Pan Tomasz to wie. Jego twarz tężeje w promiennym uśmiechu, ale oczy są pełne smutku. Kontynuuję: „Panie Tomaszu, widzę pana smutek, a jednocześnie promienny uśmiech, jakby musiał pan, trzymając fason, pozostać teraz sam ze swoim smutkiem. Komu teraz nie pokazuje pan swojego smutku, swojego cierpienia? Przyjacielowi czy wrogowi?”. Odpowiada po dłuższej chwili, prawie szeptem: „Właściwie nikomu”. Spod uśmiechu na moment wydobywa się smutek, po policzku powoli spływa cicha łza. „Już mi się chce płakać” – mówi i zaczyna płakać. W momentach, gdy płacząc chwilami, napina ciało i wstrzymuje oddech, interweniuję, mówiąc cichym, spokojnym głosem: „Mamy czas... Może pan płakać... Proszę zaufać sobie... To pan decyduje... Mamy czas...”.
W poprzednim artykule (Osobowość w kryzysie, „Charaktery” nr 53) obiecaliśmy pokazać, co dzieje się w terapii ISTDP, kiedy człowiek po latach życia jak za grubą szybą postanawia odzyskać kontakt ze sobą i z innymi. Potrzebuje do tego relacji, w której może sprawdzać, czy bliskość nadal oznacza zagrożenie. Jak to jednak zrobić, jeżeli dawno temu podjął nieświadomie, a może przedświadomie decyzję, że nie zaufa nikomu, nawet sobie?
Zadaniem terapeuty jest utkanie poczucia bezpieczeństwa z nitek zaufania, przewidywalności i akceptacji: z przekonania, że pacjent zostanie przyjęty z życzliwością, troską i naukową uczciwością. Każdą z tych nici można w dzieciństwie naruszyć i każdą można w dorosłości spróbować naprawić.
Pierwsza mapa relacji i bezpieczeństwa
W dzieciństwie tworzymy pierwszą mapę relacji: uczymy się, czy opiekun przychodzi, kiedy go potrzebujemy, czy nasze uczucia go interesują, czy raczej irytują albo przytłaczają. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta mapa staje się w dorosłym życiu jedyną instrukcją odczytywania teraźniejszości.
W ISTDP opisuje ją trójkąt osób: relacje formujące z przeszłości, relacje z bliskimi dzisiaj i relacja z terapeutą. Wzorzec z przeszłości przenosimy na bliskich, a w gabinecie także na terapeutę. Praca z nim pozwala napisać tę instrukcję na nowo.
Część historii pana Tomasza już znamy. Miał dziewięć lat, kiedy spłonął dom jego dziadków. Ojciec wyniósł go z pożaru, jednak sam doznał trwałego uszkodzenia ciała, w tym mózgu. Matka nie udźwignęła ciężaru tej tragedii i zniknęła emocjonalnie, uciekając w pracę i wyjazdy. Po wielu miesiącach budowania bezpieczeństwa odsłania się kolejna warstwa. W kolejnych latach w domu pojawił się przyjaciel rodziny, człowiek powszechnie szanowany, podpora samotnej matki. I ten człowiek okrutnie zranił naszego pacjenta, wzbudzając w nim poczucie winy i wstydu. Pan Tomasz nie powiedział o tym ni...
Dołącz do 50 000+ czytelników, którzy dbają o swoje zdrowie psychiczne
Otrzymuj co miesiąc sprawdzone narzędzia psychologiczne od ekspertów-praktyków. Buduj odporność psychiczną, lepsze relacje i poczucie spełnienia.