Tomasz Kozłowski

Czasy ultracharyzmy i permanentnego wnerwa

Nastał czas, w którym po tej stronie świata żyje się wcale nieźle. Piszę ten tekst w pociągu, mając stały dostęp do Internetu, w trakcie wcale komfortowej podróży. Teoretycznie – bajka. A jednak nic nie świadczy o tym, że ludzie są szczęśliwsi. Pierwsze z brzegu badania dotyczące skali depresji wśród młodzieży wbijają w fotel. Coś nie gra. W świecie ustawicznej konsumpcji, w naszym świecie, szczęścia nie przewidziano. Przewidziano permanentny wnerw. Daleko nie trzeba szukać.

Pamiętam swoje osłupienie, gdy pewnego wieczora TVN-owskie Fakty poinformowały mnie o świni biegającej po wiejskiej szosie. Przywykłem już do para-kabaretowych materiałów Macieja Mazura i Pawła Abramowicza wieńczących cowieczorne wydanie programu. Tym razem jednak – odniosłem wrażenie – osiągnięto nową, emergentną jakość. Relacja obejmująca reakcję stosownych służb i komentarze gapiów nie stanowiła żadnego odniesienia do społeczno-politycznej rzeczywistości, w czym wspomniani wcześniej na ogół celują. Ot, biega świnia, śmiesznie jest. Mało tego, wątek doczekał się sequela, miał bowiem swoją drugą odsłonę. Już tego samego wieczora rozhulał się internet, który społecznościówkowymi kciukami tak wspomnianą świnię zalubił, że trzeba było o tym naród ponownie poinformować. News pożył własnym życiem, wykwitając fanklubami świni powstającymi to tu, to tam. Dziś już pewnie niewielu o tym wydarzeniu pamięta. Nieważne. Tak było. Tę świnię naprawdę hołubiło wielu.
Stosunkowo niedawno internet żył czym innym, krótko, acz intensywnie. Angelika Fajcht, niedoszła Top Model usłużyła gitarowym wsparciem wokalistce, niejakiej Patty, w popularnym programie śniadaniowym. Wsławiła się tam brawurową, niewzruszoną postawą, a od nietykanej niemal gitary odwracać uwagę miały niebotycznie długie nogi i świetnie rozpoznawalny biust. Chwilę po tym obserwować można było już wysyp stosownych memów pokpiwających z braku umiejętności gry, choć bardziej naigrywano się chyba z żenującego poziomu programu, który podobny występ zatwierdził i wyemitował. Playback i pojawienie się osób nie mających żadnego pojęcia o gitarze i klawiszach (zapomniałem wspomnieć o obecności równie atrakcyjnej i równie biegłej pianistki) z jednej strony rozśmieszył widzów, z drugiej zaś rozeźlił, o czym świadczyły niezliczone wypowiedzi o dnie, które właśnie osiągnięto, o nieszanowaniu widza, o szajsie, który usiłuje się ludziom sprzedawać i tak dalej.
Jak zwykle przy takich okazjach zastanawiam się, gdzie przebiega granica. Gdzie kończą się treści medialne, które – jak biegającą świnię – można przełknąć, a gdzie zaczynają się te – jak Patty i Fajcht – którymi widz czuje się obrażony, sprowokowany.
Jakiś czas temu zwykłem przyczyn takiego trendu zdebilenia środków przekazu dopatrywać się w samolubnej chęci zysku. Przecież to wszystko banalnie proste: ludziom trzeba zapodać prostą treść, przybraną w pozłotko i czekać jak słupki oglądalności będą rosnąć. Któż nie zna takich wytartych frazesów jak popkultura (której twarzą na potrzeby tekstu zostanie Angelika), jak info-tainment (której symbolem niech będzie hulający tucznik)… Wszystko to służyć ma przyciągnięciu widza. Widz tego właśnie – zdają się mówić co poniektórzy szefowie – oczekuje. Niedawno jeszcze całkowicie bym się z tym zgodził, działania internautów jednak nie do końca mi na to pozwalają.
Po pierwsze, widzę te komentarze na forach i fanpage’ach. Zjadliwe i nienawistne, to fakt, pozalepiane agresją, plujące jadem i wulgaryzmami, a mimo to – sądzę – świadczące o jakichś innych zupełnie oczekiwaniach, na które media najwyraźniej nie do końca potrafią odpowiedzieć. Po drugie, widzę memy, które krążą po sieci i uszczypliwie komentują podobne treści. Próżno szukać większej niekiedy dawki ironii i cynizmu, a to znamiona przynależne inteligencji, tym razem inteligencji w wersji digital. Nawiasem mówiąc, chyba nie taka ta armia idiotów wielka, jak niektórzy (w tym i ja) się sugerują. Po trzecie, słyszę wreszcie o rękoczynach, o tym, że Grzegorza Miecugowa na Woodstocku spoliczkowano, że Piotrowi Najsztubowi – wbrew woli rzecz jasna – przemalowano fasadę Przegryzia na niebiesko. Jakkolwiek niegodne to czyny, zwraca uwagę fakt, że coś nie gra. W obu przypadkach powodem jest postulowana manipulacja, tudzież zaniżanie poziomu komunikatu, które pośrednio – uderza w widza, jakkolwiek by tego nie nazwać, dziennikarska nierzetelność. Nachodzi mnie jednak myśl, że obserwowane zjawiska – nazwijmy je masowym obniżaniem lotów oferty pop-kulturalnej i informacyjnej – doskonale współgrają z duchem dzisiejszych czasów, które – przynajmniej w polskim wydaniu – można zawęzić do pojęcia „ery permanentnego wnerwa”. Symptomatyczna w tym względzie może wydawać się obecność coraz większej ilości reklam środków na uspokojenie, czy to ziołowych, czy opartych na konkretnych rozwiązaniach farmaceutycznych.

Zanim jednak powrócimy do poziomu niektórych treści medialnych, przyjrzyjmy się wizji pewnej utopii. Aldous Huxley opowiadał o świecie nowym i wspaniałym, w którym ludzi utrzymuje się w ryzach przy pomocy odpowiednio dawkowanej przyjemności, a dokładniej, nieustannego do niej dążenia. W jego świecie ludzie byli odpowiednio hodowani i warunkowani, dzięki czemu robili tylko to, do czego byli zaprogramowani, a robiąc to odczuwali przyjemność, co działało na nich – niczym na laboratoryjne szczury – nagradzająco. Działanie wbrew oznaczało stres, ból, strach – ot, przewidziana przez system kara. Według badaczy i krytyków popkultury mamy dziś do czynienia z taką właśnie sytuacją: popkultura jest dla nas nagrodą, przyjemnością, którą raczymy się, odwracamy uwagę od sedna spraw, którymi zajmują się możni tego świata, na sukces których masy pracowały i pracować będą do końca świata. Zalatuje teorią spiskową, aczkolwiek jeśli podrążyć nieco głębiej, trudno tej wizji odmówić pewnych racji.
Od siebie, do fantazji Huxleya dodałbym jednak istotny komponent. Wyobraźmy sobie obecny świat skonstruowany tak, byśmy dążyli do nagrody, przyjemności, spełnienia (choć dążność ta z pewnością nie jest powszechna i warto by dla potrzeb tych rozważań zawęzić ją tylko do świata Zachodu), ale by motywator był nieco inny niż w przypadku powszechnych mechanizmów psychologicznych. Zwykłe zaspokojenie potrzeb i dążenie do szczęścia to nic oryginalnego. A gdyby tak u podstaw porządku społecznego położyć permanentny wnerw o wszystko, a jeśli nie wnerw, to jakieś fundamentalne poczucie braku, ustawiczną pozycję przegranego? Ludzie budowaliby społeczny ład nie po to, by maksymalizować ilość dobrostanu, ale by minimalizować swoją, wszystko jedno, jednostkową, czy grupową, frustrację. W jaki sposób minimalizować frustrację? Konsumpcją. W jaki sposób frustrację podtrzymywać? Konstruując odpowiedni przekaz. Kółko się zamyka. Stawia to nieco na głowie wcześniejsze utopie, w których dążyło się to do powszechnej wspólnoty, to do budowania poczucia bezpieczeństwa i minimalizowania poczucia strachu, wydobywania z ludzi pierwiastka powszechnego dobra… Nie, stwórzmy utopię frustratów. Na pierwszy rzut oka, coś takiego nie mogłoby wypalić, przeciwnie, doprowadziłoby to szybko do czegoś na kształt rewolucji: przecież skoro masom wmawia się, że są przegrane, te – choć jeden jedyny raz – będą chciały wygrać i pewnie im się to uda, jak już kilka razy historia zdążyła udowodnić. A więc nie: projektując dobrze prosperujące społeczeństwo frustratów, należy im wpoić, że w gruncie rzeczy szczęście leży w zasięgu ręki i że łatwo można je nabyć, więcej, że żyją w świecie, który tylko czeka, by ich uszczęśliwić, bo jak okiem sięgnąć, wielu już się to udało.
Całość czytaj tutaj...

Tomasz Kozłowski

Tomasz Kozłowski

jest socjologiem, pracuje w Katedrze Edukacji i Nowych Mediów Wydziału Nauk Społecznych Collegium Da Vinci w Poznaniu.

Wstecz

comments powered by Disqus