Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia

3 lipca 2019

NR 7 (Lipiec 2019)

Dalej od miasta, bliżej siebie

130

Nie jesteśmy przechowalnią dla tych, którzy sobie nie radzą. Naszym celem jest kształtowanie charakteru – mówi Ilona, która zamieszkała w ekowspólnocie liczącej 50 dorosłych i 26 dzieci. 

W kraju, gdzie największe miasto, Zurych, liczy niespełna 400 tysięcy mieszkańców, a stołeczne Berno zaledwie 143 tysiące, w którym Alpy z malowniczymi szlakami są na wyciągnięcie ręki – wydaje się, że ludzie są bliżej natury. Późną wiosną i latem w weekendy trudno znaleźć wolne miejsce na zielonym brzegu rzeki czy jeziora. Wieczorami trwa tam nieustający piknik, któremu towarzyszy wielojęzyczny gwar (niemal jedna czwarta mieszkańców to cudzoziemcy), zapach grillowanych kiełbasek oraz marihuany. 

POLECAMY

W Szwajcarii nikogo nie dziwi widok dzieci biegających latem boso po osiedlowych drogach i trawnikach czy wskakujących, już w maju, do zimnego Limmatu. W weekendy centra miast pustoszeją – ludzie wyjeżdżają, by chodzić po górach, jeździć na nartach czy rozpalić w lesie ognisko.

Niektórzy chcą być jeszcze bliżej natury, a przede wszystkim bliżej siebie. I dalej od korporacyjnego rytmu, od bardzo poważnie traktowanej pracy – roboczy tydzień liczy 42,5 godziny, jest jednym z najdłuższych w Europie.

Na spotkanie z ludźmi, którzy zamieszkali w komunach za miastem, udaję się w głąb Szwajcarii, w góry i nad Jezioro Bodeńskie.

Odnaleźli swoje miejsce

Pociąg do Lucerny mija jeziora i doliny otoczone skałami, powoli wspina się do kolejnych stacji. Do Schweibenalp, siedziby wspólnoty „Centrum Jedności”, najłatwiej dostać się z dworca w Brienz żółtym pocztowym autobusem. Schweibenalp leży na wysokości 1100 metrów. 

W osadzie mieszka 30 osób tworzących wspólnotę, a po relaks przyjeżdża kilkudziesięciu uczestników seminariów i warsztatów poświęconych permakulturze, duchowości, tańcowi. W jadalni z przeszklonymi drzwiami wychodzącymi na ogród zawsze kręci się sporo osób. W dniu mojego przyjazdu staże zaczyna kilku wolontariuszy, m.in. Włoszka i dwoje młodych Szwajcarów. 

Na ścieżce prowadzącej do ogrodu spotykam Sheilę i Rafaela z Brazylii; kręcą film o komunach w Europie. Jeżdżą starym kamperem, w Schweibenalp są od dwóch dni. – To miejsce jest doskonale zorganizowane. Ludzie są w stanie utrzymać się ze swojej pracy. Choć to góry, mają piękny, zadbany ogród, który latem zaspokaja wiele ich potrzeb – Rafael jest pełen uznania. – Po powrocie do Brazylii chcemy założyć niewielką, kilkuosobową wspólnotę – dodaje Sheila, drobna szatynka w widocznej ciąży. 

Gdy chwilę później usiłuję uchwycić w obiektywie aparatu schowaną za drzewami taflę turkusowego jeziora, mija mnie Silvia z dwuletnią córeczką w wózku i kilkumiesięcznym maleństwem w chuście. To Szwajcarka znad Jeziora Bodeńskiego. Jej mąż, Julian, jest tu kucharzem. Wcześniej próbowali żyć we wspólnocie w Niemczech, ale to w Schweibenalp odnaleźli swoje miejsce. 

Silvia pracuje w ogrodzie, robi też zdjęcia, projektuje ulotki. – Kucharze przygotowują posiłki dla wszystkich, nie muszę gotować. Córka może wpaść do taty do kuchni, a on jest blisko nas w trakcie przerwy w pracy i zaraz po niej – dodaje. To był jeden z argumentów za tym, by zamieszkać w Schweibenalp. – Nie udaje nam się oszczędzać, ale możemy dobrze żyć. Jedzenie jest tu zdrowe. I jesteśmy z dala od problemów, od tego wszystkiego, co tam w dole – mówi Silvia. Wraz z rodziną są tu już od trzech lat, gdy dzieci podrosną, przeprowadzą się do Brienz, ale we wspólnocie pozostaną. 

Dźwięk gongu obwieszcza porę obiadu. Przy stole zastawionym misami z sałatą i warzywnym gulaszem z tofu Susan Wacker, szczupła pięćdziesięciolatka odpowiedzialna za permakulturowy ogród, wyjaśnia zasady funkcjonowania wspólnoty. Jej filary to zaangażowanie w prowadzenie „Centrum Jedności”, troska o finanse, ekologia i duchowość. – Nie tylko mieszkamy razem, ale też pracujemy. To miejsce wygląda idyllicznie i ma niezwykłą energię, co nie oznacza, że życie tutaj jest sielankowe – mówi z uśmiechem.

Dzień pracy w Schweibenalp nie jest krótszy niż na zuryskiej Bahnhofstrasse. Przeciętnie to 8 godzin, choć bywa dłużej. Dzięki licznym seminariom i warsztatom, sprzedaży sadzonek czy ziół wspólnocie udaje się utrzymać budynek oraz pokryć pensje mieszkańców. Wszyscy otrzymują takie samo wynagrodzenie – 2600 CHF, z których ok. 800 muszą przeznaczyć na opłacenie mieszkania i wyżywienia oraz koszty ubezpieczeń zdrowotnych i społecznych. – Model wydaje się prosty, ale jego wypracowanie, poprzez dyskusje, tarcia, konflikty, zajęło nam trzy lata – zaznacza Susan. Wszystkie decyzje dotyczące wspólnoty podejmowane są drogą kompromisu. Konfliktów nie da się uniknąć – zwłaszcza gdy dzieli się tak dużą przestrzeń wspólną, o którą trzeba dbać. Powodem spięć bywają na przykład godziny pracy – czasem w ogrodzie trzeba pracować w niedzielę – czy nieposprzątana łazienka.

Wspólnota to nie sielanka - też zdarzają się spięcia i kłótnie.

 

Susan mówi mi, że od pewnego czasu przybywa zainteresowanych seminariami, możliwością odbycia wolontariatu czy zamieszkania we wspólnocie. – Wiele osób poszukuje nowego stylu życia, innych struktur społecznych. Możemy być dla nich inspiracją, choć oczywiście nie jesteśmy idealni, ale pracujemy nad sobą i najlepszym dla nas modelem wspólnego życia. Ciągle jesteśmy w drodze i ta droga jest celem samym w sobie – podkreśla Susan. 

Przy pysznym musie z porzeczek i malin oraz herbacie z tymianku rozmawiam z Manuelem, 25-latkiem z Niemiec. Zaraz po studiach wyjechał na rok do Ameryki Południowej. Teraz wraz ze swoją dziewczyną, wolontariuszką, która pochodzi z Kolumbii, mieszka w cyrkowym wozie. – Tutaj praca miesza się z życiem prywatnym, koledzy z pracy to też przyjaciele. Czasem trudno odmówić, gdy trzeba pracować w ogrodzie przez weekend, bo akurat jest dobra pogoda – mówi Manuel. – Człowiek uczy się życia z innymi, poznaje siebie i cały czas się rozwija – dodaje. Planuje zostać w Schweibenalp 2–3 lata. Ale nie ma nic przeciwko, by w przyszłości nadal żyć w jakiejś małej wspólnocie. 

Między jadalnią a ogrodem znajduje się Świątynia Jedności. Na parterze drewnianego domku, w pokoju z piecem kaflowym, zapach kadzideł miesza się z wonią kwiatów, a posągi Siwy sąsiadują z przysadzistym Buddą, siedmioramiennym świecznikiem oraz wizerunkiem Jezusa i Matki Boskiej. Siadam na miękkiej poduszce, bez butów. Zapach kadzidła jest kojący, czuję spokój.

Tu chciałbym być

Martin – 37-latek, inżynier, robotyk, absolwent Politechniki w Lozannie – mieszka w Nisihof Oberkirch, w środkowej Szwajcarii. W dole pobłyskuje tafla jeziora, panoramę zamyka piękny, choć przymglony, stożek Rigi i potężny masyw Pilatusa w oddali. 

Na podwórku Martin reperuje swój pojazd – mały motor, na prąd, jak zaznacza. – Sporo jeżdżę, a tym jest taniej niż pociągiem – wyjaśnia. Rzeczywiście, jak na człowieka żyjącego tak blisko natury często bywa w mieście. Dopiero wrócił z Berna, za chwilę wybiera się do Zurychu. – W Bernie byłem u dziewczyny, właściwie przyjaciółki, bo żyję w otwartych związkach. A w Zurychu prowadzę warsztaty, dzielę się z ludźmi moją wizją życia i pomagam im odnaleźć własną drogę. Na tym polega moja praca, tak zarabiam na życie. 

Gospodarstwo należy do dziadka kolegi Martina – Petera. Oni dwaj oraz znajoma, położna pracująca w pobliskim Domu Narodzin, tworzą małą wspólnotę. Martin korzysta właściwie tylko ze wspólnej kuchni, łazienki, ma swoją szafkę z ubraniami. – Mój dom jest tak naprawdę tam – wskazuje na pobliską linię lasu.

Idziemy przez łąkę, obok jest małe pole golfowe, dwóch mężczyzn w białych strojach pochyla się nad piłką. Martin pozdrawia ich z uśmiechem. – To mój dom, tu czuję się u siebie – z dumą pokazuje wreszcie szałas ulepiony z gliny. W środku barania skóra, odsunięta na bok pościel, świeczki, szczoteczka z na...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy