Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

9 sierpnia 2016

Dalej niż Banlung

100

Turyści kąpią się w zakolu rzeki przy chatce Yorn i Wata, jedzą z nimi obiad, piją słabe wino. Wat dobrze im się przyjrzał. Kiedy pytam, co o nich sądzi, mówi: - Turyści? Turyści przychodzą popatrzeć sobie na ludzi żyjących w biedzie.

Tekst i zdjęcia: Katarzyna Boni

POLECAMY

Siedzę na pluszowym fotelu, który lata świetności ma już za sobą: wyświechtane oparcia, gdzieniegdzie lepki materiał. Kobieta z włosami upiętymi w luźny kok ciągle podsuwa mi niewielkie banany, orzeszki i chrupki. Busikiem ze stolicy Kambodży Phnom Penh do prowincji Ratanakiri – odległej, porośniętej dżunglą, zamieszkanej przez ludy tubylcze – jedzie piętnaście osób. Jestem jedynym białym pasażerem. Kobiety, z początku ciche, zaspane, jeszcze niepewne, czy znajdą przyjazne ucho wśród towarzyszek podróży – rozkręcają się coraz bardziej w opowieściach o dzieciach, ślubach i pogrzebach. Pokazują sobie zdjęcia w eleganc[-]kich strojach i uporczywie częstują chrupkami bez smaku. Odsuwam różową firankę zrobioną z obrusa i patrzę na obrazy za oknem.

Panorama
Zieleń. Zalane wodą pola ryżowe. Pochyleni ludzie machają motykami, co chwilę ocierając pot z czoła. Szpaler palm wzdłuż drogi. Miasteczka kończą się równie szybko, jak się pojawiają. Fasady wąskich domów z dachami obrośniętymi antenami ze splątanymi sznurami kabli. Targ z piętrzącymi się stosami arbuzów, smoczych owoców i rambutanów. Szewc, któremu za warsztat służy stołek przy krawężniku. Mężczyzna na skuterze z na wpół oskubanymi kurczakami, związanymi w pęczki za nogi i zawieszonymi głowami w dół.

Niepostrzeżenie miasto zamienia się w wieś. Drewniane domy na palach, za nimi jezioro porośnięte różowymi kwiatami lotosu. Proste chatki zbite z kilku desek. Żadnych ozdób, rzeźbień czy koloru. Na sznurze schnie pranie. Żylasty mężczyzna obwiązany w pasie chustą w kratę, goły od pasa w górę, kuca tyłem do drogi. W rękach trzyma aluminiową miskę. Będzie się kąpać – namydli ciało gąbką i spłucze wodą przyniesioną z jeziora. Tuż obok dwuletnia dziewczynka sika przy drodze – jest jeszcze zbyt mała, by czuć wstyd. Starsze kobiety nawet wychodząc do przydrożnej toalety, okrywają się chustami.

Za szybą miga zieleń drzew. Kolejny obraz – matka rozpala ogień w zagłębieniu między dwiema cegłami. W blaszanym garnku gotuje ryż, może trafią do niego kawałki zabitego wczoraj kurczaka i liście wilca wodnego, nazywanego tutaj „wodnym szpinakiem”. Mężczyzna na krześle (metalowe ramy, plastikowa plecionka) – leniwie wachluje się dużym liściem. Dzieciaki biegają po podwórku za żółtymi kaczuszkami. W kałuży błota chłodzi się bawół. Nad chatką unosi się latawiec z czarnej torby na śmieci. Pod drzewem siedzą młode dziewczyny. Śmieją się, zasłaniając usta.

Przydrożni mieszkańcy. Wiodą swoje codzienne życie – takie samo jak wczoraj, takie samo jak jutro. Nie zdają sobie sprawy z tego, że właśnie zostali przeze mnie zauważeni i zapamiętani. Że wykorzystam ich, by przekazać atmosferę tego dnia, nasyconego słońcem i zielenią. By opisać Kambodżę.

Dla mnie są tylko krajobrazem. Nie wiem, o czym marzą i o czym śnią. Może o wielkiej miłości, jak każdy. A może o samochodzie i domu z cegły? Nie interesuje mnie, na co pieczołowicie odkładają pieniądze. Ani ich problemy w szkole czy wczorajsza kłótnia z mężem. Dla mnie ważny jest kolor koszuli, skład zupy w garnku, malowniczość tła. Liczy się kompozycja i atmosfera. Kolekcjonuję rodzajowe scenki. Zbieram znaki, które wskażą, gdzie jestem – w Azji, na prowincji, w egzotycznym miejscu. John Urry pisał o tym w Spojrzeniu turysty: w tym, co widzimy, szukamy podobieństw do widoków, które znamy ze zdjęć z kolorowych magazynów i z filmów. Klasyczne kamienice, szerokie bulwary i całująca się para to romantyczny Paryż. Bielone ściany, róża pnąca się przy płocie, zielone wzgórza w tle to sielska Ang[-]lia. Pola ryżowe, chatki na palach, ludzie o ciemnej od słońca skórze to egzotyczna Azja. Dostrzegamy nie to, co jest, lecz to, co chcemy zobaczyć. Konstruujemy nasze wyobrażenie, niekoniecznie tożsame z rzeczywistością. Znaki zastępują nam poznanie. A gdyby w ten krajobraz wejść?

Szeroki plan
– No co ty! W życiu bym nie wyszła za kogoś z mniejszości Lun. Chociaż... ci z Kavek nawet mi się podobają, mają ładne, okrągłe oczy – Liang wybucha śmiechem i, speszona, szybko zasłania usta. Pochodzi z mniejszości Brau, jednej z siedmiu grup etnicznych zamieszkujących Ratanakiri. Siedzące pod drzewem dziewczyny kiwają głowami, im też podobają się mężczyźni Kavek. Niscy, ale muskularni. Z szeroko rozstawionymi oczami i czarnymi włosami o nieco jaśniejszym odcieniu. Ostatnio, kiedy Liang pojechała do stolicy prowincji – Banlung (jeden targ, cztery ulice, kilkanaście biur podróży i jeszcze więcej organizacji pozarządowych), uśmiechnął się do niej jakiś Kavek. Nie wiedziała, gdzie oczy podziać, udawała, że zajmują ją wystawione na straganie owoce. Ale wyjdzie za kogoś z Brau, bo przecież mają wspólną tradycję i wspólny język.

Ratanakiri przyciąga turystów zdjęciami dżungli i ludów, które nadal tutaj żyją. Starsze kobiety mają jeszcze tatuaże na twarzach i zaostrzone zęby – taki był kanon piękna w ich młodości. Dziś dziewczyny wolą białą skórę i brązowe włosy. Ale tradycyjne ubiory i zwyczaje świetnie nadają się do folderu. To obietnica świata nietkniętego cywilizacją. Odległego i niedostępnego – droga z Phnom Penh do Banlung ma więcej dziur niż asfaltu. Aby pojechać dalej, do tubylczych wiosek, trzeba wynająć mototaksówkarza. Jeśli nie pada, kurz z czerwonych dróg wciska się pod powieki. Jeśli pada, motor ślizga się w błocie. Samochodem nie da się przejechać, zapadnie się po ośki. Znajomy krajobraz – zielone pobocze, dziurawe drogi, a przy nich ludzie: ich pranie, ich kuchnia, ich toaleta. Kierowca, który mnie wiezie, Heng, jest samozwańczym przewodnikiem. Zanim zawiózł mnie do wioski Brau, gdzie dosiadłam się do plotkujących dziewczyn, pokazał mi święte jezioro, święty wodospad, wioski Kreung z charakterystycznymi domkami dla panien na wydaniu, w których mogą poznać przyszłych mężów. I plantację kauczuku, na której biały sok zbiera się do plastikowych torebek. Teraz Heng zamienia się w tłumacza.

– W ciąży nie wolno mi było jeść żółwi – opowiada Ting, starsza siostra Liang. – Dziecko mogłoby się ułożyć w złą stronę. Wyszłam za mąż z miłości, nie tak jak moja matka. Ale mąż przestał mi się podobać. Ciągle pije i pali. Papierosa odkłada tylko podczas seksu. Kiedyś przynajmniej pomagał mi w utrzymaniu domu, zbierał drewno i miód w lesie. Dwa lata temu zachorował. Żołądek. Raz w miesiącu zabieramy się furmanką do szpitala w Banlung. Każdy przejazd kosztuje. Hoduję kurczaki i odsprzedaję. Było łatwiej, kiedy mieliśmy trzy hektary. Ryżu starczało na cały rok. Ale przyszli...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy