Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

11 lutego 2016

Smartfon zmienia emocje

151

Komputery, laptopy, smartfony mają nad nami potężną władzę: wpływają nie tylko na to, co robimy, ale i na to, kim jesteśmy - twierdzą amerykańscy i niemieccy psychologowie. Czy już przejęły kontrolę nad naszymi emocjami?

Ma 170 cm wzrostu i waży 54 kg. Kolor włosów, oczu, skóry, a także rozmiar biustu – do uzgodnienia. Podobnie osobowość – do wyboru jest 6 typów. To Roxxxy, sex-doll, która spełnia każdą zachciankę właściciela, reaguje na jego dotyk i wyznaje mu miłość. Dla prof. Sherry Turkle, badaczki z Social Studies of Science and Technology przy Massachusetts Institute of Technology, okrzykniętej „Margaret Mead kultury cyfrowej”, Roxxxy jest uosobieniem naszych relacji z nową technologią. Choć laptopy, komputery, smartfony i inne elektroniczne gadżety nie wyglądają jak apetyczna blondynka czy przystojny brunet, to jednak już owinęły nas sobie wokół palca. Zaprosiliśmy je do naszych sypialni, a nawet łóżek, codziennie spędzamy w ich towarzystwie więcej czasu niż z mężem, żoną, dziećmi i rodzicami. Nie wyobrażamy sobie życia bez dostępu do internetu, poczty elektronicznej, portali społecznościowych. Nasze serca biją w rytm kliknięć. Dla osób, które korzystają z komputerów nie tylko w domu, ale i w pracy, komputer, a dokładnie internet, jest jak kokaina – uważa prof. Peter Whybrow, neurolog z Los Angeles. Uzależnia, powoduje depresje i psychozy. Najnowsze badania wykazały, że wielu użytkowników smartfonów odczuwa fantomowe wibracje – wydaje im się, że słyszą dzwonek telefonu lub czują wibracje sygnalizujące odebranie esemesa.

Zdaniem Sherry Turkle, która swoje wieloletnie badania przedstawia w najnowszej książce pt. Alone Together: Why We Expect More from Technology and Less from Each Other, wkrótce możemy mieć nie lada problem, bowiem gadżety cyfrowe „wykorzystują” naszą dziecięcą naiwność w podejściu do elektronicznych urządzeń. Badaczka zauważyła m.in., że już po kilkuminutowej zabawie z Tamagotchi kilkulatki zaczynają wczuwać się w „potrzeby” i „uczucia” cyfrowego zwierzątka. Jej zdaniem takie pseudostosunki wpływają destrukcyjnie na więzi międzyludzkie, bo gdy przyzwyczaimy się do niewymagającego towarzystwa elektronicznego „przyjaciela”, który potrzebuje jedynie źródła zasilania, obcowanie z ludźmi wydaje się nam przytłaczające. Wielu młodych ludzi woli wymianę esemesów i e-maili od realnej rozmowy – wydaje im się, że taka forma komunikacji umożliwia sprawowanie kontroli i pozwala radzić sobie z silnymi uczuciami z bezpiecznej odległości.
Naukowcy, którzy jeszcze dwadzieścia lat temu byli zachwyceni elektronicznymi nowościami, dziś ostrzegają i pytają: czy współczesna technologia oferuje nam życie, jakiego naprawdę chcemy?

Efekt Złotowłosej

Nastolatkowie i dorośli pytani przez prof. Turkle, dlaczego wolą wysyłać wiadomości tekstowe, niż spotkać się osobiście, najczęściej odpowiadali, że podczas kontaktów twarzą w twarz nie można kontrolować tego, co chce się powiedzieć i nie wiadomo, ile potrwa spotkanie ani jak się potoczy. Zdaniem specjalistów właśnie te pozornie słabe punkty bezpośredniej interakcji są w procesie uspołeczniania najważniejsze. Uczą nas umiejętności negocjacyjnych, odczytywania emocji innych ludzi, zmuszają do konfrontacji i obrony poglądów oraz radzenia sobie ze złożonymi odczuciami.

„Przez ostatnie 15 lat badałam technologię połączeń i przeprowadzałam rozmowy z setkami ludzi w różnym wieku. Dowiedziałam się, że te małe urządzenia, jakie większość z nas przy sobie nosi, mają tak potężną władzę, że wpływają nie tylko na to, co robimy, ale również na to, kim jesteśmy”, pisze Sherry Turkle. Zwraca uwagę na to, że nawet gdy fizycznie przebywamy z innymi ludźmi, dzięki technologicznym gadżetom „przenosimy się”, dokąd tylko zechcemy – coraz częstsze jest utrzymywanie kontaktu wzrokowego z rozmówcą i jednoczesne pisanie do kogoś esemesa.

Przejście od bezpośredniej interakcji do kontaktów via internet to część procesu, który powoduje spłycenie relacji i zanik troski o ich jakość. „Kuszące jest myśleć, że te «łyczki» połączeń on-line po zsumowaniu dadzą duży łyk prawdziwej rozmowy. Ale tak się nie dzieje. Pisanie e-maili, profil na Twitterze czy Facebooku, wszystko to odgrywa ważną rolę – w polityce, handlu, romansach i przyjaźniach. Ale bez względu na to, jak jest znaczące, nie zastąpi prawdziwej konwersacji. Łączenie łyków może się sprawdzać przy zbieraniu informacji lub przekazywaniu komunikatów: «Myślę o tobie», a nawet: «Kocham cię». Ale nie działa już tak dobrze, jeśli chodzi o wzajemne zrozumienie i poznanie”, ostrzega autorka Alone Together. Sposób, w jaki budujemy relacje przy pomocy e-maili i esemesów, nazwała efektem Złotowłosej: szukamy dla siebie odpowiedniego dystansu (nie za blisko i nie za daleko, a dokładnie tyle, ile aktualnie nam potrzeba) – tak jak dziewczynka o pszenicznych włosach w bajce „O trzech misiach” szukała najwygodniejszego dla siebie łóżka i krzesełka w domku misiów (nie za twardego i nie za miękkiego, nie za małego i nie za dużego).

Efekt? Wpadamy we własne sidła: kontaktując się z innymi z bezpiecznej mailowej lub esemesowej odległości, sami również jesteśmy trzymani przez innych na taką odległość. Czujemy się osamotnieni. Uczestnicy badań prof. Turkle skarżą się, że nikt ich nie słucha. Jak sobie z tym radzą? Zakładają konta w wielu serwisach społecznościowych (założenie każdego automatycznie gwarantuje pewną liczbę „odbiorców”), zamieszczają w sieci posty, wysyłają e-maile, w których prezentują światu takie Ja, jakie chcą posiadać, by cieszyć się większym uznaniem. Technologia pozwala edytować samego siebie, poddawać retuszowi, a nawet usuwać. Pozornie spełnia trzy olbrzymie tęsknoty człowieka ery smartfonów: wypowiadać się, kiedy tylko i gdzie tylko chce, zostać wysłuchanym i nigdy nie czuć się osamotnionym.
W rzeczywistości to, w czym upatrujemy lekarstwa na samotność, nie leczy, a ujawnia symptomy choroby. „Dotąd kierował nami impuls: «Mam takie odczucie, chcę nawiązać połączenie», teraz brzmi on: «Chcę to poczuć, muszę wysłać tekst»”, mówi Sherry Turkle.

Dzielę się, więc jestem


Zanim powstały serwisy internetowe, zasady współżycia społecznego opierały się na założeniu, że powinniśmy oszczędzać bliźnim prozy naszego życia. Ale gdy w 1996 roku amerykańska studentka Jennifer Kaye Ringley zaprosiła użytkowników internetu do oglądania, jak je, pije, śpi i od czasu do czasu uprawia seks ze swoim chłopakiem, rozpoczęła się nowa era cyfrowego narcyzmu. Moda pod hasłem „YouTube – Broadcast Yourself”.

Specjaliści alarmują: choć media społeczne oplotły nas gęstą siecią, jeszcze nigdy nie byliśmy tak samotni i... tak narcystyczni. Nasza autoprezentacja na profilach rozmaitych serwisów trwa nieustannie i zawiera fałszywą nonszalancję, wykluczającą jakąkolwiek spontaniczność. Niektórzy wręcz stali się „kuratorami wystawy poświęconej samemu sobie”. Wszystko to czyni nas psychicznie i fizycznie chorymi, uważa prof. Larry Rosen z California State Unive...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy