Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia

4 lutego 2020

NR 2 (Luty 2020)

Po co pieszo?

48

Siedem tysięcy kilometrów pokonanych pieszo przez cały Meksyk i USA aż do Kanady uświadomiło mi, jak świetnym lekarstwem na bolączki dzisiejszego świata jest chodzenie.

Arek przyszedł pieszo z Panamy. Poznaliśmy się w Meksyku. Zakochaliśmy się i postanowiliśmy pójść dalej razem. Maszerowaliśmy z południa na północ, do Kanady. Z początku codziennie pokonywaliśmy 20 kilometrów, z czasem podwoiliśmy ten dzienny plan. Szliśmy szosami od rana do późnego popołudnia, z przerwą w godzinach największych upałów. Pchaliśmy wózek dziecięcy. Wieźliśmy w nim dosłownie wszystko, co mieliśmy – namiot, śpiwory, jedzenie, wodę, trochę ubrań… 

Ludzie, których spotykaliśmy w tej podróży, zadawali nam te same pytania. Ale kiedy zasiedzieliśmy się na schodku przed sklepem w jakiejś małej miejscowości, do której nikt nie zajeżdża, rozmowa schodziła na inne tory, na głębsze tematy. 

Te przypadkowe spotkania i rozmowy tworzyły inny wymiar naszej wędrówki. W cieniu przystanku autobusowego na pustyni, w lokalnej jadłodajni, pod płotem małego gospodarstwa – wszędzie tam rozmawialiśmy o tym, co w tej podróży okazało się najważniejsze i czego nauczyła nas droga.

Nie było wam ciężko na początku?

– pyta señora Flores, sprzedawczyni w sklepiku w pierwszej miejscowości, do której dotarliśmy po przekroczeniu stanu Puebla. Ona sama opowiada o swojej pielgrzymce do Matki Bożej z Juquili. Przez tydzień nie mogła się ruszać, bo takie miała odciski po pielgrzymce.

Tak, było ciężko. Wstałam od komputera i ruszyłam, bez żadnego przygotowania, treningu. Pierwsze trzysta kilometrów szliśmy przez góry w stanie Oaxaca. W ciągu jednego dnia wznosiliśmy się o 800 metrów, by następnego dnia zejść na poziom niższy o 800 metrów. Wchodziliśmy na szczyty, by zaraz zejść w doliny. To był najtrudniejszy etap w całej wędrówce. Dla mnie to była podróż nie tylko w przestrzeni, ale także w głąb siebie, do granic własnej wytrzymałości.

„Góry to zamienione w skały wykrywacze kłamstw, pozwalające człowiekowi poznać samego siebie, a także innych” – powiedział kiedyś niemiecki wspinacz Stefan Glowacz. Idąc przez góry Oaxaki, każdego dnia poznawałam siebie lepiej i odkrywałam, że siła wcale nie mieszka w ciele, ale w psychice. I choć ta wyprawa pozostawiła na moich stopach pełny pakiet dolegliwości podologicznych, to uświadomiła mi też coś, z czego nie zdawałam sobie sprawy: że jestem naprawdę silną kobietą. 

Ale po co pieszo? Nie można normalnie?

– pyta Ángel, lokalny producent mezcalu, czyli alkoholu z agawy. Pyta Josefina, kobieta opiekująca się kościołem w San Gabriel Mixtepec, pod którego dachem rozbijamy się, gdy zbiera się na deszcz. Pyta Jesús, który zjeździł kawał świata.

Owszem – samochodem, autobusem, samolotem jest łatwiej i szybciej. Ale dlaczego miałoby być „normalniej”? Od kiedy „normalnym” sposobem poruszania się jest korzystanie z urządzeń mechanicznych, a nie z siły nóg? Przed przybyciem Hiszpanów po terenach tutejszego Meksyku poruszano się wyłącznie pieszo. Nie używano zwierząt pociągowych i pojazdów na kołach. Gdy Montezuma zażyczył sobie na obiad rybę, służba musiała pokonać pieszo kilkaset kilometrów na wybrzeże. Królestwa dzieliły setki kilometrów, a jednak ich władcy i mieszkańcy dysponowali świetną wymianą informacji, bez przeszkód rozwijał się handel, choć na ogół trzeba było wszędzie dojść, na własnych nogach.

Nasze myślenie o poruszaniu się uleg­ło diametralnej zmianie w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Meksykańscy czterdziestolatkowie pamiętają czasy, gdy do szkoły lub pracy musieli chodzić nawet godzinę w jedną stronę, ale nam się dziwią. Po co pieszo, skoro można samochodem? Po co sobie odmawiać dobrodziejstw techniki? Przecież to tak głupie i absurdalne, jak życie bez prądu, dostępu do wody czy Internetu…

Owszem, ale raz na jakiś czas dobrze jest pozbawić się tego wszystkiego i cofnąć się do korzeni, żeby zrozumieć naszych przodków, dotknąć sedna człowieczeństwa. Wreszcie – prozaicznie – żeby docenić to, co mamy na co dzień i uznajemy za pewnik. 

Nie robi wam się słabo, gdy pomyślicie, ile kilometrów jeszcze macie do przejścia?

– pyta María Fernanda, młoda nauczycielka z okolic miasta Toluca, tego dnia, kiedy po raz pierwszy pokonuję 40 km i wchodzę na moje pierwsze 3000 m n.p.m.

Zwariowalibyśmy, gdybyśmy codziennie myśleli o tym, że mamy do przejścia jeszcze 4000 km. Myślimy tylko o najbliższej górze, bo jakie znaczenie mają kolejne góry, jeśli nie pokonamy tej, którą mamy przed sobą? Kiedy idziemy, jest tylko tu i teraz, świat zamyka się do przestrzeni kilkuset metrów wokół. Naprawdę nie mają znaczenia ani polskie przepychanki polityczne, ani to, jakiej płci jest dziecko Lewandowskich, ani jaki celebryta zaprezentował się na ściance. 

Przed ruszeniem w drogę oboje byliśmy przeładowani informacjami. Czuliśmy się gorsi, jeśli nie byliśmy na bieżąco z tym, co dzieje się na świecie. Podczas wyprawy wreszcie odetchnęliśmy z ulgą. Nie wiedzieliśmy, kto kogo obraził na antenie, ale słońce dalej wschodziło i zachodziło, a my stawialiśmy krok za krokiem w drodze do Kanady.

Nie nudzi się wam, jak tak idziecie?

...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy