Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia

6 stycznia 2019

NR 1 (Styczeń 2019)

Porada

– I to jest pańska rada? – zapytała.
– Tak, radzę postępować w ten sposób – odpowiedziałem.
– Innymi słowy mam się zachowywać naturalnie; ot, zwyczajnie być sobą. 
– To najlepsze rozwiązanie dla każdego. 
– A zatem dziękuję, dziękuję. Moi tak zwani przyjaciele doradzali mi postępować dokładnie odwrotnie: udawać kogoś innego, śmiać się, płakać, gadać od rzeczy. Nie muszę panu mówić, że z łatwością by mi to przyszło. Zresztą – jak wszystkim. W każdym z nas jest coś z wariata.
– To prawda i właśnie dlatego trzeba do człowieka podchodzić ostrożnie. 
– Podzielam w całości pańskie zdanie. Jeden impuls i zaczyna się grę, ale gdzie jest granica? Inna sprawa, że jeśli mam się zachowywać zbyt normalnie, to z kolei nie będę sobą. Tu, w Ameryce, ludzie często mówią o załamaniu nerwowym. Co to jest załamanie nerwowe? Nigdy nie wiem dokładnie, co te słowa znaczą. W Starym Kraju coś takiego nie istniało. Jeśli załamaniem nerwowym nazywają taki stan, że się wychodzi z siebie, albo wszechogarniający lęk powoduje, iż ostatkiem sił się powstrzymuje, żeby nie rzucić się z okna, to wówczas przeszłam nie jedno, a tysiąc załamań. Nie ma dnia, bym nie przeżywała czegoś w rodzaju katastrofy. Szekspirowskie „być albo nie być” to dla mnie chleb powszedni. Czy można tu mówić o załamaniu nerwowym? 
– Uważam, że lekarz zdiagnozuje chorobę nerwową i otrzyma pani należne odszkodowanie – powiedziałem. 
– Jak to zrobi? Potrafię zachowywać się zupełnie normalnie, wręcz zadziwiająco normalnie. Mogę oszukać najwybitniejszego psychiatrę. Jakiś czas temu pewien psychoanalityk próbował zrobić ze mnie królika doświadczalnego. Kazał mi się położyć na kozetce i opowiadać. Postanowiłam zrobić z niego głupka i mówiłam historie pasujące do jego tezy. Przed paroma laty czytałam Freuda, Junga, Adlera, a nawet Wilhelma Stekla. Znam wszystkie ich teorie oraz opisy przypadków. Wymyśliłam sen będący klasycznym przykładem kompleksu Edypa. Na dokładkę dodałam jeszcze jeden, sugerujący kompleks Elektry i nieco narcyzmu.

Młody terapeuta siedział zachwycony. Potem odwróciłam wszystko do góry nogami i przyrządziłam taką papkę, że z pewnością wprowadziłabym w błąd wszystkich psychiatrów na świecie. 

Próbuję powiedzieć, że u mnie wszystko jest grą, nawet kiedy zachowuję się niby naturalnie. Dlaczego więc nie udawać szalonej, zwłaszcza gdy mogę mieć z tego korzyść? Musi pan wiedzieć, że jekke* (patrz słowniczek) zawsze pozostanie jekkem, nawet jeśli jest Żydem. Oni wszystko oceniają po wyglądzie. Zgodnie z ogólnie znanymi symptomami i standardami. Jeśli na wszystkie pytania lekarza odpowiem rzeczowo, odgrywając rolę kogoś całkowicie zrównoważonego psychicznie, to on wyda orzeczenie, że mam nerwy ze stali i nie dostanę ani grosza odszkodowania. A siedzi przed panem pacjentka z kompletnie zszarganymi nerwami. Doktorowi nie wspomnę o tym ani słowem, ale panu mogę zdradzić, że nie ma takiej dolegliwości opisanej w podręczniku chorób psychicznych, z powodu której bym nie cierpiała. 

Oni kategoryzują szaleństwo – schizofrenia, paranoja, histeria i wiele innych takich słów. Szufladkują ludzką duszę i etykietują ją. Ale co zrobić, jeśli ma się symptomy wszystkich tych chorób jednocześnie? Szaleńcy dzielą się na klasycznych, podręcznikowych wariatów i tych niezdiagnozowanych; przypadki nieznane i nieopisane. Mój obłęd należy do tej drugiej kategorii. Podaję w wątpliwość wszystkie podręczniki, rokowania – całą wiedzę. Jestem tak szalona, że aż normalna. Zna pan pojęcie „symulant à rebours”? Potrafię grać niezliczone role normalnych ludzi. Mój prawdziwy dramat polega na tym, że od lat jestem chroniczną „aktorką”.

Zawsze gram jakąś rolę. Dlatego pańska rada nie odnosi się do mojego przypadku. Potrafię być wierna tylko tej roli, którą przychodzi mi odgrywać w danej chwili. Rozumie mnie pan? 
– Tak, rozumiem. 
– A pańska sugestia, że mam się zachowywać naturalnie, być sobą, to jakby powiedzieć: „Proszę nałożyć maskę lub kolekcję masek”. Jak można skrywać za setką masek jedną szczerą twarz?
– Cóż, skoro tak pani to widzi, musi sama podjąć decyzję. 

Kobieta się zaśmiała: 
– Łatwo powiedzieć: „Zdecyduj”. Tak jak równie prosto stwierdzić: „Zrób to sama”. Przede wszystkim nie potrafię podjąć żadnych decyzji. Gdybym była w stanie o czymś zdecydować, nie znajdowałabym się w obecnej sytuacji. W 1945 roku, kiedy zostałam uwolniona z obozu koncentracyjnego, byłam jeszcze młoda, a i piękna także. Wielu mężczyzn chciało się ze mną żenić. Mnóstwo mężczyzn straciło żony i chciało mieć się do kogo przytulić. Najbrzydsze kobiety, kreatury, które w normalnych czasach w najlepszym razie by zlekceważono – rozchwytywano. Może pan sobie wyobrazić, jak duże miałam powodzenie, ile propozycji mi składano. I wtedy właśnie odkryłam, że zupełnie straciłam siły, aby podjąć jakąś decyzję. Mówiłam „tak” i to nie było „tak”. Mówiłam „nie” i nic nie zostało z tego „nie”. Przez chwilę myślałam, że się zakochałam i dojrzałam do zamążpójścia. Nagle ten człowiek mi zbrzydł. Sama nie wiem, dlaczego w obozie przejściowym dla dipisów* w Niemczech, gdzie przebywałam trzy lata po zakończeniu wojny, oczekując na wizę amerykańską, wszyscy mężczyźni stali się mo...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy