Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

2 listopada 2016

Kreolskie lekcje różnorodności

0 247

Na Reunionie, wyspie, której dwa najodleglejsze punkty dzieli tylko 70 kilometrów, żyją potomkowie przybyszów z Afryki, Europy i Azji.

Na Reunion wybrałam się na warsztaty z zarządzania różnorodnością kulturową. Decyzję o udziale w nich podjęłam spontanicznie – pewnego wiosennego dnia zadzwoniła do mnie przyjaciółka z Norwegii z wiadomością, że organizacja pozarządowa, w której działa, potrzebuje w trybie ekspresowym jeszcze jednego uczestnika bardzo egzotycznej delegacji. I tak zostałam włączona do norweskiej grupy, jednej z trzech – obok belgijskiej i francuskiej – które miały spotkać się na niewielkim i z geologicznej perspektywy bardzo młodym skrawku wulkanicznej ziemi, wystającym z Oceanu Indyjskiego 800 kilometrów na wschód od Madagaskaru.

Na lotnisku imienia Rolanda Garrosa, słynnego pilota pochodzącego z Reunionu, czekała na nas grupa francuska. Byli to młodzi ludzie o przeróżnych rysach i kolorach skóry: dwie dziewczyny z hinduskim bindi między brwiami, wysocy ciemnoskórzy chłopcy ze złotymi kolczykami w uszach, dziewczyna w delikatnym bladoróżowym hidżabie przykrywającym jej włosy; a wśród nich lider grupy – niski, niezwykle energiczny chłopak o dalekowschodnich rysach.

Reunion, choć geograficznie należy do Afryki, jest częścią Unii Europejskiej. Wyspa stanowi integralną część Republiki Francuskiej – jest jej regionem, tak jak Île-de-France czy Alzacja, zaś Francuzi mający brać udział w warsztatach byli reuniońskimi Kreolami. Co ciekawe, to Reunion był pierwszym miejscem, w którym weszła do obiegu waluta euro – dlaczego? Wystarczy spojrzeć na mapę świata i sprawdzić strefy czasowe.

POLECAMY

Tygiel kulturowy
Szybko zrozumiałam, dlaczego na miejsce warsztatów o różnorodności kulturowej wybrano Reunion. Na wyspie, której dwa najodleglejsze punkty dzieli tylko 70 kilometrów, żyją potomkowie przybyszów z Afryki, Europy i Azji (zarówno z tej „bliższej”, jak i z Dalekiego Wschodu), wyznawcy pięciu największych religii świata i ateiści, ludzie bardzo dbający o pielęgnowanie kultury swoich przodków oraz tacy, którzy świetnie się czują, czerpiąc z każdej kultury po trochu. Poznałam wiele osób, których przodkowie pochodzili z różnych miejsc i kultur. Z dumą opowiadano mi na przykład o czarnoskórym dziadku ze strony ojca, który poślubił babcię z Europy, czy o matce pochodzącej z tradycyjnej hinduskiej rodziny. Spotkałam ludzi o fascynujących rysach twarzy i kolorze skóry i wciąż bawiłam się w zgadywanie, kim byli ich przodkowie. Oczywiście mało kto w Polsce jest stuprocentowym Słowianinem, a w żyłach wielu płynie krew z odległych zakątków świata. Jednak na Reunionie za sprawą ostatnich kilku pokoleń doszło do wymiany genów z miejsc tak różnych, jak Madagaskar, Bretania czy Cejlon, co nie tylko dało bardzo charakterystyczny efekt wizualny, ale też wpłynęło na styl życia Kreolów.

O różnorodności kulturowej mówi się na wyspie często, a mieszkańcy są dumni, że ich wyspiarska ojczyzna przedstawiana jest jako prawdziwy tygiel kulturowy – w przeciwieństwie do USA, gdzie mimo mieszania się ludzi z przeróżnych zakątków świata dominuje kultura anglosaska. Choć na Reunionie nigdy nie doszło do konfliktu międzykulturowego na dużą skalę, relacje między ludźmi nie zawsze opierały się na zasadach równości, wolności i braterstwa. Początek zasiedlania wyspy związany był z bezwzględną dominacją jednej grupy ludzi. Mimo że miejsce to od średniowiecza znali arabscy podróżnicy, a wcześniej prawdopodobnie także starożytne cywilizacje austronezyjskie i Suahili, to pierwsi osadnicy trafili na wyspę za karę za sprawą francuskich żeglarzy. Kiedy w drodze z Królestwa Meriny (dzisiejszego Madagaskaru) do Indii Francuskich na statku wybuchł bunt, kapitan pozbył się dwunastu niepokornych marynarzy, wysadzając ich na bezludnej wyspie. Pozbawieni wody i pożywienia, mieli niechybnie zginąć. Gdy po kilku latach francuskie statki znów dobiły do brzegu, okazało się, że buntownicy żyją niemal jak w raju. Na wyspie nie brakowało wody pitnej ani pożywienia – wystarczyło przejść kilkadziesiąt metrów od brzegu, a deszczowy las, jeden z najbogatszych na świecie, uginał się od soczystych owoców – czarnych sapote, karamboli, jagód z drzewa czapetki kuminowej... Dżungla kryła też w swojej gęstej, wiecznie zielonej ściółce korzenie manioku, na których opierała się dieta przymusowych osadników. Mimo że pierwotnie gromadę ssaków reprezentowały na wyspie jedynie dwa gatunki nietoperzy, nie brakowało ptaków, na które polowali nowi mieszkańcy wyspy. Niestety, z tego powodu z trzydziestu endemicznych gatunków ptaków do dziś zachowało się jedynie dziewięć. Przybysze mogli bezkarnie polować, bo na wyspie nie występowały żadne zagrażające człowiekowi stworzenia. Nawet komary i muszki, choć kąśliwe, nie przenosiły charakterystycznych dla tropikalnego klimatu chorób. Jedyne zagrożenie wiązało się z obecnością rekinów-ludojadów, które do dziś odstraszają od wyspy potencjalnych turystów. Lecz osadnicy narażeni byli na kontakt z krwiożerczymi żarłaczami tępogłowymi i ich kuzynami spod znaku tygrysa jedynie podczas połowu ryb. Do orzeźwiających kąpieli wybierali raczej wartkie strumienie oraz koryta licznych wodospadów.

Maloya i moringue
Francuzi nie zastanawiali się długo – wzięli wyspę w posiadanie i założyli tam swoją kolonię pod nazwą Île Bourbon. Żyzne wulkaniczne gleby obiecywały urodzajność, a gorący klimat, łagodzony chłodnymi podmuchami znad oceanu, pozwalał na całoroczne zbiory. Do pracy na plantacjach – najpierw kawy, a potem trzciny cukrowej – sprowadzili z Madagaskaru i kontynentalnej Afryki tysiące niewolników. Malgasze i inni Afrykanie zostali zmuszeni nie tylko do ciężkiej pracy i życia w nieludzkich warunkach, ale też do porzucenia swojej kultury i przyjęcia chrztu. Mimo że oficjalnie każdy niewolnik był katolikiem, potajemnie pielęgnowali oni afrykańskie tradycje oraz rozwijali nowe. Jedną z nich był ponętny taniec, w którym porusza się biodrami w rytm muzyki maloya, granej na potężnych bębnach i grzechotkach z trzciny cukrowej. Taniec był oficjalnie zakazany przez kolonialne władze, za jego praktykowanie groziły surowe kary. Nie powstrzymało to jednak niewolników: w tropikalne noce ukrywali się wśród wysokich trzcin cukrowych, by tańczyć w świetle księżyca. Muzyka i taniec stały się jednym z symboli walki niewolników o wyzwolenie. Maloya miała tak silne polityczne konotacje z hasłami kreolskiej emancypacji, że była zakazana przez władze Republiki aż do lat 60. dwudziestego wieku.

Podobnie jak taniec i muzyka, niedozwolone były też bójki, za które karano niewolników śmiercią. Sposobem rozwiązywania sporów – a także formą rozrywki – stał się moringue. To taniec-walka mający swoje korzenie w tradycyjnej sztuce walki z Madagaskaru, prowadzony jednak w taki sposób, by „walczący” tancerze nie odnieśli żadnych obrażeń. Uczestnicy tanecznej walki najpierw wprowadzani byli w stan przypominający trans przez rytmiczne i złowieszcze uderzenia tam-tamów, by następnie przeprowadzić pełną akrobacji walkę. Zwycięzcą zostawał wykonawca najbardziej spektakularnych ciosów i uników. Moringue przypomina popularną dzisiaj capoeirę, którą również praktykowali niewolnicy, tyle że w Brazylii. Obecnie moringue uznawa...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy