Kozłowski Tomasz

Faza liminalna

Antropologia kulturowa to nauka, która – między innymi – zajmuje się badaniem i klasyfikowaniem rytuałów. Rytuał to czynność o powtarzalnym charakterze, sztywnym dość układzie, ugruntowana w społeczności na bazie pewnej tradycji, której celem jest np. potwierdzenie społecznego porządku. Ale nie tylko.

Badacze wyróżniają szczególną podklasę tych ciekawych zachowań: rytuały przejścia. Takie zabiegi charakteryzują się tym, że nadają stosowną oprawę i sens procesom zmiany struktury społecznej. Jednostka zmienia swój status, przynależność grupową – i należy to odpowiednio wyrazić. Przykłady można mnożyć, wystarczy tylko przypomnieć sobie którekolwiek rytuały, w których jednostka znajdowała się „przed” i „po”, i w każdym przypadku była kimś innym. Takim rytuałem jest choćby ślub – narzeczeni „zamieniają się” w małżonków. Podobnie chrzest – dziecko zamienia się w członka Kościoła. Pogrzeb to również rytuał przejścia – zmarły opuszcza wspólnotę żywych i przenosi się w zaświaty. Ostatni rytuał przejścia, jaki dotyczyć może zmarłego, który przychodzi mi do głowy to kanonizacja, a więc stosowny „awans”, dokonujący się w chwalebnej oprawie.

Rytuałów przejścia można podać całe mnóstwo, to one pomagają nam rozumieć świat i nasze miejsce w nim. Nieodłącznym ich elementem jest tzw. faza liminalna – moment zawieszenia, w którym jednostka nie jest już tym, kim była dotychczas, ale nie jest jeszcze tym, kim stanie się za chwilę. W przypadku zaślubin faza liminalna przypada na część w kościele – młodzi weszli tam jako narzeczeni, wyszli jako małżeństwo, ale w sumie można by ją jeszcze rozciągnąć na wesele, gdzie poddawani są różnym nietypowym obrzędom, którym normalne małżeństwa, choćby z raptem tygodniowym stażem, już nie podlegają.

Problem zaczyna się wtedy, gdy faza liminalna przeciąga się w nieskończoność, gdy rytuał przejścia nie może się normalnie zakończyć. Przykład? Niepogrzebane ciało – wierzący uważają, że dusza nie może wówczas zaznać spokoju, jest częścią innego świata, ale po części tkwi jeszcze w doczesności. Konkubinat – jak traktować żyjące w ten sposób osoby? Zapraszać ich na rodzinne uroczystości? Umożliwić odwiedziny w szpitalu?

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Nie mogę uwolnić się od wrażenia, że polski sektor edukacji przebywa właśnie w fazie liminalnej. Na masowym nauczaniu nieustannie celebruje się stosowne rytuały przejścia, o niezwykle długim horyzoncie czasowym. Z antropologicznego punktu widzenia są to rytuały podwyższenia: system oświaty ma bowiem awansować. Stać się dojrzalszym, lepszym, optymalnym. Ma porzucić formę larwalną, ewentualnie poczwarki i przekształcić się w motyla. I nie może. Nieustannie, od dłuższego czasu, jest gdzieś pomiędzy, albo nawet wraca do wcześniejszych stadiów. Funkcjonuje w strukturze, która narzuca pewien ład, by następnie dowiedzieć się, że to jeszcze nie koniec, że w jednym miejscu potrzeba uzupełnień, w innym porządek rytuału należy odwrócić, w jeszcze innym – wszystko anulować i zacząć na nowo. Czy to możliwe, że polska edukacja jest jak dusza błąkająca się po łez padole z nadzieją, ze za jakiś czas dostąpi łaski?

Polskie szkolnictwo w takim ujęciu jest niepełnosprawnym tworem, którego status w społeczeństwie jest co najmniej niejasny i naciągany. Co gorsza, podmiot tych działań – nauczyciele – są tego doskonale świadomi. Nie mogą być traktowani serio w sytuacji, gdy ich rola pozostaje niedookreślona, jako że jedyną pewną zmienną pozostaje… rzeczywistość zmiany. Rytuał podwyższenia traci rację bytu, jeśli jest nieustannie kwestionowany.

(...)

Zapraszam do lektury całego felietonu w lutowym "Dyrektorze Szkoły"

 

Kozłowski Tomasz

Kozłowski Tomasz

Wstecz