Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , Praktycznie

27 września 2017

Trzeba się ruszyć i zrobić cud

106

Chciałam pokazać ludziom ze slumsów, że coś od nich zależy, że zawsze coś można zmienić, tylko trzeba wstać, przestać czekać, aż zdarzy się jakiś cud. Dzięki wspólnej pracy kobiety doświadczyły swojej mocy, zobaczyły, jak wiele potrafią. Tego im nikt nie odbierze.

MAGDA BRZEZIŃSKA: Co taka piękna, młoda, obiecująca artystka robi w Mathare – nairobijskim slumsie, drugim pod względem wielkości w Kenii?
ALICJA WYSOCKA: Szyję z tamtejszymi kobietami ubrania, plecaki, torby, robimy pokrowce na laptopy, portfele, kosmetyczki, piórniki. Projektuję z tamtejszymi szewcami buty, ze sprzedaży których opłacane
są stypendia Fundacji Razem Pamoja dla dzieci i młodzieży, mogą pójść do szkoły. Spółdzielnia Ushirika, którą założyliśmy, jest projektem społeczno-artystycznym, bo pozwala tworzyć, ale i pozwala kobietom w niej pracującym uniezależnić się finansowo. Daje radość kreowania czegoś potrzebnego innym ludziom i siłę z bycia razem i szukania nadziei w bardzo trudnych warunkach.

Jak to się stało, że znalazła się Pani w biednej części Afryki? Dlaczego akurat tam, a nie w jakimś przyjemniejszym miejscu na ziemi?
Dostałam zaproszenie od krakowskiej Fundacji Razem Pamoja, która od lat zajmuje się współpracą i wymianą między Globalnym Południem a Globalną Północą. Wyjeżdżając, nie wiedziałam, co konkretnie będę tam robić, ale jechałam z założeniem, że będzie to projekt okołomodowy i taka mała cegiełka w zdobywaniu pieniędzy na stypendia dla dzieci ze slumsów.
A dlaczego ciągnęło mnie do Afryki? Pewnie dlatego, że to jest totalnie inna rzeczywistość, a ja zawsze byłam ciekawa innych światów, innego sposobu myślenia. Zawsze szukam okazji do wychodzenia poza przyzwyczajenia, utarte schematy myślowe, bo gdy w nich tkwimy, to usypia nasza czujność i wrażliwość.

Jak Pani rodzina na to zareagowała?
Moi rodzice są przyzwyczajeni do przeróżnych moich projektów, planów, wyjazdów. Nic ich już nie zdziwi, aczkolwiek pewnie by woleli, żebym nie jeździła do Afryki. Wiedzą jednak, że to kocham, że to jest moje życie, więc nie próbują mnie zatrzymać czy zniechęcić.
Zawsze lubiłam odkrywać nowe miejsca, ludzi.

I co Pani odkryła w Mathare, w ludziach ze slumsów?
Mnóstwo rzeczy! Na początku uderzyło mnie to, że ci ludzie są uśmiechnięci i życzliwi, choć mają przecież tak niewiele – z naszego, europejskiego punktu widzenia. Trudno nam to pojąć, że można być w slumsach szczęśliwym pomimo biedy, ogromnej niepewności jutra. Właściwie każdy dzień to startowanie od zera i wielka niewiadoma, czy uda się dotrwać do następnego poranka.
Kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy dwa lata temu, to bardzo duże wrażenie zrobiły na mnie kobiety, zawsze piękne, uczesane, zadbane, mimo tych wszystkich niedogodności w slumsie i brudu. To niesamowity kontrast, gdy wędrują po tym błocie i śmieciach ładnie ubrane – i to oczywiście nie są drogie rzeczy, ale starannie dobrane. Widać, że są silnymi wewnętrznie kobietami, ale same nawet o tej swojej sile nie wiedzą, nie uświadamiają jej sobie. Są skrępowane i zawstydzone, gdy mówię im, że są piękne.

Teraz jest Pani jedną z nich. Ma Pani jakieś afrykańskie imię?
Tak, nadały mi je kobiety w spółdzielni. Większość z nich pochodzi z plemienia Luo, które żyje w rejonie slumsów. Nadały mi imię Akini, co w języku luo znaczy „urodzona przed wschodem słońca”. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że bardzo trafnie je dla mnie wybrały, bo ja rzeczywiście urodziłam się przed wschodem słońca, o czym kobiety ze spółdzielni nie wiedziały.

Proszę opowiedzieć o tych kobietach, które są z Panią w spółdzielni. Ile z nich jest od początku do dziś?
W tej chwili jest dziesięć kobiet i większość jest od początku, od pierwszego dnia. Są w wieku od 20 do 42 lat. Uwielbiam je, mamy świetny koleżeński kontakt. Nawet jak jestem w Polsce, to się kontaktujemy, bo mamy taki spółdzielczy telefon i zawsze mogą do mnie napisać, wysłać mi zdjęcia. Każda z nich ma za sobą jakiś dramat – gwałt, stratę dziecka, doświadczenie bycia porzuconym dzieckiem i sierocego dorastania.
Przychodzą do pracy z dziećmi, co zresztą na początku mnie stresowało, bo bałam się, że dzieci będą dotykać maszyn, nie upilnujemy i coś się stanie maluchom. Niepotrzebnie się martwiłam, bo te dzieci są nauczone uważać na siebie nawzajem. Udało nam się bez problemu zgrać pracę z obecnością dzieci. Szyjemy na singerach, z napędem nożnym, ale mamy też trzy maszyny na prąd – są trochę szybsze, ale gdy nie ma prądu, to te tradycyjne singery idą w ruch.
Pracujemy w spółdzielni od godziny 9 do 16, a czasami nawet dłużej – zwłaszcza gdy zbliża się dzień mojego wyjazdu do Polski, bo chcemy jeszcze ze sobą pobyć. Jest bardzo fajna atmosfera, kobiety śmieją się, czasami tańczą, dzieci bawią się radośnie. Kobiety stają się silniejsze dzięki tej pracy. Dużo im daje poczucie niezależności, choć to oczywiście nie za bardzo podoba się mężczyznom – zwłaszcza tym, którzy stosują przemoc wobec żon. Dlatego myślę, że warto uruchomić jeszcze jakiś projekt, działanie z myślą o mężczyznach, żeby też ich wzmocnić, dowartościować. Niestety, żaden mężczyzna nie zdecydował się pracować w naszej spółdzielni, choć zapraszaliśmy wszystkich członków tamtejszej community – wspólnoty. Na początku pojawił się jeden osiemnastoletni chłopak, ale po miesiącu przestał przychodzić.

Jednak dwóch mężczyzn, szewców ze slumsu, udało się Pani przekonać do współpracy i szyją zaprojektowane przez Panią buty. Jak ich Pani poznała?
Buty robię z Tomem Okeh i George’em Otieno – ja projektuję, a oni nadają temu mojemu artystycznemu projektowi konkretny kształt. Uszyliśmy już ponad sto par butów. Jedną z nich mam dzisiaj na sobie – proszę zobaczyć, podeszwy zrobione są ze starych opon samochodowych! Tom był pierwszy – zobaczyłam jego zakład szewski, gdy zwiedzałam slumsy i od razu czułam, że to jest to. Tom jest świetnym rzemieślnikiem, ale początkowo wcale nie był zainteresowany współpracą ze mną przy tym projekcie, poza tym słabo mówi po angielsku i to była dla nas pewna bariera komunikacyjna. Potem poznałam George’a, który dobrze mówi po angielsku i w ogóle rozumiemy się w lot, wie od razu, o co mi chodzi, ale na początku nie był tak dobry technicznie jak starszy od niego Tom. Jednak jest bardzo ambitny, chce się doskonalić i w trójkę udało nam się zgrać nasze siły i możliwości. George uczył się warsztatu od Toma i zrobił duże postępy. Nasze buty reklamowane są jako „buty, które pomagają”, bo one rzeczywiście pomagają, robią dobro – bez tych pieniędzy nie udałoby się posłać do szkoły dzieci z najbiedniejszych rodzin.

Mam wrażenie, że robi Pani to wszystko w bardzo skromny, niespektakularny sposób. Nie dla rozgłosu, własnego pijaru, sławy, ale po to, by innym ludziom ulżyć, by dać im nadzieję.
Ja mam nadzieję, że każdy z nas próbuje robić dobro na różne sposoby. Czy to mówiąc po prostu komuś komplement, czy dając innym swój dobry humor, pozytywne nastawienie do życia, czy będąc uprzejmym na ulicy. A ja wybrałam bardziej ekstremalne metody. Potrzebuję robić dobro w taki sposób, bo robię to przede wszystkim dla siebie – lepiej się czuję sama ze sobą, gdy widzę, że moje działania mają jakiś cel, może nie na taką skalę, na jaką bym chciała, ale jednak mogę zmienić czyjąś rzeczywistość. Wiem, że te działania zmieniają rzeczywistość kobiet i ich dzieci w Mathare.

Czym dla Pani jest dobro? Jak Pani je definiuje?
Myślę, że dobro to niemyślenie tylko o sobie i o swoich potrzebach. Ale oczywiście nie jest dobrze, gdy się o swoic...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy