Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

24 listopada 2015

Pożyć tak, jak żyją tambylcy

108

Etiopia nauczyła mnie kilku rzeczy. Na przykład: nie trzymaj się kurczowo własnych planów. Jeśli autobus spóźnia się trzy dni, nie złość się, tylko po prostu bądź tam, dokąd przyjechałeś.

Pierwsze podróże kołaczą się gdzieś pod czaszką: chlupoce w głowie jakaś Ustka albo inna Łeba, kurzem pachnie wypchany żubr w Białowieży, a morelami dom prababci na warszawskich Bielanach. A jeszcze „spodki” w Białymstoku i ponure Malbork z Wawelem. Odnoszę wrażenie, że to nie ja podróżowałem, ale mną podróżowano. Albo inaczej: rodzice mnie podróżowali z podlaskiej wsi, gdzie mieszkałem, do tych – teraz zamglonych niepamięcią – miejsc.

POLECAMY

Nieochotniczy hufiec pracy

Pierwszy wyjazd świadomie przeze mnie sprowokowany to obóz w podlaskich Borkach. Należałem do zuchów i chciałem czegoś więcej niż nietwarzowych ubrań ze Składnicy Harcerskiej i finki. Finka zresztą bardzo mnie rozczarowała, ponieważ nie była małą zagraniczną Finką, ale polskim nożem, o czym nie zostałem uprzedzony. Nie zostałem również uprzedzony, że trzeba będzie spać w namiotach wojskowych na pryczach z czasów wojny wietnamskiej, że trzeba będzie samemu prać ubranie i obierać kartofle, a wszystko to pod srogim okiem naszych katów-drużynowych. Mój pierwszy obrany w życiu ziemniak był sześcianem z dziurą po zgniliźnie. Po takim doświadczeniu w nieochotniczym hufcu pracy przeszła mi na jakiś czas ochota na wyjazdy do miejsc nieznanych.

Ze szczerbatym aniołem

Pierwszą daleką podróż odbyłem z grupą uczniów z mojej szkoły. Do wyjazdu przekonała mnie wizja lotu, znacznie silniejsza niż wspomnienie o obozie w Borkach. Nigdy wcześniej nie leciałem samolotem, jeśli oczywiście nie liczyć dziesięciominutowej podróży dwupłatowym Anem-2 na pikniku lotniczym. Później dowiedziałem się, że głównym wrogiem tego samolotu nie była korozja czy awarie, ale owady. Otóż samolot w istotnej części był jadalny i używały sobie na nim różne korniki i mole. Najpyszniejsze były ponoć skrzydła. A zatem samolotem, ale metalowym i jednopłatowym, do Armenii tuż po wielkim trzęsieniu ziemi w 1988 roku.
To była najdziwniejsza i najbardziej surrealistyczna wycieczka, jaką zdarzyło mi się przedsięwziąć i przeżyć. W samolocie podczas lotu zepsuł się jeden silnik (z czterech), a na ziemi wszystko było inne. Chleb płaski jak naleśnik i nazywał się lawasz. Gołąbki zawinięte w liście winogron i nazywały się dolma. Ciasto było ciężkie jak ołów i nazywało się paklawa. Pomarańczowe owoce nie były pomarańczami ani dyniami i nazywały się szaron. Alfabet nie przypominał ani łacińskiego, ani cyrylicy. Kościoły niby były cerkwiami, choć Ormianie twierdzili, że cerkwi u nich ze świecą szukać. Limuzyna o wodnistej nazwie „Wołga” okazywała się bardzo dzielnym samochodem terenowym. Rosjanie okazywali się złymi ludźmi, a Polacy dobrymi (właśnie zrobiliśmy to, co wychodzi nam najlepiej, czyli demontaż – zdemontowaliśmy u siebie komunizm). Znowu spaliśmy na kupie – z dziesięć osób na materacach rozłożonych na podłodze – obok siebie, ramię w ramię, z latarkami przy poduszkach, ponieważ dostawy prądu nie należały do regularnych, za to potrzeba nocnej wizyty w toalecie – tak. Poza dogłębnym doświadczeniem inności w głowie pozostał mi jeden obraz: blokowisko szare jak ówcześnie w Polsce i przecięte wpół jak arbuz. Przypominało to dioramę albo kadry z filmów Wesa Andersona. Po zawaleniu się zewnętrznej ściany, budynek odsłonił swoje trzewia: dziesiątki pomieszczeń, kuchnie i łazienki, pokoje i sypialnie, a wszystkie niewyobrażalnie kolorowe. Dywany na ścianach i podłogach, obrazy, multum poduszek i poduszeczek, no i – to wtedy robiło wrażenie na przybyszu z Polski – wielkie zachodnie telewizory i magnetowidy w prawie każdym mieszkaniu. Starałem się odgadnąć, co oglądają moi nieznajomi: „Rocky’ego”, a może „Nico – ponad prawem” albo „Dirty dancing”? Prawdopodobnie wtedy uświadomiłem sobie, że życie ludzkie jest równocześnie kruche i mocne jak stal. Taka nieusuwalna dysocjacja, chociaż tego słowa oczywiście nie znałem.
Dostałem, jak każdy w naszej grupie, swojego anioła stróża. Mój – imienia nie pamiętam – miał coś pod trzydziestkę, ubytki w uzębieniu, permanentnie dobry humor i karabin. „Karabinem zabiję Rosjan, gdy przyjdą” – mówił, prezentując wspomniane braki w uzębieniu. Mój anioł stróż był serdeczny i lubił się przechwalać. Chodził dla mnie na rękach i napinał mięśnie. Pokazywał tatuaże. Pamiętam, że granatowa i piersiasta kobieta z ramienia po napięciu mięśni komicznie tyła, niby w krzywym zwierciadle, a jej biust z pionowo zorientowanego przeorientowywał się na poziomy.

W sześciopalczastej dłoni

Anioł stróż z karabinem towarzyszył mi również w drugiej dalekiej podróży, do Etiopii. Oczywiście wcześniej jeździłem do jakiegoś Budapesztu czy innego Berlina, które to miasta z racji usytuowania mego rodzinnego miasta (Białystok) leżały znacznie bliżej niż na przykład Szczecin. W tamtych czasach (a i obecnie także) Białystok najlepiej był skomunikowany z samym sobą, a najdalej leżały właśnie miasta typu Szczecin, znacznie odleglejsze niż Budapeszt czy Berlin, do których docierało się krótkim rejsem z Warszawy. Etiopia stała się moją miłością już na studiach, dlatego też postanowiłem skonfrontować wiedzę nabytą z rzeczywistością i podczas tej konfrontacji dostałem drugiego anioła stróża z kałasznikowem. A było to tak, że postanowiłem wejść na najwyższą górę Rogu Afryki, Ras Daszan w górach Semien. Himalaje to nie były, wygasły wulkan wz...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy