Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , Praktycznie

21 maja 2018

Sprawa Rity

40

Piętno przekazywane z pokolenia na pokolenie jest nie do zmycia. Człowiek zostaje nim naznaczony do końca życia, a im głośniejsza sprawa, tym trudniej się schować. Trudniej być sobą. Trudniej samemu kształtować swoje życie.
 

MAGDA BRZEZIŃSKA: Wie Pan, ile miałam lat, kiedy pierwszy raz usłyszałam historię Rity Gorgon?
CEZARY ŁAZAREWICZ: Obstawiam, że może sześć, siedem?

No to Pan trafił. Podczas lektury Pana książki Koronkowa robota uświadomiłam sobie, że ja już tę opowieść – oczywiście w okrojonej wersji – słyszałam jako dziecko od mojej babci, która miała dwadzieścia lat, gdy przedwojenna Polska żyła sprawą Gorgonowej.
Mnie też tę historię opowiedziała babcia – w latach 70., i ja to wyraźnie zapamiętałem z dzieciństwa. Miałem wrażenie, że sprawa Rity Gorgon to historia, którą prawie każdy z nas słyszał, albo o tym czytał, albo przynajmniej kojarzy jako takie hasło. Każdy o tej sprawie wie, tylko właściwie – co? Przez te wszystkie lata toczyły się dyskusje, czy Gorgonowa zabiła córkę swojego partnera, czy jej nie zabiła. Sam się tego chciałem dowiedzieć. Przejrzałem dokumenty, pisma, rozmawiałem z córkami Rity. Z ludźmi, którzy też wiele lat poświęcili tej sprawie. Koronkowa robota jest efektem mojego trzyletniego śledztwa dziennikarskiego. To była fascynująca praca, bo to jest jedna z takich spraw, które nigdy się nie kończą.

Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie mieć wątpliwości co do winy Rity Gorgon?
Tak. Choć w tym przypadku myślę, że sąd, wbrew temu, co pisały „Wiadomości Literackie”, starał się wszystkie wątpliwości rozwiać. Gdyby wtedy były takie technologie, jakimi dzisiaj dysponuje kryminalistyka, to pewnie nie pozostałyby żadne znaki zapytania. Ale te znaki pozostały również dzięki genialnym adwokatom Gorgonowej, których zadaniem było sianie wątpliwości. To były sławy przedwojennej palestry, mecenasowie ze Lwowa, z Warszawy i Krakowa: Maurycy Axer, Mieczysław Ettinger i Józef Woźniakowski. Istotną rolę odegrały też wspomniane „Wiadomości Literackie”, które wprawdzie nie były wysokonakładowym pismem, ale były opiniotwórcze – relacjonując tę sprawę, starano się odwrócić podejrzenie od Rity Gorgon, skupiano się na tym, co budziło wątpliwości.

Ulica skazała ją, zanim doszło do rozprawy. I gdyby nie ochrona żandarmów, to rozwścieczony tłum pewnie sam wymierzyłby Ricie sprawiedliwość. Pan w książce stworzył obraz kobiety, człowieka – nie tylko tej strasznej „Gorgonichy”, jak ją nazywano. Smutny obraz kobiety, która urodziła troje dzieci i z żadnym z nich nie ma kontaktu. Bo jak sama mówi do Ireny Krzywickiej: „jestem jak suka, rodzę dzieci, a obcy mi je zabierają”.
Ona od początku nie miała lekko. Rodzina pozbyła się Rity z domu, gdy miała 15–16 lat, wydając za dużo starszego mężczyznę. Ten zabrał ją z rodzinnego miasta i kraju, z ciepłej Dalmacji – do zimnego Lwowa. I tu zostawił ją na pastwę teściów, a sam wyjechał. Teściowie zabrali jej syna, a Rity się pozbyli. Ona nic nie umiała, była w obcym kraju, pewnie nie mówiła po polsku tak jak rodowita Polka, więc budziła niechęć. Była obca i samotna. W końcu poznała inżyniera Zarembę, który stał się dla niej wybawicielem. Nie wiem, w jakim stopniu to była z jej strony przebiegłość i chęć zadbania o siebie, a w jakim stopniu zauroczenie. Przypuszczam jednak, że była to racjonalna decyzja Rity, która zgodziła się być z tym znanym i szanowanym lwowskim inżynierem znacznie bliżej niż tylko jako pomoc domowa. Przez kilka lat żyła w luksusie, o nic nie musiała się martwić.

Aż do jesieni 1931 roku, kiedy to siedemnastoletnia Lusia, ukochana ślubna córka Zaremby, przekonała ojca, by zostawił Gorgonową z dziec[-]kiem w domu pod Lwowem, a z Lusią i jej bratem zamieszkał we Lwowie. By zaczęli nowe życie, we trójkę, bez tej „okropnej kobiety”. W nocy przed wyprowadzką doszło do zabójstwa Lusi. Podejrzenia padły na Ritę.
Jakie miała motywacje, by zabić? Człowiek zapędzony do kąta – jak szczur – atakuje, gdy nie ma wyjścia. Kiedy Zaremba kazał Ricie zostać w domu w Brzuchowicach, to nie była dla niej luksusowa sytuacja, jak twierdzili jej przeciwnicy. Co z tego, że Zaremba zostawił jej dom i obiecał, że będzie łożył na utrzymanie jej i ich nieślubnej córki? Nie zadeklarował, ile pieniędzy będzie dawał i jak długo będzie płacił. W każdej chwili mógł powiedzieć „rozmyśliłem się, do widzenia”. Tak więc Rita znalazła się w paskudnej sytuacji, jej pozycja przetargowa nie była mocna. Ja jej współczuję. Ale też mogę sobie wyobrazić, że towarzyszyły temu tak silne i skrajne emocje, że Rita szansy dla siebie mogła upatrywać w pozbyciu się osoby, która jej bardzo nie lubiła. Lusia była sprawczynią kłopotów Rity, nakręcała ojca przeciwko guwernantce, była ukochaną córeczką taty. Więc może Rita liczyła, że jak pozbędzie się rywalki, to ukoi Zarembę i sytuacja wróci do normy, znowu będą razem. Czyli on będzie jej zapewniał bezpieczeństwo socjalne, a ona będzie prowadzić mu dom.

Ale w tym domu relacje i tak były mocno zagmatwane... Mała Romusia, zwana Musią, córka Gorgonowej i Zaremby, była bardzo kochana przez Lusię i jej brata – Stasia. I to jej dziecko było trochę przeciągane na drugą stronę przez Lusię.
Romusia była elementem przetargowym w tym całym sporze damsko-męskim, domowym, rodzinnym. A swoją drogą... my na te relacje patrzymy z dzisiejszej perspektywy, gdy takie „patchworkowe” rodziny są na porządku dziennym, ale w 1931 roku to była Sodoma i Gomora. Zaremba podawał się za wdowca, a przecież jego żona żyła, od lat przebywała w szpitalu psychiatrycznym. Jest dwoje dzieci z pierwszego związku i jedno z drugiego. Ówczesny Kodeks cywilny w ogóle nie przewidywał sytuacji, w której ojciec dziecka jest w legalnym związku z inną kobietą, a matka dziecka jest w legalnym związku z innym mężczyzną, więc tam długo ważyły się losy, jakie nazwisko ma nosić Romusia. A gdy okazało się, już po zabójstwie Lusi, że Rita jest w ciąży, Zaremba nie chciał uznać tego dziecka. Ale jak się spojrzy w oczy Ewy i porówna ze zdjęciami Zaremby, to nie może być wątpliwości. Zresztą Ewa ma problem – nienawidzi twarzy, którą widzi w lustrze, bo przypomina ojca. Urodziła się w więzieniu, a ojciec nigdy nie zrobił w jej kierunku żadnego gestu, nie utrzymywał z nią kontaktu. Dopiero pod koniec lat 30. dostała alimenty od Zaremby. Opływał w dostatki, mieszkał w tym samym mieście, w którym Ewa żyła w sierocińcu prowadzonym przez siostry zakonne. W piętnastoosobowej sali z dziećmi, które jej ubliżały, bo była córką „Gorgonichy”; choć przecież była tylko dzieckiem i nie miała nic wspólnego z zabójstwem.

Równie ciekawym wątkiem jest kwestia relacji Rity Gorgonowej z jej córkami – Romusią, która miała cztery lata, gdy skazano matkę, i Ewą, która urodziła się już w celi więziennej i pamięć matki sama sobie zbudowała.
Obserwowałem relacje między dwiema siostrami, które są z jednej matki i z jednego ojca – i nie lubią się bardzo. Podzielił je stosunek do matki. Ewa matki nie zdążyła poznać, więc stworzyła sobie jej idealny obraz, żeby się czegoś w życiu uczepić. Jedyną rzeczą związaną z matką, jaką Ewa pamięta, było bijące od niej ciepło. Przez całe dzieciństwo wierzyła, że pewnego dnia matka się pojawi i zabierze ją z sierocińca. Ewa ma teraz 85 lat, a o matc...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy