Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia

1 października 2019

NR 10 (Październik 2019)

Z ojca na syna

46

W pewnym momencie powiedziałem sobie: „Taki jest ten gość, tak mnie ukształtował, w sumie nie mam żalu, zamykamy to”. Przeszliśmy na inny rodzaj komunikacji. Ja dzieliłem się z ojcem moimi rozterkami, on opowiadał o swoich.

MAGDA BRZEZIŃSKA: Pana najnowszy film „Mowa ptaków” to realizacja ostatniego scenariusza Pana ojca. W jednym z wywiadów wspomniał Pan, że Andrzej Żuławski niedługo przed śmiercią wręczył Panu skrypt, mówiąc: „Masz i zrób z tym, co chcesz, albo nie rób nic”. To taki uwalniający przekaz, komunikat od ojca dla syna...

XAWERY ŻUŁAWSKI: O tak! Ja miałem to szczęście, że taki komunikat – nie tylko dotyczący tego scenariusza, ale też metaforycznie, odnośnie pomysłów na swoje życie – od ojca dostałem. On wcale nie marzył o tym, żebym był taki jak on, robił to, co on, żebym został reżyserem. Dla ojca było raczej niepokojące to, że chciałem podążać jego drogą zawodową. Podjąłem tę decyzję jako bardzo młody człowiek. Dzisiaj już rozumiem, dlaczego on nie marzył o takiej drodze dla mnie. Wiedział, że będzie trudna, bo będę musiał wydostać się z jego artystycznego cienia, że będę musiał zabić mistrza, tę postać ojca-reżysera, żeby się z nim nie porównywać. Na szczęście była też mama, zakorzeniona w zen – dzięki niej dowiedziałem się, jak się z mistrzami obchodzić. Nauczyła mnie pewnego rodzaju niewzruszoności wobec mistrzów, pokazała, że można iść własną drogą, robić własne rzeczy – bez paraliżującego lęku przed mistrzami. 

Oczywiście jest ta nuta genetyczna, czuję, że mnie i ojca łączy pewien gust, temperament, ale czerpię też z tego, co dostałem od mamy. Podobnie jak czerpał mój ojciec, pisząc „Mowę ptaków”. Pracując z tym scenariuszem, chyba lepiej zrozumiałem, jak tworzył mój ojciec, jak kreował postaci, które są u niego takimi mirażami archetypów.
 
Praca nad tym filmem pomogła Panu lepiej zrozumieć relację z ojcem?

Jeśli o to chodzi, to myśmy sobie poukładali nasze relacje dobrych dziesięć lat temu. Od dawna byliśmy dla siebie partnerami, chociaż nasza rozmowa była jednostronna, bo ojciec miał zawsze ostatnie zdanie.

Wnioski zawsze należały do niego. No ale przecież po to się gada z ojcem, prawda?
 
Ale to było gadanie czy słuchanie wykładu?

To nigdy nie były wykłady, o nie! To było słuchanie ciekawych opowieści, trafnie dobranych do sytuacji, przedmiotu rozmowy. Oczywiście taki rodzaj relacji pojawił się między nami dopiero wtedy, gdy już porzuciliśmy te wszystkie trudne dla ojca tematy związane z jego rolami rodzicielsko-małżeńskimi. Gdy przestaliśmy mielić te sprawy po raz kolejny, a ja w pewnym momencie powiedziałem sobie: „No dobra, dosyć tego! Taki jest ten gość, tak mnie ukształtował, w sumie nie mam żalu żadnego, zamykamy to”. Wtedy przeszliśmy na inny rodzaj komunikacji. Owszem, czasem rozmawialiśmy też o tych kwestiach prywatnych, intymnych, ale to już nie było rozliczanie kogokolwiek z czegokolwiek. To już było zwykłe dzielenie się – ja mogłem podzielić się z ojcem moimi rozterkami wewnętrznymi, on mógł opowiedzieć mi o swoich.
 
Realizując filmowy scenariusz ojca, nie miał Pan takich rozterek, myśli: jak to zrobić, żeby ojciec był zadowolony, gdyby żył?

Owszem, miałem, dlatego zaprosiłem do współpracy świetnego operatora i wieloletniego współpracownika ojca, Andrzeja Jaroszewicza. Na początku pracy nad filmem biłem się z takimi myślami: co ojciec by powiedział, jak on by tę czy inną scenę widział... Ale pod koniec realizacji miałem już poczucie, że to jest mój film. Przejąłem ster, poczułem moc decyzyjną – owszem, ojciec jest scenarzystą, to jest jego scenariusz, ale za film nigdy nie odpowiada scenarzysta, tylko reżyser. 

Zresztą, ja sam poddałem się wolności, nie myślałem za bardzo do przodu, jak zrobić daną scenę. Nie próbowałem być demiurgiem, pragnącym ogarnąć i zamknąć w jednym kwadracie rzeczywistość, której się nie da ogarnąć. Raczej szedłem za chwilą, za aktorami, i wtedy wyłaniało się coś niespodziewanego. Nie mieliłem w sobie głębokich interpretacji, chciałem, żeby widz sam wyciągnął wnioski. Choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że jakieś znaczenie dla interpretacji ma fakt, że tu syn robi ojcowiznę, realizuje scenariusz napisany przez ojca...

No właśnie, ojcowizna. Wydaje mi się, że w „Mowie ptaków” opowiada Pan o Polsce przez pryzmat relacji ojców z synami. Jeden z Pana bohaterów mówi: „Mój ojciec jest ogrem, żyje w innej bajce, okrutnej, bo dziecinnej. A ja jestem niezdolny”. Inny stwierdza: „Ja piję tak, jak ojciec milczy – przeciwko”. Przewijają się ojcowie upijający się, milczący, nieobecni emocjonalnie, kastrowani przez swoje matki, a potem żony. Ich synowie odreagowują agresją ten brak dostępnego, wspierającego, autonomicznego ojca. Agresją na ulicy, na stadionach, wobec nauczyciela, Żyda, geja...

To prawda, są tam mocne dialogi, czy właściwie monologi ojców i synów. Pokazaliśmy kilka figur ojcowskich. Jest ojciec, były generał milicji, który prawdopodobnie wydał rozkaz, by strzelać do robotników. Jest ojciec artysta, milczący. Jest ojciec „bogaty z domu”, zajęty robieniem pieniędzy. Jest w końcu mężczyzna, grany przez Borysa Szyca, który za chwilę będzie ojcem, ale on ucieka z domu do biura jeszcze przed rozwiązaniem.

Dla mnie najważniejsze tutaj są dwie postaci ojców – ojciec milicjant i ojciec reżyser. Intuicja podpowiada mi, że gdzieś tutaj, w tych dwóch postaciach tkwi źródło narodzin tej całej „ideologii”, która przyświeca polskiej młodzieży faszyzującej czy, jak niektórzy mówią, „patriotyzującej”. Czyli z jednej strony wyparcie wstydliwej przeszłości ojca, a z drugiej manipulacyjna edukacja, co pokazuje „Mowa ptaków”. 

Gdy młodzi ludzie, opuszczeni emocjonalnie przez rodziców, słyszą, że „Polska jest w zagrożeniu”, to oni w to całym sercem uwierzą. Jak im się powie: „a wcześniej to tamci nas bili, grabili, znieważali, a my to zawsze jesteśmy jak te owce napadani, nigdy sami wilkami nie byliśmy”, no to się taka wizja ugruntuje w tych młodych umysłach i duszach. A politycy to chętnie wykorzystują do swoich wyborczych celów.
 
Wykorzystują młodzieńczą potrzebę bycia patriotą, a przynajmniej poczucia, że się nim jest?

Ale jakim „patriotą”? Jak widzę te „patriotyczne” aktywności młodych ludzi, nie tylko młodych zresztą, to wydaje mi się, że to jest jakaś karykatura patriotyzmu, wykoślawienie jego sensu. Patriotyzm to jest otwartość, wspólnota, tolerancja, szacunek dla różnorodności, świadomość historii i jej konsekwencji, niesienie świadectwa. Świadectwem Polski powinno być: NIE wojnie, NIE systemom totalitarnym, NIE komunizmowi. A my co widzimy, jakie hasła, w tych quasi-patriotycznych po...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy