Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

4 lipca 2016

Przepadło, przepadło, a ja idę dalej

19

Niepełnosprawność nie jest dla mnie stanem świadomości, lecz kontekstem, w którym żyję. Wypadek nauczył mnie, że nie mam kontroli nad tym, co mi się przytrafia, co robią inni ludzie, ale mam kontrolę nad tym, jak na to zareaguję - opowiada MARK HUNTER, pięciokrotny mistrz przemówień publicznych w Australii i mistrz świata przemówień publicznych z 2009 roku.


BARTOSZ BINCZEWSKI: – Miałeś 24 lata, gdy uległeś wypadkowi na nartach wodnych. Od tego czasu poruszasz się na wózku inwalidzkim. Jak radziłeś sobie z trudnymi emocjami po wypadku?

MARK HUNTER: – No cóż... Nie mnie pierwszego spotkało nieszczęście, i nie ostatniego. Każdy z nas zmaga się z przeciwnościami losu w różnych okresach życia. Małymi, dużymi, traumatycznymi. Każdy z nas ma osobisty, indywidualny sposób radzenia sobie z nieszczęściami i problemami, które się z nimi wiążą. To samo nieszczęśliwe zdarzenie może różnie wpłynąć na życie poszczególnych osób, bo każda z nich inaczej radzi sobie z trudnymi sytuacjami. Różnimy się nie tylko IQ czy EQ [inteligencją emocjonalną – red.], ale również tym, co zostało nazwane AQ – Adversity Quotient, czyli poziomem umiejętności radzenia sobie z przeciwnościami losu i maksymalizowania tego, co nieszczęście może nam dać.
Kiedy wracam myślami do wypadku, do tego, co czułem i jak się zachowywałem, to przypominam sobie pewne moje reakcje. Przede wszystkim nie obwiniałem wszystkich wokół za to, co mi się przytrafiło. To pozwoliło mi zaakceptować wypadek i jego następstwa. Dzięki temu nie wyparłem tego zdarzenia, nie zaprzeczyłem, że to mnie przytrafiło się nieszczęście. Kiedy byłem w szpitalu, widziałem ludzi, którzy poświęcają bardzo dużo energii, by wyprzeć wszystko, co wiąże się z nieszczęściem, które ich spotkało. W efekcie było im trudno wyzdrowieć i wziąć życie w swoje ręce... Myślę, że pierwszym krokiem w kierunku przezwyciężenia znaczącego nieszczęścia jest zaakceptowanie tego, co się stało, bez obwiniania innych.

To mądry postulat z perspektywy człowieka dojrzałego, sześćdziesięciolatka, ale dwudziestoparolatkowi chyba trudno ot tak, po prostu zaakceptować, że już nigdy nie będzie chodził i że nikt temu nie jest winien...

– W moim przypadku taka postawa nie była wynikiem przemyśleń, jakiejś mądrości życiowej czy doświadczenia. Jednak nieświadomie, intuicyjnie czułem, że tak właśnie trzeba postępować. Nie poddawałem tego żadnej analizie, nie myślałem: jeśli zacznę obwiniać kierowcę motorówki, do której byłem podpięty, czy właściciela wypożyczalni nart wodnych, które miałem na nogach, narzeczoną, przyjaciela, to wpadnę w jeszcze większy dołek. Po prostu czułem, że muszę to wszystko zaakceptować i żyć dalej.

W jaki sposób układałeś sobie życie po wypadku?
– Rok przed wypadkiem zacząłem uczyć w szkole podstawowej. Po wypadku spędziłem jedenaście miesięcy w szpitalu, potem musiałem poddać się długiej i wyczerpującej rehabilitacji. Przez cały ten czas miałem w głowie tylko jedno – chciałem jak najszybciej wrócić do uczenia. Byłem tak zdeterminowany, że nic nie mogło stanąć na drodze do tego celu. Nawet kiedy urzędnicy Departamentu Edukacji w Queensland stwierdzili, że człowiek na wózku inwalidzkim nie może uczyć dzieci w podstawówce. Jednak nie mogli mnie powstrzymać…

Dopiąłeś swego i byłeś pierwszym nauczycielem na wózku.
– Tak, ale nie było to łatwe. Najpierw musiałem zmierzyć się z ignorancją urzędników, którzy próbowali odmówić mi prawa do wykonywania zawodu tylko dlatego, że nie potrafili spojrzeć poza moją niepełnosprawność. Jeszcze w trakcie rehabilitacji, podczas pobytu w szpitalach, wykształciłem w sobie taki sposób myślenia, że nic i nikt nie może stanąć mi na drodze. Uparłem się, że będę znowu uczył i udało się! Niektóre dzieci uważały, że wózek inwalidzki daje mi przewagę, ponieważ nie mogły usłyszeć moich kroków. Odgłos opon trudno usłyszeć. Dzięki temu mogłem się pojawić bezszelestnie i przyłapać je na gorącym
uczynku.

A co z relacjami z innymi ludźmi?
– Gdy zmagamy się z przeciwnościami losu, czasami nasze relacje pogłębiają się, ale bywa i tak, że nie wytrzymują próby. Dzieje się tak, ponieważ osoba, która doświadcza nieszczęścia, wybiera się w pewną emocjonalno-duchową podróż, ale jej partner lub partnerka jest nadal w tym samym miejscu, co prowadzi do napięć w związku.
Przed wypadkiem byłem zaręczony. Moja narzeczona okazała mi dużo dobroci i wsparcia, ale nie mogła wybrać się ze mną w „podróż”. Odeszła z moim najlepszym przyjacielem. Nie tylko moja relacja ucierpiała – podobne sytuacje widziałem u wielu innych pacjentów w ośrodku rehabilitacji, do którego trafiłem. Powiedziałem sobie wtedy tak: nie mam kontroli nad tym, co zrobiła moja narzeczona i mój najlepszy przyjaciel, ale mam kontrolę nad tym, jak zareaguję na ich odejście.

Podzieliłeś sytuacje na takie, które możesz kontrolować i takie, na które nie masz wpływu? Ta strategia wydaje się bardzo prosta...

– I jest prosta, choć jej zastosowanie nie jest łatwe. Niektórzy tracą czas, próbując kontrolować rzeczy, nad którymi nie mają kontroli. Ja po wypadku podświadomie wyznaczyłem w swoim życiu dwie strefy – to, na co nie mam wpływu, i to, co mogę kontrolować.

Jak żyć ze świadomością swojej niepełnosprawności?
– Niepełnosprawność nie jest dla mnie stanem świadomości, lecz kontekstem, w którym żyję. Nie myślę o sobie jako o osobie niesprawnej. Gdyby tak było, nie podróżowałbym po świecie, nie przyleciałbym do Poznania. Zdarzają się jednak sytuacje, które mogą wzmocnić ten kontekst niepełnosprawności, jak np. przesiadka na dworcu w Warszawie. Aby dostać się do przedziału, musiałem czołgać się po ziemi, bo pociąg nie miał specjalnej platformy dla wózka inwalidzkiego. W takich chwilach niepełnosprawność utrudnia mi życie, na szczęście takie sytuacje zdarzają się rzadko.

Jak budowałeś w sobie optymizm, wiarę, poczucie ...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy