Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

9 sierpnia 2016

Dalej niż Banlung

37

Turyści kąpią się w zakolu rzeki przy chatce Yorn i Wata, jedzą z nimi obiad, piją słabe wino. Wat dobrze im się przyjrzał. Kiedy pytam, co o nich sądzi, mówi: - Turyści? Turyści przychodzą popatrzeć sobie na ludzi żyjących w biedzie.

Tekst i zdjęcia: Katarzyna Boni

Siedzę na pluszowym fotelu, który lata świetności ma już za sobą: wyświechtane oparcia, gdzieniegdzie lepki materiał. Kobieta z włosami upiętymi w luźny kok ciągle podsuwa mi niewielkie banany, orzeszki i chrupki. Busikiem ze stolicy Kambodży Phnom Penh do prowincji Ratanakiri – odległej, porośniętej dżunglą, zamieszkanej przez ludy tubylcze – jedzie piętnaście osób. Jestem jedynym białym pasażerem. Kobiety, z początku ciche, zaspane, jeszcze niepewne, czy znajdą przyjazne ucho wśród towarzyszek podróży – rozkręcają się coraz bardziej w opowieściach o dzieciach, ślubach i pogrzebach. Pokazują sobie zdjęcia w eleganc[-]kich strojach i uporczywie częstują chrupkami bez smaku. Odsuwam różową firankę zrobioną z obrusa i patrzę na obrazy za oknem.

Panorama
Zieleń. Zalane wodą pola ryżowe. Pochyleni ludzie machają motykami, co chwilę ocierając pot z czoła. Szpaler palm wzdłuż drogi. Miasteczka kończą się równie szybko, jak się pojawiają. Fasady wąskich domów z dachami obrośniętymi antenami ze splątanymi sznurami kabli. Targ z piętrzącymi się stosami arbuzów, smoczych owoców i rambutanów. Szewc, któremu za warsztat służy stołek przy krawężniku. Mężczyzna na skuterze z na wpół oskubanymi kurczakami, związanymi w pęczki za nogi i zawieszonymi głowami w dół.

Niepostrzeżenie miasto zamienia się w wieś. Drewniane domy na palach, za nimi jezioro porośnięte różowymi kwiatami lotosu. Proste chatki zbite z kilku desek. Żadnych ozdób, rzeźbień czy koloru. Na sznurze schnie pranie. Żylasty mężczyzna obwiązany w pasie chustą w kratę, goły od pasa w górę, kuca tyłem do drogi. W rękach trzyma aluminiową miskę. Będzie się kąpać – namydli ciało gąbką i spłucze wodą przyniesioną z jeziora. Tuż obok dwuletnia dziewczynka sika przy drodze – jest jeszcze zbyt mała, by czuć wstyd. Starsze kobiety nawet wychodząc do przydrożnej toalety, okrywają się chustami.

Za szybą miga zieleń drzew. Kolejny obraz – matka rozpala ogień w zagłębieniu między dwiema cegłami. W blaszanym garnku gotuje ryż, może trafią do niego kawałki zabitego wczoraj kurczaka i liście wilca wodnego, nazywanego tutaj „wodnym szpinakiem”. Mężczyzna na krześle (metalowe ramy, plastikowa plecionka) – leniwie wachluje się dużym liściem. Dzieciaki biegają po podwórku za żółtymi kaczuszkami. W kałuży błota chłodzi się bawół. Nad chatką unosi się latawiec z czarnej torby na śmieci. Pod drzewem siedzą młode dziewczyny. Śmieją się, zasłaniając usta.

Przydrożni mieszkańcy. Wiodą swoje codzienne życie – takie samo jak wczoraj, takie samo jak jutro. Nie zdają sobie sprawy z tego, że właśnie zostali przeze mnie zauważeni i zapamiętani. Że wykorzystam ich, by przekazać atmosferę tego dnia, nasyconego słońcem i zielenią. By opisać Kambodżę.

Dla mnie są tylko krajobrazem. Nie wiem, o czym marzą i o czym śnią. Może o wielkiej miłości, jak każdy. A może o samochodzie i domu z cegły? Nie interesuje mnie, na co pieczołowicie odkładają pieniądze. Ani ich problemy w szkole czy wczorajsza kłótnia z mężem. Dla mnie ważny jest kolor koszuli, skład zupy w garnku, malowniczość tła. Liczy się kompozycja i atmosfera. Kolekcjonuję rodzajowe scenki. Zbieram znaki, które wskażą, gdzie jestem – w Azji, na prowincji, w egzotycznym miejscu. John Urry pisał o tym w Spojrzeniu turysty: w tym, co widzimy, szukamy podobieństw do widoków, które znamy ze zdjęć z kolorowych magazynów i z filmów. Klasyczne kamienice, szerokie bulwary i całująca się para to romantyczny Paryż. Bielone ściany, róża pnąca się przy płocie, zielone wzgórza w tle to sielska Ang[-]lia. Pola ryżowe, chatki na palach, ludzie o ciemnej od słońca skórze to egzotyczna Azja. Dostrzegamy nie to, co jest, lecz to, co chcemy zobaczyć. Konstruujemy nasze wyobrażenie, niekoniecznie tożsame z rzeczywistością. Znaki zastępują nam poznanie. A gdyby w ten krajobraz wejść?

Szeroki plan
– No co ty! W życiu bym nie wyszła za kogoś z mniejszości Lun. Chociaż... ci z Kavek nawet mi się podobają, mają ładne, okrągłe oczy – Liang wybucha śmiechem i, speszona, szybko zasłania usta. Pochodzi z mniejszości Brau, jednej z siedmiu grup etnicznych zamieszkujących Ratanakiri. Siedzące pod drzewem dziewczyny kiwają głowami, im też podobają się mężczyźni Kavek. Niscy, ale muskularni. Z szeroko rozstawionymi oczami i czarnymi włosami o nieco jaśniejszym odcieniu. Ostatnio, kiedy Liang pojechała do stolicy prowincji – Banlung (jeden targ, cztery ulice, kilkanaście biur podróży i jeszcze więcej organizacji pozarządowych), uśmiechnął się do niej jakiś Kavek. Nie wiedziała, gdzie oczy podziać, udawała, że zajmują ją wystawione na straganie owoce. Ale wyjdzie za kogoś z Brau, bo przecież mają wspólną tradycję i wspólny język.

Ratanakiri przyciąga turystów zdjęciami dżungli i ludów, które nadal tutaj żyją. Starsze kobiety mają jeszcze tatuaże na twarzach i zaostrzone zęby – taki był kanon piękna w ich młodości. Dziś dziewczyny wolą białą skórę i brązowe włosy. Ale tradycyjne ubiory i zwyczaje świetnie nadają się do folderu. To obietnica świata nietkniętego cywilizacją. Odległego i niedostępnego – droga z Phnom Penh do Banlung ma więcej dziur niż...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy