Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

1 sierpnia 2016

Update duszy, czyli ramadan w Maroku

0 262

Trwa ramadan, święty miesiąc muzułmanów. To czas, kiedy śniadanie je się o zachodzie słońca, a każda noc jest małym świętem. Czas oczyszczenia ciała, umysłu i duszy. Czas, kiedy Bóg daje nam szansę, byśmy stali się lepszymi ludźmi.

Jeśli jesteś turystą i chciałbyś w spokoju zwiedzać teraz Maroko – nie licz na to. Będziesz jedną z niewielu osób, które wykonują jakikolwiek ruch. Po co tak łazisz, skoro sklepy zamknięte, a bezlitosny żar leje się z nieba? Jeśli na szyi dynda ci aparat, a w ręku niesiesz butelkę wody, będziesz bacznie obserwowany. Nie, nic ci nie grozi, po prostu wyglądasz dziwnie. Zachowałbyś się sensowniej, gdybyś spędził dzień, siedząc w kucki w cieniu pod murem i przesuwając się co parę godzin o kilka centymetrów – tak by nie dosięgało cię słońce. Mógłbyś też zajść do kawiarni, gdzie przy pustych stolikach siedzą już mężczyźni, bębniąc palcami o blat. Nic nie zamawiają. Kelnerzy drzemią oparci o bar. Niech cię nie zwiedzie widok sprzedawcy soku. To, że jest, nie znaczy, że wyciśnie choć jedną pomarańczę. Będzie raczej odpoczywał z twarzą zasłoniętą wilgotną chustą. Możesz się zastana- wiać, jakim cudem gospodarka nie upada w kraju, w którym nikt nie pracuje, a autobusy międzymiastowe zatrzymują się przy przydrożnych knajpkach na pół godziny, gdy nadchodzi pora śniadania. I ja przez chwilę nad tym myślałam, ale na darmo... Termin podróży wybrałam w pełni świadomie, mimo to nie posiadałam się ze zdumienia. Chciałam jak najszybciej uciec z wielkiego miasta. Czekałam na tyłach dworca autobusowego w Marakeszu, aż zbierze się komplet chętnych na grand taxi do Ouarzazate. Czułam, jak cudownie zimna jest butelka wody w torbie na moich kolanach. Ale przecież nie wyjmę jej ot tak i nie napiję się. Miałam dość czasu, by zauważyć, że w lipcowym upale faktycznie nikt nic nie pije, nikt nie pali oraz że głodni ludzie nie panują nad nerwami: taksówkarze zdążyli pokłócić się trzy razy, prawie doszło do rękoczynów.

Post w 50 stopniach
„Kiedy zaczyna się miesiąc ramadan, otwierają się wrota Niebios i zamykają bramy piekielne, a szatan jest skuty łańcuchami.” (Abu Huraira, Sahih Bukhari)
Trwa ramadan, święty miesiąc, w którym anioł Gibril zapisał w sercu Muhammada Słowo Boże; w którym grzechy zostają wymazane, a w autobusach przez bite pięć godzin trzeba słuchać recytacji Koranu. To najważniejszy czas w islamie, jeden z pięciu filarów wiary. Czas, kiedy śniadanie je się o zachodzie słońca, a każda noc jest małym świętem. Jak to możliwe – zastanawiałam się, przybywszy z kraju, w którym post to ryba zamiast mięsa – że ci ludzie naprawdę poszczą?

Fued, znajomy lekarz pracujący z dziećmi, oprowadzał mnie po szpitalu w Errachidii. Przeciskaliśmy się przez zatłoczone korytarze, między siedzącymi i leżącymi na podłodze chorymi; wśród płaczących niemowląt i chudych starców. Unikałam ich natarczywych spojrzeń. Odwracałam wzrok. Oni patrzyli. Patrzyli tak długo, że zaczęłam czuć się niezręcznie.

– Widzisz, jacy biedni są tutaj ludzie – powiedział Fued, kiedy opuściliśmy budynek. – Chcę im pomóc. Dlatego dobrze, że jest ramadan. Mogę choć na chwilę wejść w ich skórę.

POLECAMY

Piękna idea, myślę. Jednak mój wąski europejski umysł nie może się nadziwić, że nawet opłukując spieczoną twarz wodą, nie napiją się ukradkiem. Tylko trochę, przecież nikt nie patrzy.

Jeśli nie wytrwasz, odpuścisz, będziesz zgubiony. Chyba że podróżujesz, jesteś kobietą w ciąży lub akurat masz okres – wówczas możesz przerwać post. Albo jeśli silne pragnienie pozbawia cię wzroku, a przed oczami czerń miesza się z bielą. – Wtedy możesz się napić, ale jedynie tyle, by nie umrzeć – zaznacza Ahmed. Ma dwadzieścia pięć lat, jako nastolatek wraz z rodziną porzucił życie nomady, by zamieszkać w saharyjskiej wiosce. Sprzedali zwierzęta, wybudowali dom, z którego okien widać wydmy. Zostały im jedynie dwa wielbłądy; wożą turystów na pustynię i z powrotem. Choć zwykle Hassi Labied jest dość często odwiedzane, teraz niewiele się tu dzieje. Ahmed przyznaje, że jest ciężko. Temperatura w ciągu dnia dochodzi tu do 50 stopni Celsjusza, woda w kranie jest gorąca od słońca. – Cały dzień śpimy – śmieje się, wskazując głową chłodny korytarz, jedyne przewiewne miejsce, w którym jego matka przeciąga się na podłodze po niemal dwudziestogodzinnym śnie.

Kuli, kuli
Tu, w głębi kraju, ramadan obchodzą prawie wszyscy. Nieliczni buntownicy, jak dwudziestojednoletni Zakarija, Zack, chowają się po domach, i to nie tylko z szacunku dla tradycji. Gdyby przyłapano ich na złamaniu postu, mogliby dostać karę do trzech miesięcy więzienia. Nie mówiąc o przykrych komentarzach, wypowiadanych odpowiednio głośno pod ich adresem.

Zack najbardziej bał się rodziny. Nic dziwnego, małe mieszkanie jest okupowane przez kilkanaście osób. Dom wiecznie otwartych drzwi, zwłaszcza dla dzieci, które lubią zawsze wszystkim towarzy- szyć lub po prostu stać w progu pokoju i patrzeć. – Dlaczego nie obchodzisz ramadanu? – zagaduję, gdy palimy papierosy, schowani w krzakach jak licealiści. – Nie jestem muzułmaninem – mówi i rzuca niedopałek. Czułam, że pytanie „A twoja rodzina o tym wie?” byłoby retoryczne.

Nikt nie oczekiwał, że będę pościć. Mama Zacka, martwiąc się, że jestem głodna, ciągle mi coś przynosiła: arbuza, brzoskwinie, ciastka.
– Kuli, kuli, jedz – mówiła.

Wszyscy patrzyli, jak ze smakiem rozgryzam owoce, a ja z każdym kęsem czułam się coraz gorzej. Jakoś tak nieodpowiednio. Kiedy jednak zjedzone ukradkiem na dachu sardynki przyprawiły mnie o ciężkie poczucie winy i prawie stanęły w gardle, postanowiłam więcej się nie ukrywać. Od tego dnia, mimo głodu i pragnienia, upierałam się, że chcę pościć, a Marokańczycy z zachwytem wznosili ręce w górę i wykrzykiwali, że pójdę do nieba.

Wieczorny zgiełk
Po południu nagle okazuje się, że w umarłym za dnia mieście mieszkają jednak ludzie; jakby wyłonili się spod powierzchni ziemi. Biegną teraz na targ po wielkie arbuzy, mleko w butelkach, mięso, warzywa. Przebierają w brzoskwiniach, figach i daktylach, odganiając wygłodniałe pszczoły. Stopy w biegu gubią klapki, chlupią kilkulitrowe baniaki z wodą. Każdy się śpieszy, lecz gdy usiądzie do rodzinnego stołu, będzie jadł w ciszy i spokoju, powoli sięgając po herbatę, sok, ciastko. W skupieniu będzie przełykał kęs po kęsie, jakby wcale nie był głodny.

Mówią, że prorok Muhammad każdego wieczora łamał post daktylem i szklanką mleka. Dopiero po tym zasiadał do posiłku. Na każdym stole są zatem daktyle. I zupa harira – najważniejsze danie ramadanowego śniadania. Na południu kraju przypomina wodniste ciasto, jest biała i bez smaku, z pojedynczymi ziarnkami cieciorki. Im dalej na północ, tym jest lepsza: z kolendrą, jajkiem, fasolą, zawsze pokryta gęstym kożuchem, który i tak trzeba zjeść, przełknąć i mówić, że pyszne. Do tego ciastka, słodkie i tłuste, jak obtoczone w oleju i miodzie faworki. Naleśniki polane ma- słem. Słodka herbata, zwana dumnie marokańską whisky. I khubz, chleb, pierwsze słowo, jakiego się nauczyłam zaraz po shokran (dziękuję).

Czuję, że tyję od samego patrzenia, ale odga- niam myśl, że dzienna dawka cukru nie powinna przekraczać trzech łyżeczek. Nie zawracam sobie głowy zachodnimi mądrościami, tylko jem pod czujnym okiem gospodyni. Muzułmanie powinni we wszystkim naśladować proroka. A on musiał wiedzieć, co robi.

Między człowiekiem a Bogiem
„Czy ty nie widzisz, że Bogu wybijają pokłony ci, którzy są w niebiosach, i ci, którzy są na ziemi, i słońce, i księżyc, i gwiazdy, góry, drzewa i zwierzęta, i wielu spośród ludzi?” (Koran, 22:18)

Rach...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy