Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia

1 października 2019

NR 10 (Październik 2019)

Dług?

Nie jesteśmy naszym rodzicom nic winni. Model relacji oparty na poczuciu winy i przekonaniu o konieczności spłacenia rodzicom długu tylko oddala ludzi od siebie.

ANDRZEJ LIPIŃSKI: Tytuł Pani książki – Dlaczego nic nie jesteśmy winni naszym rodzicom – brzmi prowokacyjnie. Wydaje się, że narusza podstawy naszej kultury, podważa naturalne prawo. 

POLECAMY

BARBARA BLEISCH: I tak, i nie. Z jednej strony rodzina, jak żadna inna forma relacji międzyludzkich, obarczona jest dziedzictwem przeróżnych konwencji. Niemiec­ki pisarz Peter Weiss, autor powieści Ucieczka z domu rodzinnego, nazywa rodziców „posągami w naszym życiowym portalu”. Choćbyśmy nie wiadomo jak bardzo zdystansowali się od nich, to nie zmienimy faktu, że mieli ogromny udział w kształtowaniu naszej osobowości. Mamy więc wszelkie powody ku temu, by dbać o dobre relacje z rodziną – co nie znaczy oczywiście, że mielibyśmy zrezygnować z poszukiwania własnej życiowej drogi. Od kształtu rodziny w dużym stopniu zależy kształt naszego społeczeństwa. Dla mnie osobiście stosunki rodzinne nabrały szczególnego znaczenia z chwilą, gdy sama zostałam matką.

Z drugiej strony społeczeństwa podlegają procesowi przemian, a to wymaga od nas nowego, innego spojrzenia na relacje i więzi społeczne. Powiązania rodzinne zaczynają się rozmywać, m.in. w wyniku nowych „koczowniczych” form życia zawodowego. Dlatego kwestia relacji wewnątrzrodzinnych wymaga dziś przemyślenia i przewartościowania. 

Ale przemyślenie tej kwestii nie jest tym samym co postawienie tezy, że „nie jesteśmy rodzicom nic winni”.

Tytuł mojej książki jest pewnym skrótem myślowym. Przyznaję, że nie oddaje on w pełni mojego spojrzenia na tę problematykę. Chciałam przede wszystkim pokazać, że sam fakt bycia biologicznym dzieckiem własnych rodziców nie jest wystarczającym uzasadnieniem jakichkolwiek zobowiązań wobec matki czy ojca. Jeżeli chcielibyśmy takiego uzasadnienia szukać, to przede wszystkim w dobrej relacji obu stron.

Biologiczne uzasadnienie takich zobowiązań byłoby dyskusyjne również dlatego, że każdy dług można przecież spłacić. I co wtedy: rodzice mnie już nie obchodzą?

No właśnie. Porównywanie relacji rodzice–dzieci do tej, która łączy dłużnika i wierzyciela, nie ma większego sensu. Wobec rodziców zaciągamy zobowiązania na całe życie. Poza tym stosunek dłużnika do wierzyciela oparty jest na akcie przyzwolenia, o czym w przypadku dziecka powiedzieć nie można. Dzieci nie mają możliwości wyboru własnych rodziców ani spisania z nimi umowy zawierającej listę konkretnych powinności. Między dłużnikiem a wierzycielem istnieje swoisty brak równowagi – tylko jedna strona daje, druga musi oddać to, co wzięła, i to z procentem. W relacji dziecko–rodzic rodzice też wiele otrzymują wraz z pojawieniem się dziecka – miłość, szczęście, poczucie sensu życia. Dlatego, dopatrując się w dzieciach wyłącznie dłużników, nie uwzględniamy tego, jak wiele radości wnoszą one w nasze życie. 

Manipulowanie pojęciem długu stwarza też emocjonalny dystans i trudno to chyba pogodzić z obrazem dojrzałej, przepełnionej miłością relacji...

To prawda. W ten sposób rzeczywiście można związać człowieka w relacji, ale nie jest to więź pozytywna, nie otwiera drogi do owocnej wymiany, nie może być podstawą bliskości, w której obie strony są dla siebie równoprawnymi partnerami. 

Skoro nie jesteśmy dłużnikami rodziców, to może przynajmniej wdzięczność za dar życia powinna wystarczyć do ugruntowania naszych zobowiązań? 

W przypadku wdzięczności musimy, moim zdaniem, rozróżniać między dwiema jej formami – wdzięcznością propozycjonalną i warunkową. Ta pierwsza dotyczy określonej postawy – odczuwam wdzięczność, bo świeci słońce, bo żyję w dostatku i cieszę się dobrym zdrowiem. W tym znaczeniu oczywiście mogę odczuwać wdzięczność także wtedy, gdy mam dobrych rodziców. Tomasz z Akwinu ten rodzaj wdzięczności uważał za najważniejszą z cnót. Jest to społeczne spoiwo, które sprawia, że stajemy się dla siebie bardziej przyjaźni i otwarci, okazujemy wobec życia więcej pokory i rozwijamy świadomość, że dobra, jakimi świat nas obdarza, nie są czymś oczywistym. Ale nie jest to jeszcze odpowiedź na pytanie o to, czy jesteśmy coś – co? – winni naszym rodzicom. Tutaj bardziej pomocna może wydawać się koncepcja wdzięczności warunkowej.

Czyli tej, która wiąże się z pytaniem: za co mielibyśmy być wdzięczni? W ten sposób powracamy do dylematu dłużnika i wierzyciela…

To rzeczywiście jest dylemat, bo teraz znowu musielibyśmy sprecyzować, na czym polega ten rodzaj wdzięczności i w jakiej formie powinna się ona wyrazić. To wcale nie jest łatwe. Jeśli pomógł mi pan w czymś i oczekuje za to wdzięczności, mogę pana po prostu zapewnić, że jestem za tę pomoc dogłębnie wdzięczna. Jednak sposoby wyrażenia wdzięczności mogą być bardzo różne – niektórzy piszą listy, inni przynoszą kwiaty, jednak w każdym przypadku będzie to tylko akt wyrażenia wdzięczności za konkretny czyn, okazaną pomoc czy jakiś inny rodzaj wsparcia. Ostatecznie ta koncepcja też nie jest rozwiązaniem, którego poszukujemy, nie dostarcza precyzyjnych informacji potrzebnych do udzielenia satysfakcjonującej odpowiedzi na postawione wyżej pytanie. 

Taka koncepcja wymagałaby też ustalenia różnych stopni wdzięczności, zależnych od jakości rodzicielskiej opieki i dobra doświadczonego w domu rodzinnym.

A tu z pewnością nie wszystkie dzieci miałyby takie same powody do wdzięczności.

Słusznie, Franz Kafka na przykład nie miałby najmniejszego powodu do bycia wdzięcznym, podobnie jak całe rzesze dzieci na tym świecie. Dlatego musimy dalej szukać odpowiedzi na pytanie: „Czy istnieją powody do okazywania rodzicom szczególnego rodzaju wdzięczności?”. 

Pani proponuje odejście od modelu transakcyjnego, opartego na pojęciach długu i wdzięczności, i zastąpienie go modelem relacyjnym, w którym punktem wyjścia jest przyjaźń. Czy to rzeczywiście rozwiązanie?

Ta droga wydaje mi się o tyle sensowna, że uwalnia od koncepcji międzypokoleniowej transakcji i pozwala zastanowić się dokładniej nad tym, kim dla siebie jesteśmy, jak naprawdę wyglądają nasze wzajemne stosunki. Przyjaźń wydaje mi się dobrym poligonem doświadczalnym, ponieważ jej główną siłą napędową nie jest idea kontraktu czy przymierza pokoleń, ale pytanie, co znaczy dla nas ta konkretna relacja i jakie mamy powody, by ją doceniać i pielęgnować. Ta koncepcja dostarcza nam więcej informacji niż model oparty na wdzięczności, jednak nie pozwala na wyczerpujący opis relacji rodzic–dziecko. Jeżeli na przykład doznamy zawodu ze strony przyjaciela, z pewnością nie będziemy robić mu wyrzutów, odwołując się do niespłaconego długu, raczej zapytamy go: „Czyżbyś nie był już moim przyjacielem?”. Z przyjaźni można zrezygnować, drogi przyjaciół mogą się rozejść, przyjaźń może najzwyczajniej umrzeć. Natura więzi dziecka z rodzicem jest inna, możemy wprawdzie zerwać kontakty z rodziną, ale nigdy nie przestajemy być córką, synem czy rodzicem. Matka, której córka przestała się nią interesować, nie zapyta jej „Czyżbyś nie była już moją córką?”, lecz nadal będzie głęboko przekonana o swej niezachwianej pozycji i roli matki. 

Pani zdaniem rodzina jest „laboratorium doświadczalnym dla otwartości i poszerzania horyzontów”. Czyżby? W każdym przypadku?

W moim przekonaniu, nawet jeśli dojdziemy do wniosku, że nie jesteśmy rodzicom nic dłużni, nadal wielu z nas ma powody, dla których chce dbać, i z reguły dba, o dobre stosunki rodzinne. Oczywiście są rodziny, w których panuje mocno destrukcyjny klimat uniemożliwiający dzieciom przyjęcie tej pozytywnej perspektywy. Ale zasadniczo uważam rodzinę za laboratorium otwartości, a to dlatego, że ani jako dzieci, ani jako rodzice nie mamy możliwości wyboru „współpracowników”. Relacje wewnątrzrodzinne, mimo że nieraz bywają trudne i toksyczne, mogą wygenerować pozytywną energię. Jej źródłem są wyzwania wynikające z konfrontacji z odmiennymi poglądami oraz kontakt z charakterami, których dobrowolnie nigdy nie wybralibyśmy na towarzyszy życiowej podróży. W rodzinie poznajemy perspektywy, dzięki którym możemy wychodzić z naszych mentalnych nisz.

Ale często trudno znaleźć w sobie siłę potrzebną do uwolnienia się spod presji rodzinnych uwarunk...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy