat. Kulikowa (…) chodziła ze mną do kościoła, uczyła mnie pacierza. I to z nią spędzałam noce na wypadek, gdyby przyszli po moją mamę. Helenka wspominała, że wieczoram...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy