Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia

1 listopada 2019

NR 11 (Listopad 2019)

Dobrzy, źli i różnokolorowi

45

Szukam bohaterów, których nie da się jednoznacznie zdefiniować, opisać. Fascynuje mnie to, jak zmieniają się ludzie w momentach próby. Bardzo się cieszę, że mogłem dać temu wyraz w „Bożym Ciele”, ale nie miałem zamiaru oferować nikomu kinowej terapii.

DAREK KUŹMA: „Boże Ciało” tematycznie różni się od twoich poprzednich reżyserskich dokonań w filmie i serialu...

JAN KOMASA: Sam pomysł nie był mój. Krzysiek Rak, scenarzysta „Bogów”, zainteresował się tą historią po artykule Mateusza Pacewicza w „Dużym Formacie”, a potem skontaktował się ze mną i zaoferował współpracę. Mateusz napisał bardzo ciekawy scenariusz na bazie prawdziwej historii, natomiast ja czułem, że jeśli mam się zaangażować, trzeba trochę w nim pozmieniać. Z jednej strony, żeby odejść jeszcze bardziej od tego, co wydarzyło się w rzeczywistości, a z drugiej, żebym miał poczucie, że realizuję własną wizję. Widzisz, nie jestem zainteresowany robieniem filmów, które mnie osobiście nie dotykają. Wielki szacunek dla Mateusza, że zgodził się popracować na moich uwagach i dwa miesiące później podesłał nową wersję scenariusza, w której zobaczyłem dokładnie taki film, jaki
chciałbym zrobić. Później dołączył do nas Leszek Bodzak, który właśnie dostał Złote Lwy za „Ostatnią rodzinę” i stał się gwiazdą młodego pokolenia producentów. To był dream team – czujący kino, będący w stanie realizować ciekawe i ambitne projekty.

Na ile filmowy Daniel, grany przez Bartosza Bielenię, przypomina chłopaka, na którego historii się opieraliście?

Wykorzystaliśmy w zasadzie tylko samą podstawę, a resztę obudowaliśmy motywami, które skierowały historię w zupełnie inne rejony. Z tamtej sytuacji został głównie wątek młodego człowieka, obcego, który zyskuje zaufanie proboszcza z małej miejscowości, po czym staje się stopniowo, przez kilka miesięcy, księdzem dla tamtejszej społeczności. Ale okoliczności były całkiem inne niż te w prawdziwej historii. Naszemu bohaterowi dodaliśmy przeszłość w poprawczaku, dobudowaliśmy też wątek tragicznego wypadku samochodowego, który stał się traumą dla miejscowej społeczności – wciąż nieprzepracowaną, jak się okazuje, gdy Daniel zaczyna być ich księdzem. Inspirowaliśmy się reportażami Wojciecha Tochmana ze zbioru Wściekły pies, w których opowiada
o tym, jak ludzie przepracowują traumę po stracie dzieci.

A co z miejscem akcji?

To też zmieniliśmy. Prawdziwa historia wydarzyła się gdzie indziej, w innym województwie. My przenieśliśmy ją na Podkarpacie, w góry, które dobrze znam, bo z tamtych okolic pochodzi część mojej rodziny.

Kręciliśmy w Jaśliskach, gdzie powstawała również „Twarz” Małgośki Szumowskiej, co może być dla widzów ciekawe – dwa filmy zupełnie inaczej pokazują to samo miejsce. Mnie interesowała przede wszystkim energia tego miejsca. Chciałem wpisać w tę historię społeczność ludzi hardych, ostrożnych, zamkniętych, ludzi, do których niełatwo dotrzeć. W tym sensie społeczność bardziej skandynawską niż polską, chociaż geograficznie ulokowaną we współczesnej Polsce. Ta społeczność potrafi wykluczać jednostki, które nie pasują do jej wizji samej siebie. Myślę, że w naszym filmie jest to, co obserwowaliśmy w Polsce po katastrofie z 2010 roku.

Ciekawa analogia, faktycznie pewne podobieństwa są aż nadto widoczne…

Tak, przy czym nie odwołujemy się do tamtych wydarzeń bezpośrednio. Katastrofa w naszym filmowym miasteczku jest początkiem konfliktu, podziałów. Pogrążona w rozpaczy kościelna trzyma ludzi blisko tragedii nie tylko po to, żeby mieć nad nimi władzę, ale też dlatego, że cień wypadku pozwala tej społeczności w jakiś sposób zachować status quo. Dla takiej osoby spotkanie z księdzem, który chce pomóc ludziom zamknąć ten straszny rozdział w życiu, to prawie jak stawienie czoła wrogowi. W interesie księdza – fałszywego, ale szczerego w swoich działaniach – jest ulżenie ludziom w cierpieniu, w interesie kościelnej – życie traumą, podważanie informacji świadczących, że było inaczej, niż głosi oficjalna wersja wypadku. Ona nie robi tego w pełni świadomie, nie jest cyniczna, naprawdę cierpi po stracie dziecka, ale stała się toksyczna dla całej społeczności. Obserwacja różnych postaw rysujących się w kraju po 2010 roku, tej mitologizacji każdego słowa, najdrobniejszych szczegółów, wpłynęła na to, w jaki sposób zrealizowaliśmy film. Gdyby w świecie przedstawionym istniała jakaś czarna skrzynka, konflikty i podziały jeszcze bardziej by się zaostrzyły, a prawda stała jeszcze mniej uchwytna.

W życiu jak w filmie

Scenariusz filmu „Boże Ciało” Mateusza Pacewicza jest inspirowany prawdziwą historią, którą Pacewicz opisał w reportażu „Kamil, który księdza udawał” („Duży Format”, styczeń 2014).

Bohater reportażu miał bujną wyobraźnię, a od wczesnego dzieciństwa zmagał się z problemami emocjonalnymi – ojciec opuścił rodzinę, matka zmarła, gdy był w gimnazjum. Już jako nastolatek jeździł po wsiach i miasteczkach, podawał się za księdza i odprawiał gościnnie msze dla wiernych. Nie robił tego dla zgrywy czy poklasku, lecz z potrzeby rozmawiania z ludźmi. W 2011 roku, gdy miał 18 lat, został wikarym w małej miejscowości i przez dwa miesiące czarował parafian swą energią, charyzmą i pięknymi, spontanicznymi kazaniami o istocie wiary, empatii, miłosierdziu. Odprawiał msze pogrzebowe, rozdawał komunię, spowiadał, nie udzielał tylko ślubów. Parafianie uznali, że nowy wikary jest dokładnie takim księdzem, jakiego potrzebują. Gdy prawda wyszła na jaw, część parafian odwróciła się od niego, ale byli i tacy, którzy go bronili, bo uważali, że jest człowiekiem o głębokiej, autentycznej wierze. Fałszywy ksiądz został ukarany w sądzie grzywną w wysokości 300 złotych, a Kościół go ekskomunikował.

 

Chcąc nie chcąc, „Boże Ciało” zostanie też wpisane w trwającą obecnie w kraju dyskusję o religii, religijności i wierze. W końcu opowiadasz o chłopaku, który nie...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy