Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia

7 kwietnia 2019

NR 4 (Kwiecień 2019)

Rok Marka Edelmana

143

W pamięci jaśnieją ognie niegasnące. Spotkania z ich nosicielami trwale naznaczyły niejedno życie, które od tego momentu upływa inaczej. Chcemy, by tak było. Ja chcę. Dlatego uczestniczę w Roku Marka Edelmana.

Niewielki, ciemnawy kościółek, gdzieś blisko Wisły. Znajduję miejsce na szerokiej, szorstkiej ławie. Dalej ciasnym szeregiem zasiadają ludzie – wiem, kim są i liczę na nich, troszcząc się o przyszłość. Jakby naprawdę łączyła nas nierozerwalna więź zaufania, milczącej bliskości. Chyba już nigdy później tak mocno tego nie doznam. Ktoś mi szepce: „Tam pod oknem to Marek Edelman”. Jako niedawno przybyła z Krakowa jeszcze go nie spotkałam. Zapamiętuję jego postać, chociaż nie wiem, co nas tam wtedy zgromadziło.

POLECAMY

Chcąc godnie uczcić Rok Marka Edelmana, trzeba odnajdywać jego postać w książkach. I koniecznie oddać głos Annie Bikont i jej wspomnieniu o umierającej Gai, żonie Jacka Kuronia, którą tak skutecznie wspierał doktor Marek. W wielu krytycznych momentach Gaja miała przy sobie tylko Doktora, Jacek był w więzieniu. Mam swoje doświadczenia z nowohuckiego szpitala, z działań hospicyjnych; domyślam się, jak dr Edelman towarzyszył Gai, pozbawionej bliskiej obecności Jacka. Z książki Anny Bikont i Heleny Łuczywo dowiemy się, kim był człowiek, któremu postanowiliśmy poświęcić ten rok wspominania.

Wspominać należy, trzeba. Ale warto, by ten rok dał coś jeszcze: ożywienie praktyki towarzyszenia umierającym – śladem mistrza tej sztuki. Myślę, że dr Edelman dlatego był tak wyjątkowym lekarzem, że znalazł w sobie wyjątkowy kapitał niezachwianej odwagi. Dzięki niej mógł być wolny od szukania alibi...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy