Wieści

Nie lubię, więc jestem

Media społecznościowe, a zwłaszcza Facebook, kojarzą się z wszechobecnym über-prawem do lajkowania. Rzec by można, że przyrodzonym przywilejem każdego internauty jest wyrażanie siebie przez klikanie małej, niebieskiej ikonki z podniesionym kciukiem. Jesteśmy tym, co lubimy. Od pewnego czasu najpopularniejsza społecznościówka świata pracuje nad przyciskiem nielubienia. Głosy, by go wprowadzić słyszane były od dawna, ku przerażeniu producentów, obawiających się wylania – przy najmniejszej okazji –wezbranych fal hejtu. Sam fakt, że internauci zgłaszali taką potrzebę, każe spojrzeć na świat mediów społecznościowych w odrobinę szerszym kontekście: nie wystarczy, że coś lubię. Mam prawo do nielubienia i zamierzam je wykorzystać.

Skąd ta potrzeba? Czy nie wystarczy, że od nielubianych osób, treści, produktów po prostu odwracam się i serfuję po innych, odleglejszych falach cyber-oceanu? Okazuje się, że nie. Funkcjonowanie człowieka w grupie opiera się na nieustannym poszukiwaniu kompromisu pomiędzy potrzebą konformizmu a chęcią bycia wyjątkowym. Innymi słowy, większości z nas nie marzy się ekscentryzm, w gruncie rzeczy chcemy być jak inni, ale na swój sposób, na własnych zasadach. Bez możliwości powiedzenia „nie lubię” – dookreślenie tychże zasad byłoby znacznie trudniejsze.

Ale czy przycisk nielubienia tak wiele zmieni? Wszak o polityków, sportowców, celebrytów, uchodźców, a nawet o produkty i programy telewizyjne już teraz toczymy zażarte wojny. Nielubienia – bez przycisku, ale w komentarzach – jest tam aż nadto. Guziczek Zuckerberga nieszczególnie zmieni tę sytuację. O wiele łatwiej jedynie będzie odnotować, komu, czemu nie sprzyjam. Tylko co z tego, skoro internet ma tak krótką pamięć? Kto z nas pamięta nielubiane filmy, książki czy partie polityczne naszych dwustu facebookowych znajomych? Kto potrafi wymienić choćby pięć ich znienawidzonych potraw, czy płyt CD? A przecież wiele z tych informacji już tam jest, zawartych w komentarzach i opiniach! To dowodzi, że jest wiele sfer, w których można otwarcie nie lubić, bez ryzyka towarzyskiej anatemy. Ale to obszary względnie bezpieczne, jako że nie odnoszą się do bezpośrednich relacji z innymi, nieanonimowymi ludźmi. „Nie lubię Amy Winehouse” to znacznie mniej niż „nie lubię ciebie”.

Przycisk nielubienia może okazać się balansowaniem na cienkiej linie. Media społecznościowe kreujące sieci wzajemnych znajomości cechują się szczególną homeostazą. Przebywając w tym sztucznym świecie społecznym można odnieść wrażenie, że nie ma bardziej przyjaznych stworzeń na ziemi, niż ludzie. Niemal każdy z użytkowników Facebooka ma dziesiątki a nawet setki znajomych. Są to nie tylko dobrzy przyjaciele, ale dawni znajomi a nawet ludzie ledwo poznani, na weekendowej imprezie, z którymi prawdopodobnie nigdy się już nie zobaczymy. Z zewnątrz może to przypominać prawdziwą orgię wszechlubienia. Ponieważ występujemy tam pod swoim imieniem i nazwiskiem, wolimy udawać, że wszystkich szanujemy i lubimy oraz chwalić się tym, że wszyscy szanują i lubią nas. Psychologia nie od dziś wie, że jest to niemożliwe. Być może stąd właśnie bierze się część zaburzeń u osób uzależnionych od socialmediów: nie umiemy żyć w świecie, w którym wszystko i wszyscy są okay. Osób, które darzymy rzeczywistą sympatią jest o wiele mniej, Facebook tworzy jednak cukierkową ułudę, którą lubimy pieścić ego wtedy, gdy nam to pasuje, skrywając swoje bardziej zróżnicowane motywy, obawy, interpretacje i emocje.

Przycisk nielubienia może ten idylliczny porządek rozsadzić. Dziś pod zdjęciami ślubnych par, ultrasonograficznych skanów ciąż, relacji z rodzinnych wakacji rozwijają się długie listy gratulacji, pozdrowień i życzeń Bóg wie czego. W trybie offline owe skrywane mdłości znajdują ujście: na ślubie wyglądała beznadziejnie, dzieci ma głupawe, jej mąż przypomina pawiana a ich wakacje były ultrawiejskie i megatanie. Nauki ewolucyjne podpowiadają, że opłaca się być miłym, bo w dłuższej perspektywie czasowej życzliwość powraca: nasze „stado” dobrze pamięta i tych lojalnych, i zdrajców. Problem jednak w tym, że chęć przyłożenia komuś może okazać się trudna do przezwyciężenia: pokus jest zbyt wiele, a i znajomi bywają lepsi i gorsi. Stać nas na to poświęcenie.

Co zwycięży: chęć życia w lukrowanym śnie czy ujawnienia prawdziwych myśli i motywów? Przypomina to sytuację z humorystycznego obrazka, na którym bohater oświadcza: zażyłem właśnie paczkę proszków na przeczyszczenie i drugą – środków na biegunkę. W moich jelitach musi trwać teraz niezła wojna…
Cokolwiek się szykuje, obyśmy wyszli z tego cało!

Tomasz Kozłowski, socjolog, adiunkt w Katedrze Pedagogiki Collegium Da Vinci w Poznaniu. Zajmuje się socjologią popkultury, psychologią ewolucyjną oraz społeczno-kulturowymi aspektami dobrostanu. Na naszym portalu prowadzi blog „Popiszka”

grafika: jehsomwang/shutterstock.com

Wstecz

comments powered by Disqus