Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , Praktycznie

25 września 2018

Ten świecący punkt to ja

25

Zmaganie się z chorobą obojga rodziców to jedno z najważniejszych wspomnień w moim życiu. Wiem, że każda sytuacja może być zarówno darem, jak i przekleństwem. I często sami musimy poszukiwać światła w otaczającym mroku.

DAREK KUŹMA: „Ten świecący punkt to ja” – mówi bohater Pana komiksu, sześcioletni chłopiec, który staje się żarówką, daje światło, ale może też oparzyć. Jest dzieckiem i jednocześnie opiekunem swoich chorych rodziców. Szuka swojego miejsca na ziemi, mierzy się z własną innością, z innością swojej rodziny. Skąd pomysł na Pana Żarówkę – dość surrealistyczną opowieść?
WOJCIECH WAWSZCZYK: Od dziecka lubię rysować i wyrobiłem sobie nawyk noszenia szkicownika. Szkicuję w nim różne pomysły, bywa że codziennie, czasami raz na kilka dni. Jednym z takich pomysłów, kilkanaście lat temu, była krótka opowieść o chłopcu, który staje się żarówką i ma pomóc innemu człowiekowi znaleźć kluczyki do samochodu. Przez kolejne lata pomysł ewoluował i zamknął się na niemal 600 stronach osobistych refleksji i zapisków. Przez ostatnie lata przerysowywałem go wieczorami, weekendami, czasami z kilkutygodniowymi przerwami. Po drodze ewoluowało moje życie, urodziły mi się dzieci, zmieniła perspektywa.
Nie ukrywam, że punktem wyjścia były moje przeżycia z dzieciństwa, kiedy zmagałem się z chorobą obojga rodziców. To jedno z najważniejszych wspomnień w moim życiu. Opowiadając tę historię, chciałem jakoś sobie to wszystko poukładać w głowie. Ludzie mają wbudowany taki mechanizm, że im więcej mija czasu od pewnych wydarzeń, tym bardziej próbują wytłumaczyć sobie przeszłość, nazwać ją, oswoić, uporządkować. Jedni zwracają się ku filozofii, inni znajdują ukojenie w religii, w różnych metaforach, ja zmierzyłem się z moimi problemami za pomocą rysunku. Cieszę się, że ten proces trwał tak długo, ponieważ z biegiem lat nabrałem dystansu do tych wydarzeń.

Jak na formę autoterapii Pana powieść jest zaskakująco uniwersalna. To musi być pocieszające, że można na bazie własnych trudnych doświadczeń wejść w dialog z ludźmi, których nie znamy, a którzy mogą przeżywać coś podobnego.
Rysując Pana Żarówkę, miałem dwa cele. Pierwszym była kreacja osobistej wypowiedzi, być może najważniejszej w moim życiu. Uważam, że wypowiedzenie pewnych rzeczy na głos lub zapisanie ich na papierze sprawia, że łatwiej nam jest uwolnić się od ich dominacji w naszym życiu.

Musiał Pan to po prostu z siebie po latach wyrzucić...
Tak, ale nie chciałem tego robić w sposób chaotyczny bądź ekshibicjonistyczny. Nie chciałem zanudzać czytelników litanią własnych żalów. Chciałem przede wszystkim opowiedzieć zajmującą, zapraszającą do refleksji historię. Uważam, że jako twórca mam obowiązek komunikować się zrozumiałym językiem, dlatego tytułowy Pan Żarówka jest nie tylko mną, ale także fabularyzowaną metaforą każdego człowieka. Każdy z nas musi przecież w pewnym momencie odciąć pępowinę i znaleźć pomysł na siebie, bez udziału rodziców. To był ten drugi cel: stworzenie klarownej narracji, która byłaby czymś więcej niż wyrzucaniem z siebie pretensji – narracji przekazującej nadzieję, że jeśli będziemy odpowiednio długo szukać, znajdziemy w końcu swoje miejsce.

Nadzieję przemieszaną z goryczą, bo przecież, cytując Pana Żarówkę, „nawet jeśli to, co robisz, jest nieprawdą, to ludzie i tak zapamiętają cię za to, co robisz, a nie za to, kim jesteś”.
Ja w tej goryczy odnajduję coś krzepiącego. Wszyscy funkcjonujemy w ramach pewnej umowy społecznej, która pozwala nam wspólnie egzystować, ale przecież oczywiste jest, że na bardziej intymnym poziomie zna mnie tylko garstka osób. I dobrze, bo gdyby było inaczej, życie stałoby się emocjonalnym ekshibicjonizmem – a tak wystarczy przyjąć, że pewne rzeczy robimy na pokaz, a inne trzeba mocno uprościć, by przekazać drugiej osobie część samego siebie. Dzięki takiemu podejściu można łatwiej żyć, z dnia na dzień.

Nie ma sensu z tym walczyć?
Moim zdaniem nie, bo i tak nikt nie wygra z tym systemem. Lepiej mieć świadomość istnienia takiej umowy społecznej, zaakceptować ją i robić swoje. Przeczytałem kiedyś, że dopiero po czterdziestce człowiek dochodzi do takiego momentu, że potrafi siebie naprawdę pokochać. Ja się z tym zgadzam, bo przez wiele lat byłem pełen kompleksów i starałem się dostosowywać do wyobrażeń innych ludzi na mój temat. A prawda jest taka, że trzeba w końcu odpuścić i polubić siebie takim, jakim się jest. To chyba pierwszy krok do stanu, który nazywany jest szczęściem. Dzisiaj wiem, że pewne wydarzenia, doświadczenia z mojej młodości były niezbędne do tego, żebym stał się tym, kim dziś jestem. I czuję się z tym...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy