Wewnątrzsterowność dla opornych

Tomasz Kozłowski

Rozmawiając ze studentami pierwszego roku poprosiłem ich o ocenę ogólnego poczucia strachu przed przyszłością, jakkolwiek rozumianego, gdzie 1 oznacza święty spokój, 10 – panikę. Średnia dla grupy oscylowała w okolicach 6,5. Powody do niepokoju? Moim skromnym zdaniem – o tak. Zwłaszcza, że gdy sam byłem na pierwszym roku bałem się dużo mniej, jeśli nie wcale. Moi znajomi również. Nie przerażała nas nawet myśl, że po socjologii – podobno – nie ma pracy. Większość absolwentów Da Vinci znajduje pracę w czasie krótszym niż miesiąc. A jednak strachu w nich dużo. Symptomatyczne?

Z innej beczki: jak sądzicie, czego jest więcej? Samobójstw, czy zabójstw?

Wydawałoby się, że zabójstw, prawda? A nieprawda. To dość przygnębiające, Czytelniku, ale zgodnie z policyjnymi statystykami, istnieje dziesięciokrotnie większe prawdopodobieństwo, że powiesisz się, niż że zostaniesz przez kogoś zgładzony. O samobójstwach po prostu mniej się mówi. Ale nie zmienia to faktu, że są stosunkowo częste. W Polsce nawet o wiele za częste. W całej Unii Europejskiej należy nam się ponury brązowy medal.

Naturalnie, etiologia takiej pełzającej epidemii jest bardzo złożona, ale jeden z czynników, które mogą dokładać się do tego wisielczego rezultatu, dokładnie opisał Stephen Joseph na łamach ostatniej książki pt. „Autentyczność. Jak być sobą i dlaczego jest to ważne”. Autor, psycholog, ale i praktyk, bazując na analizie wielu przypadków dochodzi do genialnie prostej diagnozy: brak autentyczności może na krótki czas oddalić od nas niewygodę poznawczego dysonansu (to ten zgrzyt, kiedy nasza wizja świata nie pasuje do rzeczywistości), wraca jednak ze zdwojoną mocą i znacząco obniża dobrostan.

Cóż, zbliża się koniec roku… kolejny czas podsumowań. Abstrahując od faktu, że podobne bilanse na ogół wychodzą na niekorzyść (tak bowiem pokrętnie skonstruowany jest nasz umysł, kto nie wierzy, niech zajrzy do Daniela Kahnemana), i tak wielu nie potrafi sobie ich odmówić. Wówczas uroczyście poprzysięgać będą sobie, że nadchodzący rok będzie inny. Poćwiczę, wezmę się za siebie, za swój rozwój, swoją pracę, swoje relacje, swoją rodzinę i dzieci… A po kilku miesiącach ocknę się nad klawiaturą komputera, za oknem będzie dogorywać dzień, resztki kawy zasychają w kubku, praca nie skończona, znienawidzony szef właśnie wyjeżdża na weekend do spa, a ja – zestresowany i zmęczony zastanawiam się, gdzie popełniłem błąd.

Depresja, zagubienie, wykorzenienie, nieprzystawalność, rozpad więzi – to bolączki XXI w., niedługo bardziej „skuteczne” niż udar czy zawał. Problem zdaje się dotyczyć coraz większej części populacji (czego wyrazem jest choćby popularność podobnych książek). Joseph przekonuje, że do znacznej części takich cierpień przyczynia się właśnie brak autentyczności: zaprzeczanie samemu sobie, negacja swoich emocji, uczuć, pragnień, ale i konformizm, koniunkturalizm, lizusostwo, oportunizm.

Oczywiście, podyktowane jest to niekiedy czynnikami wewnętrznymi, ale obecnie równie często, jeśli nie częściej, bywa rezultatem oddziaływania środowiska. Wystarczy uprzytomnić sobie całą perfidię tzw. „kultury deadline’u”. Pośpiech i nastawienie na profit sprzyjają upowszechnianiu się autorytarnego – w miejsce demokratycznego – stylu zarządzania. A jeśli tak, to zespoły pracownicze coraz częściej funkcjonują pod groźbą odpowiedzialności zbiorowej, jeśli coś idzie nie tak. Unika się tej ewentualności na co najmniej dwa sposoby: pierwszy to szukanie kozłów ofiarnych, drugi to właśnie totalny konformizm, przypochlebianie się, które skutkuje różnymi mniej lub bardziej poważnymi zaburzeniami.

Joseph identyfikuje „trzy kroki do autentyczności” (i znowu magiczna liczba 3, jak gdyby adepci nauk społecznych tworząc swoje typologie nie znali innych liczb, ale to akurat szczegół): poznanie siebie, stanowienie o sobie i bycie sobą. Każdy z tych elementów wymaga stosownego treningu i – przyznać trzeba – autor podaje cały wachlarz stosownych praktyk, które przy niewielkim wysiłku, za to stosowane uparcie i systematycznie mogą w znaczący sposób przyczynić się do budowania wyższej samoświadomości, nawet w tak wymagającej epoce jak nasza. Stres wciąż można zniwelować. Więzi można pogłębić. Żyć w zgodzie ze sobą - również. 

Brzmi jak new ageowa ściema? Niezupełnie. Już David Riesman pisząc jakieś pół wieku temu „Samotny tłum” skonstruował pojęcie jednostek wewnątrz- i zewnątrzsterownych. Ci drudzy – powiedziałby zapewne Joseph – ilustrują typ mniej autentyczny, mniej wsłuchany w siebie a bardziej zainteresowany opinią całego otoczenia. I tym sposobem Riesmanowskie typy osobowości w rzeczywistości usianej facebookowymi lajkami powracają w wielkim stylu.

To kanon psychologii społecznej, który w wydaniu Josepha tłumaczony jest na zrozumiały, przystępny język. Powiedzieć, że każdy znajdzie w tej książce coś dla siebie to nie utarty slogan. „Autentyczność” jest próbą diagnozy i odpowiedzią na wszelakie kryzysy tożsamościowe, których w dzisiejszych czasach trudno uniknąć i na które warto być przygotowanym. Autor stara się w zespół narzędzi wyposażyć nie tylko czytelników. Uwrażliwia ich również na pracę nad kondycją przyszłych pokoleń (dzieci i wnuków, które pod wpływem nowych mediów wydają się być szczególnie zagrożone).

Podsumowując – to książka bardzo potrzebna. Ale i pozycja dla odważnych. Wymaga szczerych odpowiedzi na kilka trudnych pytań. Warto na nie sobie odpowiedzieć. Jakoś nie mam zaufania do poradników, które oferują bezbolesną pomoc. Czy są na sali jacyś odważni?

Ostatecznie, kto powiedział, że życie zawsze ma być wygodne?

Szydło na tapecie

Tomasz Kozłowski

Uwaga! Nowy raport wizerunkowy Quantum już jest! Zapraszamy do lektury!

Na pierwszy ogień

Tomasz Kozłowski

Jeeeest!

Pierwszy raport naszego Instytutu stworzony przy współpracy z Press-Service Monitoring Mediów właśnie ujrzał światło dzienne.

IAS Quantum sprawdza kto i jak w mediach mówił o manewrach Zapad 17.

Polecam lekturę.

Cały raport do ściągnięcia o TU.

Dobra wiadomość jest taka, że... będzie więcej. I nie tylko o wojsku. 

Top15 piosenek nieoczywistych

Tomasz Kozłowski

Blog nazywa się popkiszka, więc będzie w temacie.

 

Tandeta. Nuda. Dziecinada. Masówa.

Niekoniecznie.

Z przykazań szczególnie bliskie jest mi jedno. Jedenaste. Będziesz słuchał piosenki przynajmniej dwa razy.

Poniżej przedstawiam mocno subiektywny ranking piosenek nieoczywistych, przebrzmiałych, dziwnych. A jednak wybitnych.

Kandydatów było wielu, walka zażarta. Oto ci, którzy przetrwali.

 

#15 Eight Wonder, "I’m not scared"

Gdyby menopauza była piosenką, brzmiałaby jak Captain of her heart duetu Double (takie niedodziałane Duran Duran), a kryzys wieku średniego brzmi jak „I’m not scared” Eight Wonder. Moje marzenie to usłyszeń cover tej piosenki w wersji unplugged. Jest tam wszystko: i ból, i wyrzut, i zawód, są sample, jest melorecytacja, i całe to bogactwo w aranżu skromniutkim jak kiecki Patsy Kensit. Może dlatego bas grany po prostu ósemkowanymi oktawami dziwnie pasuje. Co kilkanaście sekund całkowita zmiana klimatu. Co tu dużo gadać, „Bohemian Rhapsody” europopu.

 

#14 Kali x Pawbeats "Zwierciadło"

Przy okazji ostatniego Luxfestu słyszałem ich na żywo i płakałem ze śmiechu. Chyba wyszedłem na chama, to było wypisane w spojrzeniach. Ale w myśl XI przykazania – przesłuchałem drugi raz, czy aby nie ma tam czegoś jeszcze.

To jest jednak złe. Scrollujcie dalej.

 

#13 Ace of base "The sign"

Ten kwartet rozorał lata 90te i tak zostawił. Rana zabliźniała się długo. Album „Happy nation” był tyleż popularny co zły. Dopiero potem wydarzyło się coś, jakby zespół, pchany twórczą niemocą, mocno uderzył głowami o ścianę. Terapia szokowa. „The sign” w odróżnieniu od wcześniejszej TFUrczości był utrzymany w tonacji dur – co już zwiastowało miłą odmianę. Tak dla niepoznaki wstęp wciąż jest w moll, przez co pojawia się coś wcześniej w piosenkach Szwedów nieobecnego. Kontrast. Puls. Zabawa. Piosenka chyba dla samego zespołu okazała się zaskoczeniem – wyprodukowana i zaśpiewana z ochotą. Taki piękny łabędzi śpiew.

 

#12 The Corrs "Love to love you"

Ktoś kiedyś powiedział, że Pat Metheny i Sting to muzyka z najwyższej półki do kibli i wind. Z The Corrs jest w sumie podobnie. Tyle że przyjemniej się patrzy. Ale skoro z młócki można zrobić sztukę [patrz niżej], to i z jazdy windą się da. Może to nawet trudniejsze. Rodzeństwo Corr od lat ogrywa te same schematy – folkpopowe patenty na irlandzką nutę i całą energię ładuje w umiejętne skrywanie faktu, że ich piosenki gra się tak naprawdę jedną ręką. Podobnie jest z "Love to love you", które przez blisko dwie i pół minuty nie zaskakuje ani jednym nieoczywistym akordem, aż do "brake those pillars down". Dla tego kilkusekundowego wyciszenia warto nawet zaciąć się w windzie.

 

#11 Violetta Villas "Do ciebie mamo"

Gdyby Violetta urodziła się w Stanach, muzyka byłaby dziś inna. Najbardziej niejednoznaczna artystka polskiej sceny, skrzyżowanie Mieczysława Fogga z Madonną, śpiewany "Świat według Kiepskich": coś dla pospólstwa i dla bardziej wyrobionych. List do matki to dobrze zaaranżowany na orkiestrę kolaż rosyjskobrzmiących motywów z „Bolerem” Ravela (zwłaszcza te chromatyczne schodki z werblem pod sam koniec – Maurice by się nie powstydził). Jeśli kogoś wers "…ciemny jak ta noc!..." nie rusza – może mi się już nie kłaniać.

 

#10 Żółte Kalendarze "Ryk syreny"

Wspaniały resentyment. Zbankrutowani hipsterzy biorą kredyt aż z samej głębi lat 80-tych i produkują takie wysmakowane cudeńko, które przechodzi KOMPLETNIE bez echa. Jak?! To więcej niż piosenka, to dzieł transmedialne. Bez teledysku nie w pełni zrozumiałe. Wiele bym dał, żeby pląsać w tym gronie w kurtce do kolan i spodniach w kancik.

Brzmi i wygląda dziwnie? Poczekajcie półtorej minuty.

Wszystko się wyjaśni.

 

#9 Majka Jeżowska "Najpiękniejsza w klasie"

Jeżowska w swoim outficie wyglądała jak wilgotny sen pijanej czterolatki. Ale mimo tego, mimo słabego głosu dawała radę nawet w piosenkach dla dorosłych – czy ktoś pamięta duet z Prońko? "Najpiękniejsza" to dowód na to, że polskie reggae potrafi być oryginalne i niezłe. Melodia jest tak złożona, że prócz zwrotek i refrenów mamy coś jakby post-zwrotki i pre-refreny. Z czasów gdy kompozytor był zawodem wyuczonym a nie naumianym. Plus tekst, który rozmiękczy najdoroślejsze serca.

 

#8 Bajm "Ratujmy kosmos"

To zestawienie bez Beaty Kozidrak z zespołem byłoby niekompletne. Nie wiem, jakim cudem ten przeciętny przecież zespół wpadł na tak dobry pomysł. „Ratujmy kosmos” to jedna z najambitniejszych propozycji, które pojawiły się na zawsze dobrych soundtrackach z „Pana Kleksa” (jeśli ktoś wątpi w ich jakość niech posłucha sobie „Snu Adasia Niezgódki” tylko po to, by potem spuścić w kiblu wszystkie płyty Floydów). „Ratujmy” to trochę rockowe, trochę dyskotekowe granie, którego pomysłowość ujawnia się w detalach (akordy w drugim a nie pierwszym przewrocie, umiejętnie zapętlony refren, fajne efekty, nieobojętne przesłanie, no i najprzyjemniejsze – głos Beaty uciekający w przestrzeń pod sam koniec). Rarytasek na wycieczkę na Marsa w jedną stronę.

 

#7 Toni Braxton "He wasn’t man enough"

Długo zastanawiałem się, czy nie dać tutaj "You're makin' me high" ze stajni Babyface'a od czego majtki same spadają z hukiem, ostatecznie jednak wybór padł na produkcję Darkchilda. Stansfield w "Leonie zawodowcu" powiedział, że Beethoven jest kure*sko dobry we wstępach a potem strasznie nudzi. Darkchild jest zatem lepszy od Beethovena. Rzućcie kiedyś okiem na tę piosenkę live – gdy tylko zabrzmią pierwsze szesnastkowe akordy – publika szaleje. A potem jest tylko lepiej. Na ogół Braxton słynęła z pościelów dla średniowyrobionych. Oprócz pościelów ma jednaj w repertuarze mniejsze przeboje, które dziś już niewielu pamięta. "He wasn’t" to jeden z nich: doskonale zrównoważony, gdzie nisko, oszczędnie śpiewane zwrotki ulegają pod wysokim, ekspresyjnym refrenem. Wszystko jest w tej piosence na miejscu, jak w dobrze skrojonym deserku. Dobra sekcja rytmiczna, zwrotki niepostrzeżenie przechodzą w refren (a to lubię szczególnie, zwłaszcza w drugim podejściu), dobry bridge, smaczne wokalizy, bardzo dopracowany aranż. Pokojowa Nagroda Nobla.

 

#6 Charly Lownoise and Mental Theo "Wonderful Days"

…Czyli jak wynieść młóckę do rangi sztuki. Zastanawiałem się nad Ravers nature, zastanawiałem się nad wczesnym Scooterem (np. takie "Endless Summer"), ale te składy były wciąż za dobre. Lownoise i Theo to duet daleko słabszy, a mimo to happy hardcore wciąż się broni – to ogromna siła tego gatunku. Duet masakruje zawzięcie, co może. Słabe, krótkie sample, ordynarnie wchodzące ścieżki (żadnych fadingów), żadnych efektów, sztuczne, pretensjonalne smyczki, o TB-303 nikt tu nie nawet słyszał. A jednak łezka się w oku kręci.

 

#5 Spice Girls "Naked"

Spice Girls to była wokalna klasa niższa. Słychać, że dobrze opłacani spece musieli długo męczyć się nad dziewczynami z ulicy, by cokolwiek mogły w miarę bezboleśnie ubrać w dźwięki. Halliwell to chyba najsłabsze ogniwo kwintetu, może na spółę z Beckham, jednak nawet ona nie niszczy „Naked”, który bezelacyjnie jest najlepszym kawałkiem w całej dyskografii Spicetek i który – jak cnoty Prezesa – broni się sam. Ktoś miał nosa, by w tym kawałku postawić na melorecytację a jeśli na śpiew – to Mel C., bo najzdolniejsza. Piosenka na płycie dziwnym trafem nie błyszczy. Ale ma potencjał. I on brzmi świetnie w wykonaniach na żywo. Enjoy (the view)!

 

#4 Take That "Pray"

Były dziewczęta, czas na chłopców. Kto słuchał w młodości boysbandów nie musi mieć od razu powodów do wstydu, tym bardziej, że takie formacje jak Take That potrafiły grać całkiem przyzwoity pop. Teksty były na jedno kopyto, muzyka zresztą też, ale zdarzały się przebłyski. "Pray" to dobry przykład, choć minusem już na początku jest chyba najbardziej zjechany w historii muzyki rozrywkowej podkład perkusyjny – schemat mocno spopularyzowany przez Enigmę i "Sadeness". Barlow nie jest najlepszym wokalistą, śpiewa z trudem, gardłowo, ale miał szczęście do co lepszych singli – urok "Pray" szczególnie uwidacznia się w bridge’u, w momencie, gdy sekcja rytmiczna na dwie sekundy zupełnie cichnie. Chyba jedno z najładniejszych przejść do solówki (ostatecznie takiej sobie) w połówce 90tych lat.

 

#3 Funky Filon "Chinka Czikulinka"

Ta piosenka to największe nieporozumienie III RP. W warstwie lirycznej odebrano ją jako rasistowską i nikt nie dostrzegł tam, o ironio, ironii. W muzycznej zaś jest to arcydziełko spolszczonego funku. Rap Filona ma tyle wspólnego z rapem co Paschalska z aktorstwem, ale ponieważ piosenka nie jest do końca serio – można mu to wybaczyć. Poza tym Filon ma szczęście do dobrych muzyków sesyjnych i to słychać już od pierwszego taktu. Bardzo lekkie, jazzujące akordy sprawiają, że podkład nie narzuca się i pozwala zabłysnąć innym muzykom. Czy ktoś uchwycił ten doskonały, pląsający, wesoły bas? Jest tam wszystko, i wesoły aranż, i podbity refren, i przesunięty rytm, wreszcie całkiem klimatyczne outro. Niestety - dla ogółu okazało się za dużo i za trudno.

 

#2 Ryszard Sielicki "Sroczko gadatliwa" [ok. 1:36]

Tak niewielu zdaje sobie sprawę, że trzeba mieć kawał wyobraźni, żeby pisać dobrą muzykę dla dzieci. Jeśli chcecie mieć osłuchane, wrażliwe dziecko – kupujcie w ciemno bajki z muzyką Sielickiego. Wam też wyjdzie na dobre. Można tu dać cokolwiek, ja wybrałem "Sroczkę gadatliwą" z "Kubusia puchatka". Fagot, klarnet, ksylofon, flet. Jedno przesłuchanie = jeden grzech mniej.

 

#1 Jurij Shatunov, "Bielyje Rozy"

Piosenka-hymn. I wcale nie chodzi o to, że jest to swoisty manifest metasłowiańskiej wiochy, która zajarała się keyboardem z komunii. Ta piosenka w warstwie melodycznej pozostaje niezwykle sprawnie skonstruowana i to począwszy od pierwszej nuty, która nienachalnym przedtaktem rozpoczyna zwrotkę, na sentymentalnym, tęsknym wołaniu w refrenie skończywszy. Rosyjskobrzmiące skale i akordy ujmują – najładniej tę manierę słychać w wersie "U wsiech na głazach ja ceławat' i gładit' gatow" – przemycone przez Jurija równie sprawnie jak w Dwójce Rachmaninowa. To przede wszystkim absolutnie niedoceniony kanon pieśni ogniskowej, zdziwicie się, jak przy akompaniamencie samej gitary ten potworek przeistacza się w piękny erotyk. Nie powstydziłby się tego Wysocki, Okudżawa zresztą też. A pokolenie X, miast wyśmiewać, szarpałoby struny jak Reksio szynkę.

Co znajdziesz w {Slow} 11?

Tomasz Kozłowski

Do Waszych rąk właśnie trafiło limonkowe Slow. Na zimę - jak to na zimę - outfit szykujemy chłodniejszy, turkusowy.

Nadchodzący numer opatrzyliśmy hasłem „Sieci”. Sieci przenikają, otaczają, chwytają, ograniczają, zbierają. Zmieniają. Siebie, świat, kulturę, nas. Jedne żyją. Inne mówią. Jeszcze inne myślą. Przejawy usieciowienia możemy obserwować w wielu obszarach, odsłonach i modalnościach. Bo to motyw głęboki i zaskakujący.

Ich oddziaływanie można odnaleźć w zupełnie nieoczekiwanym momencie. Spróbujcie ich poszukać w naszych tekstach na zimę. 

W zimowym {Slow} czekają na Was nasze stałe działy a w nich m.in.:

1)     Re:Vision: Wpływ medytacji na neurony; Epidemie szczęścia i zagłębia depresji; Reportaż z opuszczonego szpitala psychiatrycznego w Wolterze;

2)     Podróże: Alaska śladami Chrisa McCandlessa; Islandia w obiektywie drona i nie tylko; Wiedeńskie wariacje na temat Świąt;

3)     Kultura: Polski komiks: jaki był, jaki jest, jaki będzie; Kieślowski wiecznie żywy; Obcy w kulturze;

4)     Architektura/Design: Sieci trendów i współczesne dworce;

5)     Lifestyle: Pułapki codziennych przyzwyczajeń; Mindfulness i relacje interpersonalne; Spokój w erze Facebooka; Dekalogi białych kołnierzyków;

6)     Appétit: Królowa dań w różnych regionach (i mało znanych odsłonach); Ryba według Tajów; Kiszonki;

A to tylko część!

Internet, neurony, pamięć, ludzie, historie, wizje…

W {Slow}11 przekonacie się jak twórczość Kieślowskiego odbija się we wrażliwości innych artystów, jak czyjeś szczęście wpływa na nasze samopoczucie, jak wyplątać się z uścisku korpo-ładu i samotnie zamieszkać w autobusie pośrodku głuszy, jak neurony zmieniają nasze postrzeganie świata, jak nie zwariować w sieci pseudoznajomych i jak stare receptury na nowo budzą się do życia. Wśród autorów Marcin Fabjański, reportażysta i filozof, producentka filmowa Dorota Paciarelli, pisarka Izabela Szolc.

I wiele więcej.

Zapraszam

Efekt motyla

Tomasz Kozłowski

Pochodzę z Konina i chyba nie przesadzę, gdy powiem, że w moim rodzinnym mieście co prawda było i jest nadal kilka liceów, ale jakoś tak wyszło, że w zasadzie tak naprawdę liczyły się tylko dwa. I tu też bez finezji: I-sze i II-gie. Pomiędzy tymi najprężniejszymi ośrodkami nastoletniej myśli konińskiej trwała w najlepsze niepisana zimna wojna. A za tą rywalizacją maszerował pochód stereotypów. Potęga tradycji vs. powiew nowoczesności. Stary Konin vs. Nowy Konin. Świetni ścisłowcy vs. wszechstronni humaniści. „Mędrca szkiełko i oko” vs. „miej serce i patrzaj w serce”.

Moim czteroletnim przystankiem w drodze na studia było akurat II LO, za mej kadencji bezimienne, od kilkunastu lat im. K.K. Baczyńskiego. W mym przekonaniu – do dziś – najlepsze. Można się nie zgadzać, nie szkodzi, stara miłość nie rdzewieje. W szczególności wiosną, gdy nachodzi mnie wspomnienie matur i gdy coś człowieka gniecie pod mostkiem.

A jesienią, jak dziś, gdy pojawia się tyle około-edukacyjnych świąt i gdy wakacje są już historią, człowiek tym bardziej wraca myślą do szkolnych korytarzy. A jak znajdzie jeszcze chwilę lub dwie, zdarza się, że poduma nad tym, co, kto i kiedy przeorał mu późniejszy – bardziej już dojrzały – światopogląd. Bywa czasami, że zadziała tu efekt motyla: niedostrzegalna zmiana powietrza z biegiem czasu powoduje na drugiej półkuli tajfun. Tak chyba było i w moim przypadku. Za mój efekt motyla, pewnie jeden z wielu, odpowiadała genialna polonistka, mówmy o niej „Profesor Anna”.

(...)

Więcej o Profesor Annie już niebawem w październikowym felietonie w "Dyrektorze Szkoły" :)

fot. Sami Sert/istockphoto

Sprawdzam

Marcin Jaroszewski

To właściwie miała być formalność – chciałem upewnić się, co do skuteczności motywowania z wykorzystaniem wzbudzania pożądanych emocji, których siłę oddziaływania wzmacnia dodatkowo metaforyczny charakter komunikatu.

Popyt na chandrę

Tomasz Kozłowski

„Jestem melancholikiem i jestem z tego dumny”.

Z takim zdaniem wielu mogłoby się utożsamić, w tym również i ja sam. Wiem to od czasu, gdy usłyszałem, że „jestem depresyjny”. Co nie znaczy, że mam depresję. Ot, w przekładzie na polski, lubię zrzędzić. A przynajmniej tak to zrozumiałem. Ale nie w tym rzecz, mam wrażenie, że ci „depresyjni” to już nie odosobnione przypadki, ale masowy trend. Wisielczy nastrój może być już czymś więcej niż chwilowym, indywidualnym zaburzeniem: mam na myśli modę, a to już zjawisko trwalsze.

Późną jesienią mam osobliwy rytuał. W jednym z poznańskich klubów w tym czasie zazwyczaj urządza sobie popas jakaś gotycka kapela. Idę na taki koncert nie po to, by wsłuchiwać się w ich egzaltowane teksty. Wersy o płaczących krwią niebiosach, upadłych aniołach, bezsensie życia, tęsknocie za słodyczą śmierci, bólu istnienia – po prostu mnie śmieszą. Mimo to chodzę w takie miejsca, by obserwować młodzież (młodszą i starszą) gotową spijać słowa z ust trupiobladych wokalistów. Fani takich grup na ogół powciskani są w kruczoczarne fatałaszki, jak w filmach o wampirach klasy C lub D. Mogą to być rozkloszowane koronkowe suknie, sznurowane od kostek po same szczęki gorsety, i tak dalej. I makijaż! Czerń i biel. Ewentualnie kropla czerwieni, bo nawet trupie serca tłoczyły wcześniej jakąś tam krew. …I to czarne morze na dźwięk wybranych refrenów, zaczyna ożywać i faluje. Ale rytuałowi temu bliżej jest do samobiczowania, niż do tańca. Trochę jak w „Sali samobójców”. Czego to ludzie nie wymyślą! Doświadczenie – jak dla antropologa – bardzo ciekawe, za każdym razem.

Może myślisz, drogi Czytelniku, że podobne zjawiska są generalnie rzadkie, że to pewne ekstremum. Otóż nie! Może jest tak w kwestii formy, ale nie treści. Dowód? Proszę bardzo. Wakacje się skończyły. No i się zaczęło. Back to work blues, czyli pourlopowa bolączka powrotu do pracowniczego kieratu zbiera swoje żniwo. Blues tego typu pobrzmiewa już w ostatnich dniach wakacji, jednak prawdziwe serenady mają miejsce po przekroczeniu progu zakładu pracy. Ponowne przysposabianie do czynności tak słodko zaprzestanych potęguje wrażenie życiowej porażki: idę tylko do pracy, jak zawsze, a czuję się, jakbym wstępował na szafot. Ratunku!

I nieważne, do jakich wniosków dochodzimy. Idziemy na biurową kawę i nagle okazuje się, że nie jesteśmy sami. Szybko rozmowy na temat tego, jak bardzo komu się po wakacjach nie chce, zaczynają przypominać licytację. Zupełnie tak, jakby był to jakiś pokrętny sposób chwalenia się przed całą resztą. Kto kogo przebije?

(...)

...Więcej w jesiennym SlowLife Food & Garden!

Historia pewnego czworonoga

Tomasz Kozłowski

Czy mówiłem już, że mam kota? A dokładniej kotkę. Mam. To, że ją mam jest bardziej wymowne, niż można by sądzić. Bo już miałem ją wydawać.

Nie dorobiłem się jakichś sensownych dobrych zdjęć. Pomogę sobie Googlem. Mały dziko umaszczony abisyńczyk – Lola jakieś pięć lat temu – wygląda tak:

Forma dorosła – i Lolens dziś – prezentuje się tak:

Można się zabujać? Można jak cholera.

Mimo to po pewnym czasie każdy miał jej po kokardę, jako że Lolka upatrzyła sobie tylko mnie, a całą resztę traktowała chłodno. Tak to z kotami bywa, że jak sobie człowieka wybiorą na przewodnika stada, to nie chcą się nim dzielić, nawet (w szczególności) z jego własną żoną, nie mówiąc już o reszcie rodziny. Do przewodnika stada zresztą też jakoś kontrargumenty niezupełnie po prostej trafiają. Nikt nie chciał o niej słyszeć, choć przyznawał ku memu zadowoleniu: spójrzcie jak ona na niego patrzy! Co z tego, skoro generalnie syczy. I nie daje się głaskać. I w końcu zagryzie której nocy! Tomek, odpuść sobie to zwierzę.

Życie na przekór wszystkim i wszystkiemu staje się na dłuższą metę nie do zniesienia.  

Zacząłem się zatem powoli przyzwyczajać do myśli o rozstaniu z moją sierściuchą, prawdopodobnie najlepiej wytresowaną w tej części Europy – gotową turlać się na komendę, podawać łapę, prawą, lewą, dawać lekkiego buziaka w czubek nosa, obchodzić dookoła, no, czego dusza zapragnie – ze świadomością, że pewnie amputuję jej spory kawał rozumienia świata. Sobie zresztą też. Trudno mi było pojąć, że już nie będzie: jej pourlopowych powitań od samych drzwi (i podłogi wzorowo zarzyganej z tęsknoty i stresu), zwalania mnie z poduszki w środku nocy, ciasta poobgryzanego z kruszonki, budzenia z łapką na policzku, gruchania z prośbą o napełnienie michy, towarzystwa przy myciu zębów, a z mojej strony – wąchania poduszki, która pachnie sierścią i sierści, która pachnie poduszką, jedzenia śniadań z nią na kolanach, dzielenia się z nią boczkiem z jajecznicy (wiem, nie powinienem), brzucha obolałego ugniataniem, ściągania z klawiatury laptopa albo z najwyższego regału, brania śpiącej kulki nocą z fotela do łóżka.

Już, już szukałem jej spokojnych zastępczych kolan należących do jakiejś cierpliwej emerytki.

To było ładnych kilka miesięcy temu.

I wiecie co? Wciąż tu jest.

Nie pytajcie mnie, jak to zrobiła.

Długo mówiłem jej: "ja cię tylko bardzo lubię, Loluś". Już jej tak nie mówię i chyba jej to pasuje. Mruczy i mruży oczy. 

Back to work blues...

Tomasz Kozłowski

...w tym roku mnie dziwnym trafem ominął.

Czego i Wam życzę!