Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , Praktycznie

21 maja 2018

Ta sama ziemia naszą matką

29

W Nepalu życie szybko nauczyło mnie, jak prawdziwe jest powiedzenie „i tak będzie inaczej, niż myślisz”. A jednak postawiliśmy na swoim – zbudowaliśmy dzieciom szkołę. Za pieniądze od dobrych ludzi i ze sprzedaży mieszkania po babci.

To miała być bajka. Realizacja marzeń, przygoda życia, szansa, która może się już nigdy nie powtórzyć. Z mojej perspektywy – wolontariuszki, która dotąd nie zajmowała się pomocą międzynarodową – to miał być projekt dający wyłącznie smaczny, soczysty i słodki owoc. Satysfakcję, przyjemność i radość. Jadę przecież do ubogiego Nepalu, aby wybudować tam szkołę. Aby uroczym dzieciom o ciemnych włosach, oczach i karnacji dać nową przyszłość. Jadę pomagać, więc na pewno będzie świetnie. Wiedziałam oczywiście, że to trudne i angażujące przedsięwzięcie, a rąk do pracy mamy za mało, ale mój zaczarowany umysł nie wiązał z tym żadnych negatywów, a już na pewno nie załamań i psychicznego wykończenia. Życie szybko udowodniło, jak prawdziwe jest powiedzenie „i tak będzie inaczej, niż myślisz”. Nie pozostawiło żadnych złudzeń i uderzyło we mnie tak mocno, że przez kolejne dwa lata trudno mi było wierzyć w ostateczny sukces tego przedsięwzięcia.

Przekonałam się, że nie warto się nastawiać huraoptymistycznie, bo zderzenie z rzeczywistością jest wtedy bardzo bolesne i rozczarowujące. Gdybyśmy nie mieli oczekiwań, nic nie mogłoby nas przecież rozczarować...

Kolejny etap mojego życia zdeterminowało krótkie, ale tragiczne zdarzenie. Potężne trzęsienie ziemi w Nepalu, które zaskoczyło ten kraj 25 kwiet[-]nia 2015 roku, tysiące ludzi pozbawiło życia, a dziesiątki tysięcy budynków zrównało z ziemią. Tym, którzy przeżyli, odebrało wszystko, co posiadali. Pozostawiło po sobie rozpacz. Nepalczycy nie spodziewali się tej tragedii, choć kraj położony jest na terenie sejsmicznym. Tutaj jednak czas stoi w miejscu. O problemach szybko się zapomina, a co gorsza – nie myśli się o możliwych konsekwencjach. Filozofię życia Nepalczyków można opisać w trzech zdaniach: przeszłość już minęła – nie ma znaczenia; przyszłość jest wciąż nieznana – nie ma znaczenia; liczy się tylko teraźniejszość, którą odczuwamy, nasze tu i w tej chwili.

Mieszkanie po babci dla Nepalu

Nasz nepalski projekt to w dużej mierze przypadek, niewiarygodny zbieg okoliczności. Otóż Maciej Pastwa – szalony poznański podróżnik, aktywista i społecznik – przemierzał góry na granicy nepalsko-indyjskiej właśnie wtedy, gdy doszło do trzęsienia ziemi. Odczuł jego konsekwencje na własnej skórze, widział rosnącą z dnia na dzień liczbę ofiar, bezmiar zniszczeń. Od razu zaczął myśleć o nowym projekcie – znalazł zniszczoną szkołę w dystrykcie Gorkha, w małej wiosce Bakrang-6 położonej na szczycie góry, na wysokości 750 m n.p.m. Szkoła nie nadawała się do użytku, 255 małych Nepalczyków straciło szansę dalszej nauki. Maciej podpisał ze szkołą i mieszkańcami umowę – on zorganizuje w Polsce fundusze, a oni do jego powrotu przygotują projekt i wszystkie pozwolenia. Maciejowi nawet trudne sprawy zawsze wydają się banalnie proste do wykonania – tak było również w przypadku projektu budowy szkoły w nepalskiej wiosce i zebrania na ten cel 400 tys. złotych.

Po powrocie do Polski Maciej skontaktował się właśnie z nami – małym poznańskim stowarzyszeniem „Lepszy Świat”, w którym jako wolontariuszka koordynowałam jeden z projektów. Z Maciejem współpracowaliśmy już wcześniej przy zbiórce odzieży dla uchodźców syryjskich. Teraz zaproponował nam stworzenie wspólnego projektu odbudowy szkoły. Pokazał nam filmy i zdjęcia zniszczeń, domów, dzieci. Te obrazy bardzo nas poruszyły. Maciej powiedział, że postanowił sprzedać mieszkanie, które odziedziczył po babci, a pieniądze przeznaczyć na budowę szkoły, i że trzeba będzie jeszcze dozbierać jakieś 225 tys. zł.

Jak powiedział, tak zrobił, a my w pełni zaangażowaliśmy się w projekt. Wymyślanie logo, haseł, rozpoczęcie zbiórki publicznej, kwestowanie na festiwalach, przebijanie się do mediów lokalnych i ogólnokrajowych... Pracowaliśmy jako wolontariusze codziennie, do późnych godzin nocnych. Nasz zespół tworzyły cztery osoby. Duże i znane organizacje w zbiórce na rzecz Nepalu były skuteczniejsze, bo o naszym stowarzyszeniu poza Poznaniem nikt nie słyszał. Pozyskiwanie funduszy szło opornie, ale sukcesywnie posuwaliśmy się do przodu. Walczyliśmy o każdy grosz.

Tylko nie wyjazd!

A potem nadszedł moment, gdy moje życie wywróciło się. Maciej zaproponował mi wyjazd do Nepalu, ponieważ potrzebował wsparcia na miejscu. W głębi serca chciałam działać na rzecz Nepalczyków, jednak racjonalnie odpowiedziałam „nie mogę”. Taki wyjazd nie był przecież w moim stylu. Ja – zrównoważona, poukładana, ambitna, chorobliwie perfekcyjna, działająca wyłącznie w oparciu o uprzednio stworzony plan – miałam rzucić wszystko i porwać się na szaleństwo? Pojechać w nieznane? Miałam rozsypać wszystkie idealnie pasujące do siebie puzzle, z których tak skrupulatnie układałam swoje życie? Nie, to niemożliwe. Mogę zbierać pieniądze, trzymać kciuki, dopingować, ale nigdzie nie jadę.

Trwałam w tym przekonaniu do dnia, w którym Maciej kupił dwa bilety lotnicze – dla siebie i dla mnie. Postawił m...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy