Teksty z kategorii: Tomasz Kozłowski

Pocztówka z wakacji

Tomasz Kozłowski

aparat mam kiepski, więc wolę wspomóc się profesjonalistą... Ale i tak pasuje.

Uwieść Pigmaliona

Tomasz Kozłowski

Na zajęciach z socjologii edukacji przeprowadzam pewien eksperyment. Dwóm grupom studentów każę wyczytać ile się da ze zdjęcia młodego mężczyzny – od poglądów politycznych przez osobowość po historie rodzinne – ale jednej mówię, że porusza się on na wózku. W efekcie neutralny portret staje się punktem wyjścia dla dwóch różnych charakterystyk.

Dlaczego o tym piszę? Bo nasze subiektywne przeżycia, czasem bardzo różne, potrafią zamienić się w obiektywną rzeczywistość. To, jak postrzegamy świat, ma realny wpływ na to, jaki staje się on naprawdę. I nie jest to chwyt publicystyczny. W naukach społecznych nazywamy ten fenomen samospełniającym się proroctwem.

W mojej opinii ma to bardzo ścisłe przełożenie na procesy edukacyjne i postrzeganie instytucji szkoły. Sposób, w jaki jest odbierana i rozumiana, może mieć bardzo konkretny związek z jej sposobem funkcjonowania i skutecznością. Efektem Pigmaliona określono zdarzenie, w wyniku którego kilkoro dzieci z eksperymentalnej grupy poprawiło swój wynik IQ tylko dlatego, że nauczyciel myślał, iż są wybitnie uzdolnione. W przypadku uczniów postrzeganych jako gorsi efekt był analogiczny, czyli negatywny.

A teraz chwila refleksyjnej szczerości. Co myślimy dziś o szkole jako nauczyciele i rodzice? Co jako rodzic myślę o nauczycielach? A jako nauczyciel o rodzicach? Co myślę o uczniach? A o kolegach, koleżankach mojego dziecka? Co myślę o swoim dyrektorze? A co o ustawach, prawodawstwie, obecnej reformie edukacji? Co myślę o sensie swojej pracy? Odpowiedź na te pytania – niestety – nie jest i nigdy nie była wyłącznie elementem skrytego przed wszystkim i wszystkimi indywidualnego widzimisię. To żywy komponent realnej postawy przejawiającej się w wielu momentach naszej codziennej rutyny. W słowniku, którego używamy, w zwyczajach językowych, sposobach komunikowania się, założeniach co do innych ludzi, w reakcjach, języku ciała.

Nasz osąd odnośnie do edukacyjnej rzeczywistości, czy to na poziomie ustawodawcy, czy to w warstwie bardziej przyziemnej, najbliższej żywotnej tkance, odnosi bardzo realny skutek. Psychologowie społeczni lubią powtarzać, że schemat, który nosimy w głowach, żyje swoim życiem. Czasem można niebezpiecznie dać się uwieść własnym rojeniom, a w dalszej perspektywie źle ocenić sytuację i po prostu wyrządzić komuś (lub sobie) krzywdę. (…)

Więcej w sierpniowym „Dyrektorze Szkoły”!

Rysa na marmurze

Tomasz Kozłowski

[Po więcej treści zapraszam tutaj :) ]

Tracimy z oczu coś bardzo ważnego – pomyślałem, gdy przeczytałem książkę niejakiego Thomasa Eriksona „Otoczeni przez idiotów”. Tytuł ten okazał się prawdziwym bestsellerem w Skandynawii, ale i daleko poza jej granicami. Również w naszym kraju wokół tej publikacji zrobił się niemały szumik i jest to zjawisko… niestety bardzo symptomatyczne.

Skandynawskie kraje kojarzą się w Polsce z poukładanym, precyzyjnie zaplanowanym rajem. Ludzie tamtejsi – niczym potomkowie Muminków i dzieci z Bullerbyn – zdają się względem siebie serdeczni i ciepli, gospodarka natomiast funkcjonuje precyzyjnie, nie wspominając już o edukacji. I nagle na marmurze pojawia się rysa: Muminek ma dość. Poukładani, tolerancyjni tubylcy przyznają, że żyją wśród idiotów, że im niewygodnie, że cała reszta ich irytuje, wkurza. Skoro w marmurowym świecie wylała się taka frustracja, to co dopiero u nas, w Polsce? Między Bugiem a Odrą z pewnością idiotów są niezliczone dywizje. A przynajmniej takie wnioski wyciągnąć można z rozmów z bliźnimi.

Obszar edukacji nie jest zresztą pod tym względem żadnym wyjątkiem – i on jest przedmiotem krytyki ze wszech stron. Nadziewany jest on idiotami równie szczodrze, a może nawet i szczodrzej. W szkole roi się wszak od idiotów w najczystszej postaci – idioci zasiadają w ławkach, ale i w pokojach nauczycielskich, większość dyrektorów to tacy sami idioci, i tak, prując przez kuratoria, aż na szczeblach ministerialnych skończywszy. Brzmi znajomo? Niestety, taki światopogląd ustawia komunikację, również tę międzypokoleniową. I tymi sposoby, w interakcjach, w języku, przemycana jest wzajemna pogarda, która szczególnie łatwo zakorzenia się w młodych uczniowskich mózgach, a która znajduje ujście w najprzeróżniejszych formach. (…)

Cały felieton już w czerwcowym „Dyrektorze Szkoły”! Tradycyjnie zapraszam do rubryki „Subiektywnie o edukacji”!

Zapraszam na nową stronę www!

Tomasz Kozłowski

Od niedawna moje wpisy i nie tylko można znaleźć TU :) Zapraszam!

Prawo do niebycia super

Tomasz Kozłowski

Kończąc zdanie Pępkowe to impreza z okazji…, zawodnik w „Milionerach” wybierał między przyjściem na świat członka rodziny oraz pojawieniem się nowego pracownika. Czy daleki od prawdy byłby wariant pośredni – narodziny nowego pracownika? Bo taki mamy trend.

Antropolog z Marsa, obawiam się, szybko doszedłby do wniosku, że Zachód rozmnaża się i edukuje wyłącznie w jednym celu: by pracować. Zapędziliśmy się w ślepy zaułek, z którego chyba nie ma już odwrotu. Społeczeństwo i jego struktury tak mocno się skomplikowały, że rozpaczliwie błagają o napływ świeżej biomasy tylko dla podtrzymania ruchu trybików. Bardziej lub mniej świadomie ustawodawca odpowiada na te apele: rozdaje 500+, toczy debaty nad minimalnym wiekiem pójścia do podstawówki, a każdy poziom kształcenia obwarowuje niezliczonymi analizami na temat stopnia nabycia wiedzy przydatnej przy wykonywaniu przyszłego zawodu.

Miałem niedawno okazję przeprowadzić szereg wywiadów z nauczycielami techników w średniej wielkości mieście. Rozmawiałem z nimi m.in. na temat sposobu funkcjonowania młodzieży w szeroko rozumianym środowisku szkolnym. Abstrahując od oczywistych spostrzeżeń w rodzaju przyspawani do smartfona, nierozmawiający ze sobą nawet na przerwach, roszczeniowi, bierni, niezaangażowani etc., na powierzchnię wybijało ogólne rozedrganie. Uczniowie żyją w permanentnym stresie, który internet – w swoim wisielczym poczuciu humoru – w jednym z memów porównał z poziomem stresu pacjenta szpitala psychiatrycznego z połowy XX w.

Gdzie indziej natrafiłem na paradoks ucznia. Uczeń powinien: mieć dobre stopnie, odpowiednio się wysypiać i mieć znajomych. Problem w tym, że jeśli będzie miał życie towarzyskie i odpowiednią ilość snu, nie będzie mieć czasu na naukę. Jeśli się porządnie nauczy i będzie wysypiać, nie będzie miał życia towarzyskiego. Jeśli będzie mieć kolegów i dobre stopnie, może zapomnieć o wyspaniu. Pogodzenie tych trzech sfer jest niemożliwością. A wszystko to oczywiście w imię wartości najwyższej: dobrej pracy. Bo to przecież praca zdefiniuje całe jego życie, przydatność w społeczeństwie. W przyszłości, która sama w sobie jest zagadką. Również dla jego rodziców. Nie mówiąc o nauczycielach.

(...)

Zapraszam do kwietniowego "Dyrektora Szkoły". Na felieton i nie tylko!

Między postprawdą a pophistorią

Tomasz Kozłowski

Dla niektórych „Gra o tron” jest serialem opartym na faktach. Jako że większość amerykańskiego społeczeństwa wyznaje kreacjonizm, niektórzy z pewnością mogą mieć ku temu podstawy. Śmieszne? A ja nie widzę podstaw by przyjąć, że tzw. seriale historyczne (a nie fantasy) odbierane są przez dzisiejszą publiczność na innych zasadach. W końcu bazują na niewiedzy konsumenta i chęci przeżycia przezeń czegoś przyjemnego. A to już ryzykowna mieszanka.

[fragment eseju z marcowej "Odry"]

 Franciszek Starowieyski mawiał niegdyś z właściwą sobie manierą, że potrafi usiąść w fotelu i czytać z renesansowej łyżki przez dwa wieczory. W tym krótkim twierdzeniu zawarta jest nie tylko pasja i głęboka wiedza, ale i kwintesencja antropologicznej refleksji. „Zastanawiają mnie – mówił – detale stylistyczne: skąd się wziął anioł, jakie ma skrzydła. A te wymyślne napisy. Na jednej łyżce jest zapisana taka sentencja: A sztukę nam dał Pan Bóg za darmo.” Starowieyski – jeśli dobrze go rozumiem – nie zamierzał li tylko zachwycać się formą, ale dokładnie wnikać w kontekst owego przedmiotu, starał się przeniknąć całe tło, ogół czynników, które złożyły się w maleńkie, ale mimo wszystko złożone, świadectwo swoich czasów.

 Dwa wieczory z butelką

Celebra Starowieyskiego stanowi bardzo ciekawe ćwiczenie, którego nie trzeba wcale praktykować z użyciem równie cennych zabytków. Pewnego wieczoru zrobiłem to samo z użyciem – dlaczego nie? – małej butelki po wodzie mineralnej. Oto, co udało mi się wyczytać (zadanie miałem ułatwione, w końcu od czego są etykiety). Woda jest określonej marki, ma swój logotyp, który ma wzbudzać określone skojarzenia. Napisom towarzyszą górskie widoczki. Wniosek z tego, że w czasach nam współczesnych obrandować można wszystko i wszystko może stać się obiektem walki o uwagę konsumenta. Etykieta oferuje wgląd w metafizyczną niemal historię produktu. Woda czerpana jest z prehistorycznych pokładów, a proces jej wydobywania odkrywa niemal mitologiczną głębię. Wszystko to celem wzbudzenia określonych skojarzeń i przekonania klienta, że produkt wart jest swej ceny. Z tyłu etykiety znajduje się fachowy wykaz mikroelementów, jako że konsument lubi wierzyć, że jest fit (choć prawdopodobnie może mieć problem z odcyfrowaniem symboli pierwiastków chemicznych, nie mówiąc już o dekodowaniu pojęcia „kation”). Owa woda, choć – jak zapewnia producent – pochodzi z jurajskich skał (więc ma jakieś 60 milionów lat), ma okres ważności do przyszłego roku, to również interesująca zmienna w kontekście refleksji nad naszą erą. Ma stosowny kod kreskowy, który ułatwia jej błyskawiczną sprzedaż. Już sam fakt detalicznej sprzedaży wody jest czymś w skali naszej historii absolutnie nieprawdopodobnym i godnym odnotowania. Idąc tym tropem dalej: butelka o stosunkowo niewielkiej objętości sugeruje, że produkt przeznaczony jest do noszenia przy sobie, najczęściej w torebce. Woda mineralna jest zatem elementem codziennego stylu życia, stałym dodatkiem, który – z uwagi na cenę, jaka jest mu przypisana – może być stygmatyzującym fetyszem.

Z pewnością można wyczytać znacznie więcej.

Niemniej, zabawa w antropologa współczesności bliska bywa zabawie w archeologa z przyszłości. Dopuszczam myśl, że żelbeton i plastikowe butelki staną się naszym najtrwalszym świadectwem, może trwalszym aniżeli kości i szkliwo zębów. Za 100 tys. lat butelka po wodzie mineralnej mieć się będzie wcale dobrze, zostanie odkopana prze następcę Homo sapiens, który – prawdopodobnie – postara się z niej wyczytać jak najwięcej, i poświęci temu nie jeden, czy dwa wieczory.

Historia naszego gatunku zostanie kiedyś napisana i może mocno odbiegać zarówno od naszych oficjalnych źródeł (a przynajmniej może mieć zupełnie inaczej rozłożone akcenty), a także od naszych własnych przekonań, zwłaszcza pop-przekonań, które powstają w starciu z przekazem medialnym.

Antropologowie lubią posługiwać się niekiedy pojęciem pophistorii, czyli prawdy historycznej, która ubrana jest w stosowną, strawną medialnie formę, którą da się stosownie „zmonetyzować”. Pophistoria jest pochodną pewnego trendu, który – jak ma to miejsce w świecie pop – jest stosownie eksploatowany społecznie, medialnie i ekonomicznie.

 Odsłona I: reinterpretacja

Na polu socjologii kultury popularne jest stwierdzenie, że kultura na ogół zatacza swoisty krąg po dwudziestu, trzydziestu latach, dzięki czemu niektóre „zapomniane” trendy potrafią wrócić do życia. Tak choćby dzieje się z disco-polo, które nagle uzyskało status muzyki (znacznie bardziej) popularnej, niż miało to miejsce w latach 90-tych. Takich zjawisk z pewnością można by przytoczyć więcej. Takie powroty – zwłaszcza w dobie internetu – mogą przyjąć zupełnie inną formę, która z pierwowzorem ma stosunkowo niewiele wspólnego.

Za świetny przykład takiej reinterpretacji służyć mogą choćby postaci Bolka i Lolka. Ostatnie odcinki popularnej serii pojawiły się w roku 1986, na długo przed narodzinami najbardziej aktywnych obecnie użytkowników internetu (urodzonych najwcześniej w drugiej połowie lat 90-tych). Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że wśród nich seria przygód z wytwórni filmów animowanych z Bielska-Białej ma status podobny do legendy: ktoś coś słyszał, prawie nikt nie widział całego odcinka na własne oczy. Niemniej nie przeszkadza to absolutnie w nadawaniu całej serii zupełnie nowego kontekstu.

Otóż w nieprzebranym oceanie memów poświęconych Bolkowi i Lolkowi możemy podziwiać konkretne fragmenty, na ogół są to pojedyncze klatki, którym towarzyszy opis sugerujący wystąpienie jakiejś formy patologii. Przykładowo, kadr, w którym gruba szczotka ląduje na nosie Bolka opisany jest w taki oto sposób: „w ciągu trzech dni melanżu Bolek przewąchał tyle koksu, że musiał czyścić nos miotłą”. W innej scenie, gdy Bolek skacze do płytkiej wody, podpis głosi: „Lolek śmiał się do rozpuku gdy zrozumiał, że Bolek resztę życia spędzi na wózku”. Inne, niezliczone przykłady dotyczą wszelkiego rodzaju przestępstw, przemocy, narkotyków, seksu, molestowania, torturowania, wymuszeń i rozbojów.

Wiadomym jest, że przygody dwójki bohaterów w dalszym ciągu kojarzone są jako zupełnie bezpieczna wieczorynka. Nie ma jednak absolutnie żadnej pewności, że za kilkadziesiąt lat pierwotna interpretacja zaniknie lub zrówna się w prawach ze swoją następczynią, w której życie Bolka i Lolka to po prostu siedlisko patologii.

To oczywiście wciąż dość niewinny (?) przykład reinterpretacji treści przy udziale zbiorowej, anonimowej inteligencji (zgodnie z rozumieniem inteligentnego tłumu popularyzowanym wśród badaczy sieci). Pozwala jednak uchwycić zjawiska symptomatyczne: możliwość całkowitego przetworzenia pierwotnego kontekstu. Z jednej strony jest to w dalszym ciągu przykład żywotności niektórych treści, by nie powiedzieć pewnej twórczej swobody. Nie widzę jakichkolwiek przesłanek do zakazywania czy potępiania podobnych działań, niepokoi jednak możliwość zanikania intencji twórców.

 

(...)

Faza liminalna

Tomasz Kozłowski

Antropologia kulturowa to nauka, która – między innymi – zajmuje się badaniem i klasyfikowaniem rytuałów. Rytuał to czynność o powtarzalnym charakterze, sztywnym dość układzie, ugruntowana w społeczności na bazie pewnej tradycji, której celem jest np. potwierdzenie społecznego porządku. Ale nie tylko.

Badacze wyróżniają szczególną podklasę tych ciekawych zachowań: rytuały przejścia. Takie zabiegi charakteryzują się tym, że nadają stosowną oprawę i sens procesom zmiany struktury społecznej. Jednostka zmienia swój status, przynależność grupową – i należy to odpowiednio wyrazić. Przykłady można mnożyć, wystarczy tylko przypomnieć sobie którekolwiek rytuały, w których jednostka znajdowała się „przed” i „po”, i w każdym przypadku była kimś innym. Takim rytuałem jest choćby ślub – narzeczeni „zamieniają się” w małżonków. Podobnie chrzest – dziecko zamienia się w członka Kościoła. Pogrzeb to również rytuał przejścia – zmarły opuszcza wspólnotę żywych i przenosi się w zaświaty. Ostatni rytuał przejścia, jaki dotyczyć może zmarłego, który przychodzi mi do głowy to kanonizacja, a więc stosowny „awans”, dokonujący się w chwalebnej oprawie.

Rytuałów przejścia można podać całe mnóstwo, to one pomagają nam rozumieć świat i nasze miejsce w nim. Nieodłącznym ich elementem jest tzw. faza liminalna – moment zawieszenia, w którym jednostka nie jest już tym, kim była dotychczas, ale nie jest jeszcze tym, kim stanie się za chwilę. W przypadku zaślubin faza liminalna przypada na część w kościele – młodzi weszli tam jako narzeczeni, wyszli jako małżeństwo, ale w sumie można by ją jeszcze rozciągnąć na wesele, gdzie poddawani są różnym nietypowym obrzędom, którym normalne małżeństwa, choćby z raptem tygodniowym stażem, już nie podlegają.

Problem zaczyna się wtedy, gdy faza liminalna przeciąga się w nieskończoność, gdy rytuał przejścia nie może się normalnie zakończyć. Przykład? Niepogrzebane ciało – wierzący uważają, że dusza nie może wówczas zaznać spokoju, jest częścią innego świata, ale po części tkwi jeszcze w doczesności. Konkubinat – jak traktować żyjące w ten sposób osoby? Zapraszać ich na rodzinne uroczystości? Umożliwić odwiedziny w szpitalu?

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Nie mogę uwolnić się od wrażenia, że polski sektor edukacji przebywa właśnie w fazie liminalnej. Na masowym nauczaniu nieustannie celebruje się stosowne rytuały przejścia, o niezwykle długim horyzoncie czasowym. Z antropologicznego punktu widzenia są to rytuały podwyższenia: system oświaty ma bowiem awansować. Stać się dojrzalszym, lepszym, optymalnym. Ma porzucić formę larwalną, ewentualnie poczwarki i przekształcić się w motyla. I nie może. Nieustannie, od dłuższego czasu, jest gdzieś pomiędzy, albo nawet wraca do wcześniejszych stadiów. Funkcjonuje w strukturze, która narzuca pewien ład, by następnie dowiedzieć się, że to jeszcze nie koniec, że w jednym miejscu potrzeba uzupełnień, w innym porządek rytuału należy odwrócić, w jeszcze innym – wszystko anulować i zacząć na nowo. Czy to możliwe, że polska edukacja jest jak dusza błąkająca się po łez padole z nadzieją, ze za jakiś czas dostąpi łaski?

Polskie szkolnictwo w takim ujęciu jest niepełnosprawnym tworem, którego status w społeczeństwie jest co najmniej niejasny i naciągany. Co gorsza, podmiot tych działań – nauczyciele – są tego doskonale świadomi. Nie mogą być traktowani serio w sytuacji, gdy ich rola pozostaje niedookreślona, jako że jedyną pewną zmienną pozostaje… rzeczywistość zmiany. Rytuał podwyższenia traci rację bytu, jeśli jest nieustannie kwestionowany.

(...)

Zapraszam do lektury całego felietonu w lutowym "Dyrektorze Szkoły"

 

#metoo czyli lans na smutno?

Tomasz Kozłowski

(...) Historia uczy, że zmierzch imperiów zazwyczaj poprzedzają tematy zastępcze. Na ogół jest to koncentracja na zabawie, seksie i jedzeniu. Innymi słowy, upadek, niczym w Lucasowskiej sadze, poprzedza huragan braw. A jeśli nie jest to upadek, to temat zastępczy na ogół przykrywa mocno skorodowaną warstwę. Nie mogę uwolnić się od wrażenia, że podobny przypadek Zachód przerabia przy okazji głośnej akcji skrytej pod wymownym hashtagiem #metoo. Raptem Hollywood budzi się z dziwnego letargu i niesie się skowyt, który mówi: „i mnie molestowano!”. I do teraz – a piszę to z końcem listopada – nie jestem pewien, czy mamy do czynienia z rzeczywistym problemem, czy może z grą pozorów, która skrywa pod swoją powierzchnią jakiś dwubiegunowy paradoks.

Nie odniosłem wrażenia, by akcja #metoo powiedziała nam o kulisach (jakiego bądź) przemysłu, nie tylko przemysłu pop, cokolwiek nowego. Zgodnie z nowym, niedotykalskim paradygmatem, molestowany był również Lutek Danielak, tytułowy „Wodzirej” od Falka. W swych wysiłkach, by dochrapać się prowadzenia wymarzonej imprezy i usunięcia po drodze kilku brużdżących zawalidróg, robi wszystko, w tym również idzie do łóżka z jedną z bohaterek, wtajemniczoną w esencjonalne gierki. „No chodź!”, słyszy w pewnym momencie biedny, zmanipulowany Lutek od nieszczególnie ponętnej, nadgryzionej już zębem czasu matrony. I nasz Lutek idzie. Ale przecież nie o molestowaniu jest to film. Być może dlatego Lutek nie przeżywa traumy. Film nie ma też sequela, w którym bohater wypłakuje się terapeucie. Tematu po prostu nie ma.

Być może Hollywood potrzebuje terapii szokowej w postaci o 50 lat spóźnionej powtórki z Falka? Czy może jednak cała sprawa trąci od początku hipokryzją a długa lista pokrzywdzonych od dawna zalecza swoją traumę kompotem z zielonych? Falk zastosował tutaj inną wykładnię. Zamiast załamywać ręce nad tragedią Lutka, przyjął starożytną, acz wciąż aktualną zasadę: volenti non fit iniuria – chcącemu nie dzieje się krzywda. O ile mi wiadomo, zdecydowana większość zarzutów, które nagle wybiły na powierzchnię i polały się w stronę niesławnego producenta z Miasta Aniołów, dotyczy głownie molestowania, nie zaś gwałtu. I płynie od strony nie anonimowych, a rozpoznawanych twarzy. Logika? Spójność?

Ale i my mamy swoje nerwowe i niejednoznaczne drgawki. W połowie listopada można było natrafić na inne, symptomatyczne nowiny. Otóż w Polsce otworzono pierwszy przybytek, gdzie będzie można zaznać za pieniądze ludzkiego dotyku. Tyle że pozbawionego podtekstu erotycznego. Ale kto to wie. Bo skoro byle słowo czy gest może być molestowaniem, to co dopiero takie opodatkowane ocieractwo. Mowa oczywiście o miejscu (którego nazwy z przyczyn marketingowych nie wspomnę), gdzie za opłatą będzie można się poprzytulać. Znak czasów – nawet z drugim dnem. Po pierwsze, robi się po ludzku smutno, jeśli z wywiadów z twórcami podobnych miejsc wyziera istnienie nowej niszy: ludzie, nawet na co dzień funkcjonujący w rodzinach, potrzebują bliskości. Nie mają innych możliwości na obniżenie stresu, jak poprzytulać się do obcych za pieniądze. Po drugie, „przytulanki” – chyba można użyć takiego określenia? – twierdzą, że erekcja wśród klientów wcale nie należy do rzadkości, ale „jeśli nie przekraczają ustalonych granic, to OK”.

Tak czy inaczej, przytulanie obcych nagle oficjalnie odkleiło się od podtekstu seksualnego. Teoretycznie nie ma to nic wspólnego z bliskością podszytą erotyzmem. A może jednak ma? Formalnie chodzić tu ma o zdrową bliskość (choć mimo wszystko panowie wolą przytulać się do pań; ze mną jest analogicznie: rzadko mam okazję być profesjonalnie masowany, ale jeśli już mi się przytrafi, to mając do wyboru masażystę lub masażystkę – wybieram masażystkę. Obsługa takich centrów nie jest zdziwiona. Masażystka też). Podsumujmy: mamy się poczuć lepiej od dotykania się z inną osobą. Ma nam się wydzielić oksytocyna, dopamina i serotonina – cały wachlarz neurochemikaliów, który tryska co prawda w różnych stężeniach podczas różnych czynności, choćby wcinania czekolady, ale – umówmy się – również w trakcie i po stosunku. (...)

Cała spowiedź na łamach styczniowek "Odry" - zapraszam

Jak zarazić się oponką, czyli o zaglębiach depresji i epidemiach szczęścia

Tomasz Kozłowski

Parę lat temu zacząłem biegać. Było to na tyle dawno, by powiedzieć: biegałem jeszcze zanim było to modne. Niedługo potem zaroiło się od biegaczy. Oczywiście nie uważam, by moja decyzja miała duży wpływ na epidemię biegania, ale w myśl tego, o czym mówi Christakis, bardzo prawdopodobne, że zaraziłem tym bakcylem kilka zupełnie nieznanych mi osób, z którymi nie zamieniłem w życiu słowa, ba, których nie widziałem na oczy. Okazuje się bowiem, że wystarczy, by znajomy naszego znajomego biegał, a prawdopodobieństwo, że sami „podłapiemy” nowe hobby wzrasta. Christakis w swoich badaniach przeprowadzał obserwacje realnych sieci społecznych, tworzył również stosowne symulacje. W oby przypadkach okazywało się, że sieć wpływu daje o sobie znać również w przypadku znajomych trzeciego stopnia. Udowodniono, że prawdopodobieństwo zarażenia się nieznacznie, ale jednak, rośnie. Nagle, w regionie zupełnie nieczułym na określone trendy czy tendencje, startowało nowe ognisko. I nie miało to charakteru losowego. Podobne zmiany udawało się przewidzieć.

Podobnie jest w przypadku poziomu życia, mód a nawet tycia. Twój znajomy ma znajomego z brzuchem? Niestety, sam również jesteś już w grupie ryzyka. Cukrzyca? Nadciśnienie? Tu podobnie. Brzmi absurdalnie, ale to szczera prawda. Podobnie zresztą jest w przypadku stylu życia. Jeśli otaczasz się singlami a jesteś w związku, wzrasta prawdopodobieństwo rozpadu więzi. Twoi znajomi nieźle zarabiają? Ciesz się – twoje szanse również rosną. Statystyka nie kłamie. Trudniej o piękniejszy przykład bycia istotą społeczną: ludzie upodabniają się do siebie i wpływają nawzajem nawet nie znając się bezpośrednio.

Co więcej, okazuje się, że na analogicznych zasadach funkcjonują ludzkie nastroje. Poprzez naszą sieć możemy skutecznie modyfikować poziom naszego optymizmu bądź pesymizmu. Socjologowie badali i takie aspekty i okazywało się, że możliwe jest tworzenie najprawdziwszych map, na których uwidaczniają się kontynenty i archipelagi depresji i entuzjazmu. Wyspy szczęśliwe i depresyjne zagłębia faktycznie istnieją. 

(...)

Zapraszam do XI-go {slow}

Działkowiec - polskie stworzenie sawannowe

Tomasz Kozłowski

Ludzie to z natury gatunek zbieracko-łowiecki. Panowie polują, a panie zbierają grzyby i jagody. Dziś już okazji po temu jest niewiele. Ale nie znaczy to, że nie przetrwały pewne formy bytowania. Społeczne stosunki rodem z pradawnych plemion koczowników w najlepsze kwitną na polskich działkach.

Kiedyś spotkałem się z twierdzeniem, że nie ma w całym przebogatym języku angielskim dobrego terminu na określenie naszych swojskich ogródków działkowych. Anglosasi najwyraźniej nie praktykują, nie mają takiej tradycji, historii. Czy potrzeb? A i owszem, potrzebę już mają, choć może nie do końca o tym wiedzą. A skąd wiem o tym ja? To proste. Jeśli przyjrzeć się funkcjonowaniu „działek”, z łatwością można spostrzec, jak odbija się w nich, jak w zwierciadle, ludzka natura, tak polska, jak angielska.

Piszę to bez cienia przesady. Niby wygląda toto jak relikt PRL, który asymilowanym do miejsko-robotniczego życia chłopom oferował możliwość swobodnego powrotu do ogrodzonych siateczką źródeł, ale mimo wszystko funkcjonuje to w ramach respektujących z zadziwiającą precyzją ograniczenia ludzkiej psychiki. A przynajmniej, mnie samemu niezwykle ciężko jest uwolnić się od takich dywagacji, gdy sam mam okazję poprzebywać w tych przybytkach na kształt ni to ogrodu, ni to sołectwa, ni to tubylczego osiedla…

Jest jakiś magnetyzm, jakaś magia w tych wyłączonych niejako spod pędu miasta enklawach. Wielokrotnie widywałem podmiejskie autobusy wypchane po czubek dachu przedstawicielami – na ogół – generacji zstępującej, którzy, zupełnie niezależnie od siebie, urządzali prawdziwy exodus. Wysypywali się na ostatnim przystanku, obładowani torbami z obiadem, taszcząc niekiedy pożyczone narzędzia i zaszywali się za ogrodzeniem swoich ogródków. Można by to zwać typowo polską wariacją na temat odpoczynku, ale z drugiej strony… czy nie obserwujemy podobnych wariacji w amerykańskich suburbiach? Filmy przedstawiające sielankowe życie przedmieść odmalowują podobne obrazy: spokojnych ludzi z lubością podlewających przydomowe trawniczki. Panuje tam typowa sielanka klasy średniej. A zatem, jeśli zbliżony sposób na życie wynaleziono zupełnie niezależnie za wielką wodą, to być może drzemie w tych zachowaniach jakaś głębsza prawda, czerpiąca wprost ze spuścizny naszego gatunku? Czy ewoluowaliśmy do stadium rozleniwionego działkowca?

Tak mocno zżyliśmy się z rzeczywistością miast, albo lepiej – cywilizacji, że już niemal uznajemy ją za swoje naturalne otoczenie. Otóż błąd. Czasem staram się przełamać ten stereotyp na zajęciach prosząc studentów o przeprowadzenie prostego eksperymentu myślowego. Wyobraźmy sobie, że kasujemy ludziom całą kulturową pamięć, zerujemy owo dziedzictwo pozostawiając jedynie proste odruchy i zachowania wbudowane w nas biologicznie. Gdzie taki zresetowany osobnik instynktownie czmychnie w poszukiwaniu schronienia? W domyśle: skoro uciekać będzie jak zwierzę wypuszczone z klatki, to w jakim habitacie poczuje się jak w domu? Odpowiedzi padają różne. Niektórzy mówią o jaskiniach, inni o lasach… To ciekawe: człowiek jako gatunek egzystujący i rozwijający się w jaskiniach? Albo jako gatunek leśny? Wspinający się po drzewach, skaczący z gałęzi na gałąź jak Tarzan? Niekoniecznie. Gdyby było tak w istocie, nie mielibyśmy żadnych większych problemów z chodzeniem po nieznanych jaskiniach i lasach na przykład o zmierzchu. A jednak unikamy tych miejsc, otóż to, niejako „instynktownie”. Dla wielu zaskoczeniem jest, że Homo sapiens to gatunek… łąkowy, a dokładniej – sawannowy.

Echa tej prawdy łatwo odnaleźć w ogólnoludzkich upodobaniach estetycznych. Okazuje się bowiem, że bez względu na kulturowe dziedzictwo, ludzie z odległych zakątków świata bardzo lubią spokojne widoczki przedstawiające rozległe trawiaste równiny, w oddali majaczące górskie szczyty, a gdzieniegdzie poutykane samotne drzewa. Gdy do tego pojawia się jeszcze jakiś zbiornik wodny – jezioro lub rzeka – opcja jest idealna.

Warto przypomnieć, że zupełnie nieświadomie schemat ten powielany bywa w wizjach raju, który z jednej strony również nazywany jest ogrodem, ale najdoskonalszą jego egzemplifikację możemy odnaleźć w pisemkach Świadków Jehowy. Ludzie wszystkich ras i w każdym stadium rozwoju głaszczą owieczki i łagodne lwy właśnie na zielonych pastwiskach. Z tego wniosek, że nawet po śmierci najlepiej czuć będziemy się nie gdzieś wysoko, pośród chmur, w światłościach, a właśnie na sawannie. 

(...)

więcej już w nadchodzącym {slow}

zapraszam