Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

26 kwietnia 2016

Z Tokio do Tohoku

76

Dwa tygodnie. Tyle czasu zajęło mi przejechanie 400 kilometrów na rowerze z Tokio do Onagawy w charytatywnym rajdzie.

Podróżowanie jest lepsze niż noworoczne postanowienia. Dzięki podróżowaniu od ponad dziesięciu lat poznaję własne granice. Okazuje się, że mogę przez pół roku jeździć z jednym plecakiem, w którym mieści się cały dom. I że mogę to robić sama. Ale aż do zeszłego roku nie sądziłam, że w deszczu i śniegu przejadę na rowerze 400 kilometrów przez góry. Kiedy usłyszałam o charytatywnym rajdzie z Tokio do Onagawy, miasta, które w 2011 roku zostało zmyte z powierzchni ziemi przez tsunami, nie zastanawiałam się ani chwili.

POLECAMY

Dwa tygodnie później, wsiadając w deszczu na różowy rowerek, przeklinałam dzień, w którym powiedziałam „tak”. Polecone przez znajomą osłonki na buty (czyli moje rozklapciane adidasy do biegania) nie dotarły na czas. Nawet peleryny nie miałam, tylko zwykłą wiatrówkę. A właśnie pierwszego dnia peleryna przydałaby się najbardziej – w Tokio lało jak z cebra. Zrozumiałam, że nie będzie tak, jak sobie wyobrażałam.

W charytatywnym rajdzie brało udział trzech rowerzystów (Rebecca, ja i Kouta – japoński muzyk i autor bloga o minimalizmie), czterech chodziarzy i jeden biegacz. Codziennie mieliśmy przejechać około trzydziestu pięciu kilometrów. Na rowerze to żaden wyczyn. Myślałam, że będziemy jechać i rozmawiać, zatrzymywać się na kawę, na lunch, a potem na obiad. Już po pięciu minutach zrozumiałam, że nie przygotowałam się na to, co mnie czeka. Pożyczony rower nie miał kosza ani sakw, nawet bagażnika. Jeden plecak wzięłam na plecy, drugi wrzuciłam do wózka z bagażami ciągniętego przez Koutę. Po czterech godzinach jazdy nadal byliśmy w mieście. Przestaliśmy się do siebie odzywać, skupiliśmy się na pedałowaniu. Nogi przemoczone, ręce przemarznięte. Liczyłam w myślach do tysiąca.

I jeszcze raz. I jeszcze raz. Byleby przetrwać.
W sklepie rowerowym kupiliśmy bagażnik, w supermarkecie kilka batonów. O zatrzymaniu się na lunch nie było mowy. O kawie już dawno przestałam marzyć. Zrobiło się ciemno, deszcz nie ustawał. Nie wiem, jak i kiedy wjechaliśmy na drogi dzielące pola ryżowe. Dopiero wtedy zorientowałam się, że nie działają mi światła, przez co prawie wjechałam do rowu. GPS poprowadził nas boczną drogą do osiedla domków jednorodzinnych. Na pierwszy nocleg zatrzymaliśmy się u rodziny Kouty. Niewiele pamiętam z tego wieczoru – tylko ciepłą kąpiel, smak gotowanego tofu i krótkie dokumentalne filmy, które pokazywał nam ojciec Kouty. Dokumenty o ludziach, którzy uratowali się z tsunami: skacząc po dachach domów, wybijając szyby samochodów porwanych przez wodę albo dryfując dwa dni po oceanie. „Nagrywam, żeby pamiętać. Za szybko zapominamy” – powiedział.

Rower dla babci Abe
11 marca 2011 roku na północy Japonii, w Tohoku, ziemia zatrzęsła się z siłą 9 stopni w dziewięciostopniowej skali Richtera. Silne wstrząsy były odczuwalne w Tokio i Nagoi, kilkaset kilometrów na południe. Przyzwyczajeni do trzęsień ziemi Japończycy mówili, że nigdy czegoś takiego nie przeżyli. Pół godziny później usłyszeli pierwsze ostrzeżenia przed tsunami. Szacowano, że może mieć trzy metry. Niektórzy uciekli na wzgórza, inni do szkół i szpitali wyznaczonych jako miejsca ewakuacji. Jeszcze inni weszli na dachy budynków albo na piętra swoich domów. Kiedy okazało się, że tsunami ma ponad piętnaście metrów (a w niektórych miejscach nawet czterdzieści), dla wielu na ucieczkę było już za późno. Zginęło prawie szesnaście tysięcy osób, do dzisiaj dwa i pół tysiąca uznaje się za zaginione.

Tsunami dotknęło trzy prefektury: Fukushimę, Miyagi i Iwate. Wdarło się dziesięć kilometrów w głąb lądu, zabrało domy z mieszkańcami, zostawiło po sobie góry szczątków i rybackie łodzie na dachach szkół. Odbudowa miast i osad trwa od pięciu lat. Nadal ponad sześćdziesiąt dwa tysiące osób mieszka w domach tymczasowych, czyli kontenerach z blachy falistej. W dwóch pokoikach z kuchnią mieszkają rodziny z dziećmi. Dzieci nie mają miejsca, w którym mogłyby odrabiać lekcje, do szkoły muszą dojeżdżać do sąsiedniego miasta. Nikt się nimi specjalnie nie przejmuje, dlatego charytatywnym rajdem postanowiliśmy wesprzeć organizację Katariba, pomagającą w Onagawie dzieciom, które przeżyły tsunami. Woda zabrała osiemdziesiąt procent budynków w mieście, dziewięćdziesiąt procent dzieci straciło dom.

Nauczyciele w dawnej szkole w Onagawie stworzyli miejsce, w którym dzieci mogą korzystać z zajęć wyrównawczych prowadzonych po południu – bez dodatkowych lekcji nie miałyby szans dostać się do dobrego liceum. Uczą się japońskiego, matematyki, angielskiego, uczestniczą w projektach ze szkołami w Tokio, ale przede wszystkim otrzymują uwagę i opiekę, ktoś zawsze dla nich jest. Ludzie z Katariba wierzą, że w ten sposób pomogą zmienić smutek w siłę. Że wspierają przyszłych liderów Japonii.

Charytatywny rajd zorganizowali Rebecca i Dean. Rebecca jest reżyserką filmów dokumentalnych, mieszka w Japonii od 2009 roku. Nakręciła film o ocalałych z Hiroszimy i Nagasaki. Chciała nakręcić dokument o Tohoku, ale kiedy zaczęła jeździć na północ, zrozumiała, że bardziej niż kolejny film tym ludziom potrzebna jest pomoc w odbudowie. Zniknęły już przemielone w wodnym wirze budynki, ale społeczność odbudowuje się znacznie wolniej i ciągle potrzebuje dużego wsparcia.

Dean przyjechał do Japonii w 2010 roku, na krótko – zrobić karierę modela. W marcu 2011 zatrzymał się na chwilę w rodzinnej Anglii i szykował się do przeprowadzki do Los Angeles. Kiedy w wiadomościach zobaczył falę przelewającą się przez dwunastometrowe wały, wyrywającą domy, porywającą samochody i ludzi, natychmiast zmienił bilety i po tygodniu był w Tokio.

W styczniu 2011 założył organizację Intrepid Model Adventures (IMA), której głównym celem jest – zgodnie ze słowami Gandhiego – „być zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie”. Dean zaczął od czyszczenia zniszczonych przez tsunami domów z morskiego szlamu i odgruzowywania miast. Robił zdjęcia i zamieszczał je na blogu. Po kilku tygodniach zaczęli odzywać się przyjaciele, filmowcy, dziennikarze, biznesmeni i fotografowie. Wszyscy z jednym pytaniem: co możemy zrobić? Komuś brakowało ręczników, komuś butów, innemu grzejników – rozrastająca się w Tokio sieć wolontariuszy IMA organizowała dostawy.
Pewnego dnia Dean spotkał panią Abe z Onagawy. Przed 2011 rokiem miała własną fabrykę, w której ręcznie przygotowywano specjalność regionu, konbu maki – makrelę gotowaną w gęstym i słodkim sosie, zawijaną w wodorosty. Tsunami zabrało fabrykę, pięć dostawczych samochodów i dom. Pani Abe powiedziała, że potrzebuje tylko jednej rzeczy – roweru. Rower wystarczy, żeby znów rozkręcić biznes....

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy