Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia

27 maja 2019

NR 5 (Maj 2019)

Ciasteczkowy potwór

0 364

Szwedzki towar eksportowy, słynniejszy niż ABBA i August Strindberg – Ingmar Bergman. Jeden z najważniejszych artystów XX wieku niczego nie bał się tak jak śmierci.

„Strach realizuje to, czego się boimy” – zapisał Bergman w swoim dzienniku, a bał się naprawdę wielu rzeczy, na przykład warzyw. Żywił się w zasadzie tylko szwedzkim jogurtem i herbatnikami jednej marki, sprzedawanymi w specjalnej tekturowej tubie. Stawiał ją zawsze na stoliku, przy którym pracował. Gdy tylko zgłodniał, wkładał dłoń do tuby, podważał palcem pierwsze ciasteczko i sięgał po następne – bał się, że to z wierzchu mogło być dotykane przez kogoś obcego. 

Lubił też czerwone mięso, krwiste, z nim jednak musiał uważać. Całe życie cierpiał na choroby układu pokarmowego: zapalenie błony śluzowej żołądka, wrzody, niedrożność jelit, miewał często biegunki (gdy wyrobił sobie pozycję, pracodawcy zawsze gwarantowali mu prywatne WC). Bergman diagnozował u siebie raka. W końcu lekarz, z którym się później zaprzyjaźnił, orzekł, że dolegliwości mają przyczyny psychosomatyczne – problem tkwi w głowie. Przez całe życie cierpiał na bezsenność – spał najwyżej 5 godzin na dobę. Gdy nie spał, pracował, gdy nie spał i nie pracował, co zdarzało się rzadko, romansował...

Narodziny boga

Trudno wyobrazić sobie współczesne kino bez Ingmara Bergmana. W dokumencie „Więcej niż Bergman” Hynka Pallasa i Jane Magnusson, który swoją premierę miał w 2013 roku, reżyserzy światowego kina pielgrzymują do rezydencji Bergmana na wyspie Fårö, położonej na Morzu Bałtyckim. Są wśród nich twórcy tak różni, jak John Landis, reżyser komediowego hitu „Ghostbusters”, Michael Haneke i Claire Denis, ikony europejskiego kina artystycznego, czy Alejandro González Iñárritu, reżyser oscarowej „Zjawy”. To właśnie Iñárritu, przechadzając się po wyspie, wyznaje, że gdyby kino traktować jako religię, to wyspę Bergmana trzeba by uznać za Mekkę albo co najmniej Watykan. 

POLECAMY

Można oczywiście wybierać innych bogów kina, preferować bardziej kolorowych bożków. Bergman wydaje się jednak od nich większy z co najmniej kilku powodów. Pierwszym jest czas: debiutancki film nakręcił w 1946 roku, ostatni – w 2003 roku. Zaczął tworzyć zaraz po drugiej wojnie, a na emeryturę przeszedł po zamachu na WTC. Kino przebyło w tym czasie niesamowitą i długą drogę – od włoskiego neorealizmu do „Władcy Pierścieni”; jeszcze dłuższą przeszedł świat. Drugim – liczba realizacji. Bergman nakręcił nie 5–6 filmów, ale dużo więcej. Jego biografowie skrupulatnie wyliczają: 70 filmów, 100 sztuk teatralnych i słuchowisk radiowych, 3 Oscary, 2 Złote Globy, 1 Złota Palma, 1 Złoty Niedźwiedź, 1 Cezar i wiele innych nagród. Trzeci powód: tematyka. Określenie „bergmanowski” stało się synonimem wagi ciężkiej, wwiercania się w duszę, babrania się w psychice, prześwietlania człowieka, który rani najbliższych i który co jakiś czas grozi pięścią niebiosom za to, że tak zawzięcie milczą. Czwarty – biografia. Bergman miał niezwykłe życie, które idealnie nadaje się do mitologizacji, on sam zresztą poświęcał jej dużo czasu.

W domu bez luster

Urodził się 14 lipca 1918 roku, gdy w Szwecji szalała hiszpanka. Jego matka była po porodzie tak słaba, że nie mogła go karmić, wywieziono więc małego Ingmara do babci i znaleziono mu mamkę. Po latach opowiadał, że u babci przeżył najlepsze chwile dzieciństwa. Miał starszego brata, który tłukł go niemiłosiernie i zmuszał do robienia wielu niezdrowych rzeczy, oraz młodszą siostrę, którą – podjudzony przez brata – próbował z zazdrości zabić, choć może to tylko legenda. Jego ojciec był surowym pastorem i stosował wobec dzieci wyrafinowany system upokorzeń i kar. Gdy syn się zmoczył, ojciec zmuszał go do noszenia różowej sukienki. Na inne występki swoich dzieci pastor Bergman odpowiadał rózgą, targaniem za włosy, szlabanem na jedzenie i kino. Matka Bergmana była mniej surowa, ale potrafiła wymierzyć siarczysty policzek. W tym zimnym, protestanckim domu nie było luster – posiadanie ich uważano za grzech. 

„Nasza rodzina składała się z ludzi dobrej woli z katastrofalnym dziedzic­twem nadmiernych wymagań, nieczystego sumienia i poczucia winy”, wspominał po latach Bergman. Rodzice kłócili się, bili. Ojciec popadał w depresję. Matka nie kochała ojca, próbowała odejść od niego do kochanka, została jednak dla dobra dzieci, choć nigdy nie potrafiła im przekazać prawdziwej miłości – na ich potrzebę czułości reagowała ironią i chłodem. Bergman dużo czasu spędzał w swoim świecie, kochał kino, stał się notorycznym kłamczuchem. Gdy miał może z sześć lat, daleka ciotka weszła nago do jego wanny i pokazała mu, co to seks. Gdy był już trochę starszy, pojechał na wymianę młodzieżową do Niemiec lat 30. i tam hajlował wraz z rumianymi zwolennikami Hitlera. Po wojnie zaczął pracować w teatrze i prawie równocześnie w kinie. Reżyserował nieustannie i ciągle romansował, powstawały kolejne spektakle, filmy, rodziły mu się kolejne dzieci. Nawet nie wiedział, ile ich ma, wiedział natomiast zawsze, nad czym pracuje.

Jak najszybciej, jak najwięcej

W książce Ingmar Bergman. Miłość, seks i zdrada Thomas Sjöberg wziął pod lupę nie twórczość Bergmana, lecz jego życie, wychodząc z założenia, że to w nim znajdzie klucz do spektakli i filmów. Sjöberg zagłębia się w archiwa, cytuje prywatną korespondencję reżysera, bada jego zapiski, sprawdza, gdzie rozminął się z prawdą. A rozmijał się często. Bergman był wobec siebie szczery, ale też dużo na swój temat fantazjował.

W dokumencie „Bergman – rok z życia”, pokazywanym na festiwalu Nowe Horyzonty, autorka Jane Magnusson ujawnia fragment nigdy nie emitowanego wywiadu z Dagiem, starszym bratem reżysera. Dag opowiada, że to on był ofiarą bestialskich praktyk wychowawczych ojca, że to on miał w szkole problemy, natomiast Ingmara w zasad...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy