Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

2 grudnia 2015

Odrodzona

Podróż do Indii była dla mnie jak terapia. Totalna obcość i egzotyka sprawiły, że narodziłam się na nowo. Wstałam z popiołów i jako artysta, i jako człowiek. W Indiach poznałam, czym jest radość grania muzyki. Myślę, że posiadanie takiej pasji jest dla psychiki zbawienne, wprost uzdrawiające - mówi Maria Pomianowska.

Paulina Pająk: – Pamiętam, jak w dzieciństwie słuchałam razem z mamą „Preludium deszczowego”, śpiewanego na głosy. Byłam zauroczona. Przypomina sobie Pani taki pierwszy zachwyt muzyką?
Maria Pomianowska:
– To były Suity na wiolonczelę Bacha, grane przez Daniela Szafrana. Zresztą wiolonczela to był mój pierwszy instrument. W domu dominowała klasyka, ale od dziecka słuchałam muzyki na malutkim radyjku. Nastawiałam je na tureckie stacje i szukałam melodii z daleka. Te egzotyczne najbardziej mi się podobały. Po babci mam tatarskie geny i objawiła się we mnie mocno miłość do Azji, zwłaszcza centralnej...
Zastanawiałam się zresztą nad tym ostatnio, bo zaczęłam pisać autobiografię. Powoli składam własną przeszłość z tych niezwykłych historii, które przeżywałam w Indiach, Japonii i Korei, na Syberii i w Jerozolimie... Chciałabym, żeby ta książka stała się źródłem siły dla wielu osób. Mam za sobą wiele dramatycznych przeżyć, a jednak wierzę, że zawsze da się wyjść na prostą. Nawet najcięższe chwile – śmierć najbliższych czy chorobę – można przetrwać. A potem, choć nic już nie będzie takie samo, da się znaleźć inną drogę...

Czy tak zaczęła się Pani pierwsza podróż do Indii?

– To jest bardzo skomplikowana historia. Nie wiem, właściwie nigdy o tym nie mówiłam... ale... Wyjechałam do Indii po śmierci mojej córki. Wydaje mi się, że nic gorszego nie może się zdarzyć w życiu. Byłam bardzo młoda, dopiero podjęłam studia na Akademii Muzycznej... Chciałam uciec, zmienić w sobie wszystko, znaleźć się w świecie, gdzie nikogo nie znam i gdzie nikt nie zna mnie. Podróż do Indii była dla mnie jak terapia. Totalna obcość i egzotyka sprawiły, że narodziłam się na nowo. Wstałam z popiołów i jako artysta, i jako człowiek.

Co Panią tak odmieniło?
– W Indiach spotkałam się z niezwykłym podejściem do muzyki. Tam ludzie potrzebują do życia śpiewu, gry i tańca jak wody i powietrza. Jeśli Hindus przez cały dzień nie miał kontaktu z muzyką, czuje się tak, jakby się rano nie obmył. W muzyce wszechobecna jest improwizacja. To w Indiach zaczęłam pisać muzykę i nauczyłam się tworzyć. Ale co ważniejsze – poznałam, czym jest radość grania muzyki i kreowania. Myślę, że posiadanie takiej pasji jest dla psychiki zbawienne, wprost uzdrawiające.

Wyjazd do Indii zapoczątkował Pani muzyczne podróże po całym świecie. Czy w tej drodze powraca pytanie o własną tożsamość?

– Przez wiele lat zajmowałam się odległymi kulturami muzycznymi – indyjską, potem chińską, japońską, koreańską czy arabską. Kiedy zanurzam się w inną, daleką muzykę, nie odczuwam barier czy oporów. Ale w pewnym momencie zaczęło do mnie powracać pytanie: jakie są moje własne muzyczne korzenie?
I tak na początku lat dziewięćdziesiątych zainteresowałam się polską muzyką ludową. Sięgnęłam do oberków i mazurków, muzyki nizinnej z rodzinnego Mazowsza. Kręcą mnie w nich te ciągłe kreacje, improwizacje i transowość. Przygotowywałam projekty chopinowskie, przekładając muzykę kompozytora na instrumenty ludowe – fuzję tradycji z klasyką. Objechałam pół świata z tym programem. To była jedna z dróg, które doprowadziły mnie do obecnych fascynacji. Staram się teraz łączyć tę tradycyjną muzykę polską z muzyką świata pochodzącą z różnych kontynentów.
Jednak muzyka Azji jest mi nadal najbliższa – tam w niezwykły sposób myśli się o dźwięku czy rytmie. Każdy kolejny pobyt w Korei Południowej utwierdza mnie w przekonaniu, że jej muzyka jest bardzo bliska polskiej, opiera się na tej samej rytmice mazurkowej. A przecież kiedy pierwszy raz usłyszałam muzykę koreańską, wydała mi się jak z kosmosu – tak zupełnie była odmienna od wszystkiego, co już znałam. Właśnie wróciłam z Seulu i dostrzegam kolejne podobieństwa w ekspresji, w pieśniach – i jestem zachwycona.

Świetną okazją do poszukiwania podobieństw i różnic między muzycznymi tradycjami z całego świata jest Warszawski Festiwal Skrzyżowanie Kultur. Czy stał się również przestrzenią dialogu między ludźmi o różnych korzeniach etnicznych?

– Na początku zainteresowanie było niewielkie. Teraz na koncerty przychodzą tłumy. Cieszy mnie, że w festiwalu biorą udział ludzie, którzy na początku uważali go za dziwny wymysł. Powoli przekonali się, są coraz bardziej ciekawi świata. Tolerancja i otwartość to kwestia czasu i procesów edukacyjnych. Dzieci jak najwcześniej powinny się dowiadywać, że ludzie są różni. Zwłaszcza że po wojnie napływowej ludności było niewiele i tak naprawdę procesy wchodzenia w wielokulturowość trwają od niedawna, choć przecież etniczna mozika również wpisuje się w nasze dziedzictwo.

W dawnej Rzeczypospolitej żyli obok siebie Polacy, Żydzi, Litwini, Romowie, Łemkowie, Ormianie czy Tatarzy... Dlatego w polskiej muzyce ludowej odnajduje Pani echa melodii tureckich, perskich, a nawet indyjskich.

– Muzyka ludowa jest anonimowym zapisem pamięci ludu. Bogata historia naszego kraju odcisnęła piętno na sztuce, jest w niej wiele różnorodnych wpływów, naleciałości czy tradycji. Kolejne ludy przybywające do Polski przynosiły ze sobą różne muzyczne skale, wąskozakresowe czy pentatoniczne. Jeśli się wsłuchamy, w muzyce usłyszymy ukryte historie, które opowiedzą nam o tym, jak wieś najechały tatarskie hordy, albo o Polce, która zakochała się w Tatarze.
Oczywiście, nie cała polska muzyka ludowa jest tak barwną mozaiką, choć – zwłaszcza na wschodzie – tych wpływów jest niemało. Najbardziej interesują mnie te smaczki i elementy, które świadczą o niesamowitym, wielokulturowym charakterze kraju, jakim jest Polska.

Badała Pani, w jaki sposób muzyka ludowa wpłynęła na twórczość Chopina, Szymanowskiego czy Lutosławskiego. Dlaczego od pokoleń kompozytorzy inspirują się anonimową muzyką tradycyjną?
– Często przyciąga ich konkretny materiał muzyczny, taki jak ładna melodia. Jednak najważniejsza w muzyce ludowej jest jej bezinteresowność. Twórczość ludowa objawia się spontanicznie i wypływa z chęci wypowiedzenia głębszych warstw emocjonalnych czy duchowych, często trudnych do zwerbalizowania. Poza tym artyści ludowi mogą wykonać wszystko, co im serce zagra. Dlatego ich muzyka jest wspaniałym źródłem inspiracji dla tych, którzy zajmują się muzyką klasyczną, ze ścisłymi zasadami i prawidłami. A słuchacze czerpią z niej niezwykłą ilość pozytywnej energii...
To brzmi prosto, ale jest coraz trudniejsze w rzeczywistości, w której muzyka traktowana jest jak kolejny przedmiot codziennego użytku, produkt masowy, coś jak pasta do zębów – w dodatku podporządkowana komercji. I w kontraście do tego bezinteresowna i autentyczna muzyka ludowa staje się iskrą zapalną dla tworzenia.

Czy poszukiwanie autentyzmu skłoniło Panią także do grania na dawnych instrumentach ludowych? Dzięki technikom gry poznanym w Azji, takim jak technika paznokciowa, udało się Pani ożywić je.
– Większość rzeczy w moim życiu jest wynikiem splotu różnych okoliczności. Przyrzekam sobie, że przez najbliższy rok będę siedzieć na działce i uprawiać kartofle, a tymczasem stuka do drzwi jakiś projekt. Podobnie było z rekonstrukcją dawnych instrumentów.
Na początku lat dziewięćdziesiątych grałam koncert na instrumentach azjatyckich na Akademii Muzycznej w Warszawie. W jednym z nich, mongolskim morin-chur, złamał się podstawek. Pojechałam naprawić go u Andrzeja Kuczkowskiego, fantastycznego lutnika. Zaczęliśmy rozmawiać o technice gry, pokazałam mu indyjski instrument smyczkowy, sarangi. Andrzej zachwycił się, ponieważ pracował wtedy wraz z profesor Ewą Dahlig nad rekonstrukcją suki biłgorajskiej, staropolskiego instrumentu, który kształtem przypomina skrzypce. Zaczęłam poszukiwania odpowiedzi na setki pytań: jaką technikę gry wybrać, jak stroić instrument, jakich strun używać. Finalnie udało nam się odtworzyć instrument wyłącznie na podstawie nielicznych zapisków historycznych i przekazów ikonograficznych, takich jak akwarela Wojciecha Gersona. Na suce koncertuję na całym świecie od 1994 roku. Odtworzyłam, a po części stworzyłam na nowo jej praktykę wykonawczą.

A potem uczestniczyła Pani w rekonstrukcji fideli płockiej i suki mieleckiej.

– Oryginał fideli archeologowie znaleźli pod płocką starówką. Dzięki temu nieco łatwiej było odtworzyć ten instrument. Zastanawialiśmy się, czy był to instrument szarpany, czy smyczkowy. Metodą kolejnych przybliżeń ustaliliśmy, że raczej grano na nim smyczkiem.
A ponieważ fidele to ogólna nazwa całej grupy instrumentów, na których struny pobudza się smyczkiem, nadałam mu nazwę fidel płocka, co zostało zaakceptowane przez prof. Ewę Dahlig. Potem była jeszcze suka mielecka, której wizerunek odnaleziono w...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy