Dołącz do czytelników
Brak wyników

Praca i pieniądze , Praktycznie

25 listopada 2016

Abdykacja szefa

70

Menedżerowie coraz częściej zachowują się jak uległy rodzic, który w obawie, że dziecko będzie jeszcze bardziej niegrzeczne, mówi do niego słodkim głosem i kupuje mu kolejne chipsy. Ta uległość na dłuższą metę nie służy ani ich pracownikom, ani im samym, ani firmie.

Ogromne, miękkie pufy rozrzucone w przestrzeni stworzonej do odpoczynku, ale też PlayStation, piłkarzyki, stoły do ping-ponga. No i kuchnie – zaopatrzone w ekspresy do kawy, kilkanaście rodzajów herbat, miód, świeży imbir, jogurty i owoce.

Biuro z widokiem
Tak dzisiaj wyglądają przestrzenie nowoczesnych firm, nęcące młodych pracowników – często nawet zanim skończą studia – już nie tylko, jak parę lat temu, „ciągłym rozwojem” czy „pracą w międzynarodowym środowisku”, ale też przyjemnościami i wygodami, jakie oferuje samo miejsce pracy. Jedna z międzynarodowych firm, której krakowska siedziba mieściła się w biurowcu z oknami na Wisłę, na billboardach zachęcających do podjęcia u nich pracy napisała: „biuro z widokiem”. Nie zrobili tego przypadkiem. Rzeczywiście, wielu młodych ludzi, zwłaszcza ci, którzy na rynku pracy czują się pewnie, przy wyborze firmy kieruje się dzisiaj także tym, jak będą dojeżdżać, co będą mieli za oknem, jakie są lunche w pobliskiej restauracji.

Jest coś fajnego w tej trosce o to, żeby pracownikowi było przyjemnie i wygodnie, i żeby mógł nie tylko przykręcać śrubę, ale też odpoczywać. Podobnie jak w oczekiwaniu młodych pracowników, że tak właśnie będzie – tego oczekiwania tak zwane pokolenie X, dumne ze swoich niezliczonych nadgodzin i nieodebranych urlopów, może się uczyć od swoich młodszych kolegów i koleżanek.

Jako trenerka spotykam się na sali szkoleniowej z różnymi pokoleniami. Wśród ludzi w każdym wieku widziałam i sfrustrowanych, i pełnych pasji, i roszczeniowych, i ofiarnych. A jednak wierzę, że pojęcia: pokolenie X, pokolenie Y i millenialsi opisują istniejące zjawisko. Ci z pokolenia Y i młodsi są bardziej wyczuleni na swój komfort i mają większe w tym zakresie oczekiwania. Rzadziej też podchodzą do swoich menedżerów z pozycji podwładnego, nie traktują ich poleceń jako czegoś, co zamyka wszelką dyskusję; mają świadomość, że ich szefowie muszą nie tylko rozdzielać zadania, ale częścią ich odpowiedzialności jest także wzmacnianie i utrzymywanie ich zaangażowania.

Bez przełożonych
Zresztą nie tylko w głowach i sercach pokoleń młodszych niż pokolenie X, ale też w sposobie patrzenia na zarządzanie następuje zmiana – w stronę struktur mniej hierarchicznych, a bardziej płaskich, w stronę współpracy, która w coraz większej liczbie miejsc sukcesywnie zastępuje nakazowo-rozdzielczy styl przełożonych – do tego stopnia, że w niektórych firmach słowo „szef” zostało uznane za zbyt hierarchiczne, nie mówiąc już o słowie „przełożony”. Spytałam menedżerów, jak w takim razie mówią o osobach, które do nich raportują. „Współpracownicy” – usłyszałam w odpowiedzi. A jak mówicie, dopytywałam, o osobach pracujących na równoległych stanowiskach? „Tak samo”, odpowiedzieli. Tak więc w firmach, o których piszę, a zdaje się być ich coraz więcej, jest takie puste miejsce, w którym kiedyś było słowo „szef”. I w tym miejscu próbują się odnaleźć w swojej roli ci, którzy kiedyś byli uważani za szefów.

Te zmiany, skądinąd demokratyczne, humanitarne i sprawiające, że świat, także ten zawodowy, staje się lepszym miejscem, niosą jednak jedno poważne zagrożenie, którego owoce często oglądam w salach szkoleniowych: wielu menedżerów abdykuje z roli liderów, odbierając sobie prawo do jasnego wyrażania oczekiwań i stawiania granic zachowaniom, na które de facto nie ma zgody, prawo do wyznaczania kierunku działania, do odmawiania, kiedy chcą odmówić. Innymi słowy, pojawia się wśród menedżerów rodzaj uległości, która długofalowo nie służy ani ich pracownikom, ani im samym, ani firmie, dla której pracują. Ta uległość przypomina czasami uległość rodzica, który w obawie, że dziec[-]ko za chwilę będzie jeszcze bardziej niegrzeczne, przemawia do niego słodkim głosem i kupuje mu następne chipsy; tej uległości towarzyszy też niejednokrotnie szlachetne w swoich podstawach i często zgubne w skutkach przekonanie, że sprawą szefa (byłego „szefa”) jest sprawienie, żeby pracownikowi (współpracownikowi) zawsze było jak najprzyjemniej i tym samym unikanie wszystkiego, co mogłoby mu sprawić jakąś przykrość.

Kiedy młody człowiek, w swoim biurze z widokiem, popijający herbatę cynamonową – przegryzaną jagodami goji – natrafi na takiego szefa czy szefową, budzą się w nim instynkty komplementarne wobec tych rodzicielskich, czyli dziecięce. „Gra się tak, jak przeciwnik pozwala”, głosi sportowe powiedzenie, i ma ono zastosowanie też tutaj, chociaż żadna ze stron nie ma na ogół złej woli i nie uważa innych za przeciwników. A jednak kiedy ktoś, kto ma być liderem, rezygnuje ze stawiania oczekiwań i reagowania, jeśli nie są spełniane, pracownicy zaczynają się notorycznie spóźniać, narzekać z wielkim przekonaniem na brak odtłuszczonego mleka w kuchni, nie wykonują zadań na czas albo wprost mówią, że i...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy