Kozłowski Tomasz

Top15 piosenek nieoczywistych

Blog nazywa się popkiszka, więc będzie w temacie.

 

Tandeta. Nuda. Dziecinada. Masówa.

Niekoniecznie.

Z przykazań szczególnie bliskie jest mi jedno. Jedenaste. Będziesz słuchał piosenki przynajmniej dwa razy.

Poniżej przedstawiam mocno subiektywny ranking piosenek nieoczywistych, przebrzmiałych, dziwnych. A jednak wybitnych.

Kandydatów było wielu, walka zażarta. Oto ci, którzy przetrwali.

 

#15 Eight Wonder, "I’m not scared"

Gdyby menopauza była piosenką, brzmiałaby jak Captain of her heart duetu Double (takie niedodziałane Duran Duran), a kryzys wieku średniego brzmi jak „I’m not scared” Eight Wonder. Moje marzenie to usłyszeń cover tej piosenki w wersji unplugged. Jest tam wszystko: i ból, i wyrzut, i zawód, są sample, jest melorecytacja, i całe to bogactwo w aranżu skromniutkim jak kiecki Patsy Kensit. Może dlatego bas grany po prostu ósemkowanymi oktawami dziwnie pasuje. Co kilkanaście sekund całkowita zmiana klimatu. Co tu dużo gadać, „Bohemian Rhapsody” europopu.

 

#14 Kali x Pawbeats "Zwierciadło"

Przy okazji ostatniego Luxfestu słyszałem ich na żywo i płakałem ze śmiechu. Chyba wyszedłem na chama, to było wypisane w spojrzeniach. Ale w myśl XI przykazania – przesłuchałem drugi raz, czy aby nie ma tam czegoś jeszcze.

To jest jednak złe. Scrollujcie dalej.

 

#13 Ace of base "The sign"

Ten kwartet rozorał lata 90te i tak zostawił. Rana zabliźniała się długo. Album „Happy nation” był tyleż popularny co zły. Dopiero potem wydarzyło się coś, jakby zespół, pchany twórczą niemocą, mocno uderzył głowami o ścianę. Terapia szokowa. „The sign” w odróżnieniu od wcześniejszej TFUrczości był utrzymany w tonacji dur – co już zwiastowało miłą odmianę. Tak dla niepoznaki wstęp wciąż jest w moll, przez co pojawia się coś wcześniej w piosenkach Szwedów nieobecnego. Kontrast. Puls. Zabawa. Piosenka chyba dla samego zespołu okazała się zaskoczeniem – wyprodukowana i zaśpiewana z ochotą. Taki piękny łabędzi śpiew.

 

#12 The Corrs "Love to love you"

Ktoś kiedyś powiedział, że Pat Metheny i Sting to muzyka z najwyższej półki do kibli i wind. Z The Corrs jest w sumie podobnie. Tyle że przyjemniej się patrzy. Ale skoro z młócki można zrobić sztukę [patrz niżej], to i z jazdy windą się da. Może to nawet trudniejsze. Rodzeństwo Corr od lat ogrywa te same schematy – folkpopowe patenty na irlandzką nutę i całą energię ładuje w umiejętne skrywanie faktu, że ich piosenki gra się tak naprawdę jedną ręką. Podobnie jest z "Love to love you", które przez blisko dwie i pół minuty nie zaskakuje ani jednym nieoczywistym akordem, aż do "brake those pillars down". Dla tego kilkusekundowego wyciszenia warto nawet zaciąć się w windzie.

 

#11 Violetta Villas "Do ciebie mamo"

Gdyby Violetta urodziła się w Stanach, muzyka byłaby dziś inna. Najbardziej niejednoznaczna artystka polskiej sceny, skrzyżowanie Mieczysława Fogga z Madonną, śpiewany "Świat według Kiepskich": coś dla pospólstwa i dla bardziej wyrobionych. List do matki to dobrze zaaranżowany na orkiestrę kolaż rosyjskobrzmiących motywów z „Bolerem” Ravela (zwłaszcza te chromatyczne schodki z werblem pod sam koniec – Maurice by się nie powstydził). Jeśli kogoś wers "…ciemny jak ta noc!..." nie rusza – może mi się już nie kłaniać.

 

#10 Żółte Kalendarze "Ryk syreny"

Wspaniały resentyment. Zbankrutowani hipsterzy biorą kredyt aż z samej głębi lat 80-tych i produkują takie wysmakowane cudeńko, które przechodzi KOMPLETNIE bez echa. Jak?! To więcej niż piosenka, to dzieł transmedialne. Bez teledysku nie w pełni zrozumiałe. Wiele bym dał, żeby pląsać w tym gronie w kurtce do kolan i spodniach w kancik.

Brzmi i wygląda dziwnie? Poczekajcie półtorej minuty.

Wszystko się wyjaśni.

 

#9 Majka Jeżowska "Najpiękniejsza w klasie"

Jeżowska w swoim outficie wyglądała jak wilgotny sen pijanej czterolatki. Ale mimo tego, mimo słabego głosu dawała radę nawet w piosenkach dla dorosłych – czy ktoś pamięta duet z Prońko? "Najpiękniejsza" to dowód na to, że polskie reggae potrafi być oryginalne i niezłe. Melodia jest tak złożona, że prócz zwrotek i refrenów mamy coś jakby post-zwrotki i pre-refreny. Z czasów gdy kompozytor był zawodem wyuczonym a nie naumianym. Plus tekst, który rozmiękczy najdoroślejsze serca.

 

#8 Bajm "Ratujmy kosmos"

To zestawienie bez Beaty Kozidrak z zespołem byłoby niekompletne. Nie wiem, jakim cudem ten przeciętny przecież zespół wpadł na tak dobry pomysł. „Ratujmy kosmos” to jedna z najambitniejszych propozycji, które pojawiły się na zawsze dobrych soundtrackach z „Pana Kleksa” (jeśli ktoś wątpi w ich jakość niech posłucha sobie „Snu Adasia Niezgódki” tylko po to, by potem spuścić w kiblu wszystkie płyty Floydów). „Ratujmy” to trochę rockowe, trochę dyskotekowe granie, którego pomysłowość ujawnia się w detalach (akordy w drugim a nie pierwszym przewrocie, umiejętnie zapętlony refren, fajne efekty, nieobojętne przesłanie, no i najprzyjemniejsze – głos Beaty uciekający w przestrzeń pod sam koniec). Rarytasek na wycieczkę na Marsa w jedną stronę.

 

#7 Toni Braxton "He wasn’t man enough"

Długo zastanawiałem się, czy nie dać tutaj "You're makin' me high" ze stajni Babyface'a od czego majtki same spadają z hukiem, ostatecznie jednak wybór padł na produkcję Darkchilda. Stansfield w "Leonie zawodowcu" powiedział, że Beethoven jest kure*sko dobry we wstępach a potem strasznie nudzi. Darkchild jest zatem lepszy od Beethovena. Rzućcie kiedyś okiem na tę piosenkę live – gdy tylko zabrzmią pierwsze szesnastkowe akordy – publika szaleje. A potem jest tylko lepiej. Na ogół Braxton słynęła z pościelów dla średniowyrobionych. Oprócz pościelów ma jednaj w repertuarze mniejsze przeboje, które dziś już niewielu pamięta. "He wasn’t" to jeden z nich: doskonale zrównoważony, gdzie nisko, oszczędnie śpiewane zwrotki ulegają pod wysokim, ekspresyjnym refrenem. Wszystko jest w tej piosence na miejscu, jak w dobrze skrojonym deserku. Dobra sekcja rytmiczna, zwrotki niepostrzeżenie przechodzą w refren (a to lubię szczególnie, zwłaszcza w drugim podejściu), dobry bridge, smaczne wokalizy, bardzo dopracowany aranż. Pokojowa Nagroda Nobla.

 

#6 Charly Lownoise and Mental Theo "Wonderful Days"

…Czyli jak wynieść młóckę do rangi sztuki. Zastanawiałem się nad Ravers nature, zastanawiałem się nad wczesnym Scooterem (np. takie "Endless Summer"), ale te składy były wciąż za dobre. Lownoise i Theo to duet daleko słabszy, a mimo to happy hardcore wciąż się broni – to ogromna siła tego gatunku. Duet masakruje zawzięcie, co może. Słabe, krótkie sample, ordynarnie wchodzące ścieżki (żadnych fadingów), żadnych efektów, sztuczne, pretensjonalne smyczki, o TB-303 nikt tu nie nawet słyszał. A jednak łezka się w oku kręci.

 

#5 Spice Girls "Naked"

Spice Girls to była wokalna klasa niższa. Słychać, że dobrze opłacani spece musieli długo męczyć się nad dziewczynami z ulicy, by cokolwiek mogły w miarę bezboleśnie ubrać w dźwięki. Halliwell to chyba najsłabsze ogniwo kwintetu, może na spółę z Beckham, jednak nawet ona nie niszczy „Naked”, który bezelacyjnie jest najlepszym kawałkiem w całej dyskografii Spicetek i który – jak cnoty Prezesa – broni się sam. Ktoś miał nosa, by w tym kawałku postawić na melorecytację a jeśli na śpiew – to Mel C., bo najzdolniejsza. Piosenka na płycie dziwnym trafem nie błyszczy. Ale ma potencjał. I on brzmi świetnie w wykonaniach na żywo. Enjoy (the view)!

 

#4 Take That "Pray"

Były dziewczęta, czas na chłopców. Kto słuchał w młodości boysbandów nie musi mieć od razu powodów do wstydu, tym bardziej, że takie formacje jak Take That potrafiły grać całkiem przyzwoity pop. Teksty były na jedno kopyto, muzyka zresztą też, ale zdarzały się przebłyski. "Pray" to dobry przykład, choć minusem już na początku jest chyba najbardziej zjechany w historii muzyki rozrywkowej podkład perkusyjny – schemat mocno spopularyzowany przez Enigmę i "Sadeness". Barlow nie jest najlepszym wokalistą, śpiewa z trudem, gardłowo, ale miał szczęście do co lepszych singli – urok "Pray" szczególnie uwidacznia się w bridge’u, w momencie, gdy sekcja rytmiczna na dwie sekundy zupełnie cichnie. Chyba jedno z najładniejszych przejść do solówki (ostatecznie takiej sobie) w połówce 90tych lat.

 

#3 Funky Filon "Chinka Czikulinka"

Ta piosenka to największe nieporozumienie III RP. W warstwie lirycznej odebrano ją jako rasistowską i nikt nie dostrzegł tam, o ironio, ironii. W muzycznej zaś jest to arcydziełko spolszczonego funku. Rap Filona ma tyle wspólnego z rapem co Paschalska z aktorstwem, ale ponieważ piosenka nie jest do końca serio – można mu to wybaczyć. Poza tym Filon ma szczęście do dobrych muzyków sesyjnych i to słychać już od pierwszego taktu. Bardzo lekkie, jazzujące akordy sprawiają, że podkład nie narzuca się i pozwala zabłysnąć innym muzykom. Czy ktoś uchwycił ten doskonały, pląsający, wesoły bas? Jest tam wszystko, i wesoły aranż, i podbity refren, i przesunięty rytm, wreszcie całkiem klimatyczne outro. Niestety - dla ogółu okazało się za dużo i za trudno.

 

#2 Ryszard Sielicki "Sroczko gadatliwa" [ok. 1:36]

Tak niewielu zdaje sobie sprawę, że trzeba mieć kawał wyobraźni, żeby pisać dobrą muzykę dla dzieci. Jeśli chcecie mieć osłuchane, wrażliwe dziecko – kupujcie w ciemno bajki z muzyką Sielickiego. Wam też wyjdzie na dobre. Można tu dać cokolwiek, ja wybrałem "Sroczkę gadatliwą" z "Kubusia puchatka". Fagot, klarnet, ksylofon, flet. Jedno przesłuchanie = jeden grzech mniej.

 

#1 Jurij Shatunov, "Bielyje Rozy"

Piosenka-hymn. I wcale nie chodzi o to, że jest to swoisty manifest metasłowiańskiej wiochy, która zajarała się keyboardem z komunii. Ta piosenka w warstwie melodycznej pozostaje niezwykle sprawnie skonstruowana i to począwszy od pierwszej nuty, która nienachalnym przedtaktem rozpoczyna zwrotkę, na sentymentalnym, tęsknym wołaniu w refrenie skończywszy. Rosyjskobrzmiące skale i akordy ujmują – najładniej tę manierę słychać w wersie "U wsiech na głazach ja ceławat' i gładit' gatow" – przemycone przez Jurija równie sprawnie jak w Dwójce Rachmaninowa. To przede wszystkim absolutnie niedoceniony kanon pieśni ogniskowej, zdziwicie się, jak przy akompaniamencie samej gitary ten potworek przeistacza się w piękny erotyk. Nie powstydziłby się tego Wysocki, Okudżawa zresztą też. A pokolenie X, miast wyśmiewać, szarpałoby struny jak Reksio szynkę.

Kozłowski Tomasz

Kozłowski Tomasz

Wstecz