Dołącz do czytelników
Brak wyników

Mózg i umysł , Praktycznie

4 marca 2019

Bierny świadek, czyli dlaczego patrzę, jak cię biją, i nic nie robię

46

Zdrowy rozsądek podpowiada, że im więcej jest świadków, gdy coś złego się dzieje, tym większa szansa, że ktoś pospieszy z pomocą. Nic bardziej błędnego!
 

Zdarzyło się to przed pół wiekiem, w marcu 1964 roku. O godzinie trzeciej nad ranem dwudziestokilkuletnia Kitty Genovese zamknęła prowadzony przez siebie bar na Manhattanie i wracała do mieszkania w spokojnej dzielnicy Queens. Kiedy wysiadła z samochodu i szła w kierunku domu, została zaatakowana przez maniaka z nożem. Kitty krzyknęła. Usłyszał to sąsiad i z balkonu zawołał do napastnika, by dał jej spokój. Ten zaczął się oddalać, jednak po chwili zawrócił. Przez 35 minut zabójca gonił ofiarę, zadając jej ciosy nożem.

Kobieta rozpaczliwie wzywała pomocy. W tym czasie całe zdarzenie obserwowali z okien jej sąsiedzi. Jedna z par przysunęła sobie krzesła bliżej okna, aby lepiej wszystko widzieć. Jak napisał „New York Times”: „Przez ponad pół godziny 38 szanowanych i respektujących prawo obywateli Queens przyglądało się, jak zabójca trzykrotnie atakuje i w końcu zabija samotną kobietę na Kew Gardners. (...) «przyzwoici» ludzie nie byli w stanie zrobić nawet tyle, by zadzwonić po policję”. Policja została zawiadomiona dopiero wtedy, gdy kobieta nie żyła. Zabójca zdążył zbiec i nigdy go nie znaleziono.

Im więcej, tym gorzej

Dlaczego mimowolni świadkowie morderstwa nie reagowali? Jak to możliwe, że nikt z nich nawet nie sięgnął po telefon – a wszyscy mieli taką możliwość – by wezwać pomoc? Gdyby ktoś to zrobił, kobieta prawdopodobnie przeżyłaby! Czy byli nieczuli, niewrażliwi? A może strach ich sparaliżował?

Takie pytania zadawali sobie policjanci, dziennikarze, mieszkańcy Nowego Jorku. Sami świadkowie, wypytywani później, mówili: „Nie mam pojęcia, jak do tego mogło dojść”. Niektórzy tłumaczyli, że się bali. Ale trudno uwierzyć, że bali się zadzwonić. Padały słowa: znieczulica, obojętność, egoizm, apatia. Pewien psychoanalityk przypisał to wpływowi metropolii, utrudniającemu bliskość i prowadzącemu do alienacji. Socjolog wspomniał o wycofaniu się w obliczu katastrofy. Ale przecież ci, którzy patrzyli na morderstwo Genovese, nie byli apatyczni ani wycofani. Jak przykuci tkwili w oknach, z zapartym tchem obserwując, co się dzieje.

Dopiero psychologowie Bibb Latané z Columbia University i John Darley z New York University wyszli poza nasuwające się stereotypowe interpretacje. I poza tzw. zdrowy rozsądek, który mówi, że im więcej osób jest obecnych na miejscu zdarzenia, tym większa szansa, że ktoś pomoże. Przeanalizowali reakcje świadków i zaproponowali wyjaśnienie na pozór paradoksalne: blisko 40 świadków zabójstwa nie reagowało właśnie dlatego, że było ich tak wielu! Dlaczego tak się dzieje? W obecności innych świadków zmniejsza się nasza gotowość do pomocy, ponieważ spada poczucie osobistej odpowiedzialności za jej udzielenie. Bezwiednie zakładamy, że zapewne ktoś już coś zrobił – zadzwonił po pomoc, pobiegł po lekarza, wezwał policję itp.

Eksperymentalny atak padaczki

Darley i Latané postanowili odtworzyć taki nagły i wymagający interwencji wypadek w laboratorium, gdzie możliwa jest kontrola zmiennych. Do badań zaprosili studentów kursu wprowadzającego do psychologii na New York University. Mieli oni omówić z innymi studentami swoje problemy związane z życiem studenckim. Aby zapewnić warunki sprzyjające szczerym wypowiedziom, umieścili studentów w osobnych kabinach. Mogli się ze sobą porozumiewać przez interkom, w danym momencie mogła mówić tylko jedna osoba. Każdy z uczestników miał dwie minuty na wypowiedź. W ten sposób naukowcy zamaskowali prawdziwy cel eksperymentu. W rzeczywistości chodziło o to, by sprawdzić, jak liczba świadków wpłynie na gotowość udzielenia pomocy.

Eksperymentatorzy podzielili studentów na trzy grupy. Badani z pierwszej sądzili, że rozmawiają tylko z jedną osobą. W drugiej dowiedzieli się, że są połączeni z dwiema innymi osobami. Natomiast osoby z trzeciej grupy były przekonane, że rozmowie przysłuchuje się pięć osób. W rzeczywistości zawsze była tylko jedna osoba badana, a głosy pozostałych uczestników odtwarzano z taśmy. W ten sposób zróżnicowano liczbę potencjalnych świadków. A nagły wypadek? Był nim rzekomy atak epilepsji. Badany słuchał wypowiedzi pierwszego studenta, który opowiadał o swoich kłopotach w nauce i problemach z koncentracją.

Mimochodem dodawał, że cierpi na ataki epilepsji, szczególnie gdy jest zestresowany. Następnie wypowiadał się kolejny uczestnik. W pierwszej grupie był nim sam badany. W pozostałych grupach wysłuchiwał on głosów pozostałych uczestników, zanim sam się wypowiedział, po czym głos znów zabierał pierwszy uczestnik. Zaczynał mówić i nagle dostawał ataku padaczki. Brzmiało to mniej więcej tak: „Sądzę, że.. że.. ja a.. potrzebuję po.. po.. pomocy, może ktoś mi po.. eee mi po.. pomoże, bo eee jest ze mną naprawdę źle, czy eee ktoś może tu przyjść, bo eee bo aaa mam ten naaaapad, naprawdę potrzebuję pomocy”. Po czym słychać było odgłos dławienia się, potem następowała cisza.

Mierzono, ilu badanych z każdej grupy pomoże ofierze ataku – czyli opuści swoje pomieszczenie i zawiadomi eksperymentatora. Rejestrowano także czas, jaki upływał, zanim badani reagowali na wypadek. Dano im na to 4 minuty. Jeśli w tym czasie nie podjęli żadnego działania, eksperyment się kończył.

Wyniki okazały się zgodne z oczekiwaniami badaczy: im więcej było świadków zdarzenia, tym mniej osób próbowało pomóc ofierze ataku epilepsji i tym później podejmowały one działanie. Jeśli badani myśleli, że są jedynymi świadkami ataku, aż 85 proc. interweniowało, zanim ucichł głos rzekomej ofiary. W grupie drugiej (dwóch świadków) takich osób było już tylko 62 proc. W trzeciej, w której było pięciu świadków, gotowość do pomocy wyraźnie spadła – tylko 26 proc. osób podjęło działanie. Wszyscy, którzy wierzyli, że są jedynymi świadkami, poinformowali o zdarzeniu eksperymentatora. Spośród tych, którzy sądzili, że świadków jest kilku, zrobiło to tylko 62 proc.

Kto za to odpowiada

Czy badanych nie obchodził los studenta, który miał atak epilepsji? Nie, wszyscy odczuwali niepokój, gdy docierały do nich niepokojące dźwięki. U wielu pojawiały się fizyczne objawy napięcia: trzęsły im się ręce, pociły dłonie. Wzdychali, niektórzy mówili sami do siebie: „O Boże, co ja teraz powinienem zrobić?!”. Dlaczego zatem często nic nie robili? Wyniki eksperymentu wyraźnie pokazują, że nie mamy tu do czynienia z apatią obojętnych gapiów.

Winę ponosi efekt rozproszenia odpowiedzialności. Gdy tylko jedna osoba jest świadkiem wypadku, ponosi całą odpowiedzialność za udzielenie pomocy i będzie miała silne poczucie winy, jeśli nic nie zrobi. Jeśli jednak podczas wypadku są obecni inni ludzie, poczucie odpowiedzialności ulega dyfuzji, rozmywa się i dzieli między wszystkich obserwatorów. Im jest ich więcej, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że znajdzie się choć jeden, który spróbuje pomóc – bo każdy zakłada, że ktoś inny zapewne już to zrobił. Obecność innych redukuje także koszt zaniechania działania: każdy ze świadków w obecności innych czuje s...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy