Jacek Krzysztofowicz

Dziecko

fot. ginosphotos/istockphoto

Bóg, jak sądzę, nie mieszka w kosmicznej oddali ani za żadnym murem. Możemy Go zobaczyć w Dziecku, a więc też w każdym człowieku.

Kiedy myślę o religii, kiedy patrzę, w jaki sposób jest ona wykorzystywana we współczesnym świecie, to rzucają mi się w oczy dwie postawy.

Pierwsza – bardzo często przejawiana przez ludzi, którzy wychowali się w tradycji którejś z tak zwanych religii Księgi (czyli chrześcijaństwa, islamu i judaizmu) – odznacza się tendencją do wykluczania. Do dzielenia świata na swoich i obcych. Czasem mogłoby się wydawać, że najważniejszą rolą religii dla niektórych spośród ich wyznawców jest budowanie muru – pomiędzy wiernymi i niewiernymi, swoimi i obcymi, sprawiedliwymi i niesprawiedliwymi. Dla wielu wyznawców tych religii najgorszą herezją i kamieniem obrazy jest sugestia, że piekło może być puste, bo Bóg może chcieć być blisko wszystkich ludzi. Nie zaprzeczają wprawdzie, że w Księdze można znaleźć takie zdania jak: „On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 5, 45), niemniej jednak zawsze opatrzą je komentarzem rozpoczynającym się od sformułowania: Tak, ale...

Druga postawa polega na czymś dokładnie przeciwnym. Nie ma w niej wrogości wobec innych ani budowania murów. Jest za to bardzo mocne skupienie się na własnym „ja”. Można ją zaobserwować głównie u ludzi, którzy zafascynowali się religiami Wschodu. Na ogół nie jakąś jedną, konkretną, ale mieszaniną różnych elementów pochodzących z różnych tradycji, połączonych ze sobą w dowolnych proporcjach. Najbardziej pociągające w tak przeżywanej religii są idee wewnętrznego doświadczenia i samodoskonalenia, często jednak rozumiane nie jako niekończąca się nigdy żmudna duchowa wędrówka, ale jako stan, który znajduje się niemal w zasięgu ręki, możliwy do osiągnięcia tu i teraz. To dążenie do doskonałości nierzadko przybiera kształt, w którym zewnętrzny świat i inni ludzie są jedynie czymś w rodzaju niezbyt istotnej dekoracji.

Bardzo możliwe, że nie identyfikujemy się z żadną z powyższych postaw. Możliwe też, że praktykowanie religii jest w naszym życiu rozdziałem nigdy nie otwartym albo definitywnie zamkniętym. Prawie na pewno jednak nadchodzące święta Bożego Narodzenia w jakiś sposób dotykają czegoś w naszym sercu. Być może warto się temu przyjrzeć.
Kiedy więc poszukamy w sobie religijnych skojarzeń, słów i obrazów związanych ze świętami Bożego Narodzenia, to najprawdopodobniej przypomnimy sobie o szopce, aniołach, pasterzach, żłóbku, gwieździe, wołku i osiołku oraz – najbardziej – o Dziecku.

O Dziecku – bo Bóg przecież ma oblicze człowieka. Jeżeli On rzeczywiście się nim stał, oznacza to, że nie ma dla nas innego oblicza niż twarz człowieka. Że chce, abyśmy Go takim właśnie widzieli i że nie ma dla nas innej duchowej drogi niż spotkanie z człowieczeństwem drugiej osoby. Bóg, jakkolwiek Go pojmujemy, nie chce, aby Go spotykać w ruchu oddalania się od ludzi, bo On jest w ludziach. Tylko wtedy, gdy patrzymy w oczy drugiemu człowiekowi, pozwala nam zobaczyć coś z samego siebie.

Bóg, jak sądzę, nie mieszka w kosmicznej oddali ani za żadnym murem. Możemy Go zobaczyć w Dziecku, a więc też w każdym człowieku. Wydaje mi się, że jedyna prawdziwa duchowa ścieżka to ta, na której potrafimy widzieć ludzi – takimi, jacy naprawdę są, próbując ich nie oceniać i nie traktować jak narzędzia własnego rozwoju. Są oni bowiem znakiem obecności Boga, a dążenie do Niego jest tożsame z poświęcaną im uwagą.

Być może więc niczego innego, jak właśnie tej uważności i otwartości na innych winniśmy sobie, łamiąc się opłatkiem, życzyć.


Jacek Krzysztofowicz

Jacek Krzysztofowicz

jest teologiem i psychoterapeutą. Prowadzi terapię indywidualną osób dorosłych, małżeństw i par. Współpracuje z Polskim Instytutem Ericksonowskim w Łodzi.

Wstecz