Wieści

Samotność

Z badań wynika, że możemy się cieszyć szerszym i bardziej różnorodnym kręgiem znajomych niż kilkanaście lat temu, jednak od 12 do 23 procent współczesnych Amerykanów nie ma z kim porozmawiać (w 1985 r. odsetek ten wynosił osiem procent). I nie chodzi tu bynajmniej o samotnych emerytów, przesiadujących całymi dniami na ławce w parku i dokarmiających gołębie. Najbardziej samotną grupą Amerykanów okazują się być osoby w średnim wieku. Jedna trzecia badanych w wieku od czterdziestu pięciu do czterdziestu dziewięciu lat twierdzi, że nie ma się komu zwierzyć. W Wielkiej Brytanii najbardziej samotni czują się młodzi dorośli pomiędzy osiemnastym a trzydziestym piątym rokiem życia. Jak gdyby tego było mało, reprezentatywna ankieta zamówiona w 2010 r. przez brytyjską Mental Health Foundation wykazała, że jedna czwarta Brytyjczyków we wszystkich grupach wiekowych nie czuje emocjonalnej więzi z innymi ludźmi, a jedna trzecia nie czuje związku z szerszą społecznością.

Robert Putnam, socjolog z Uniwersytetu Harvarda, w 2000 r. jako pierwszy podniósł alarm, ostrzegając przed obywatelską apatią w książce Samotna gra w kręgle, o której mówi się, że wywołała ogólnokrajową debatę na temat tego, czy Amerykanie rzeczywiście w coraz mniejszym stopniu angażują się w życie wspólnot lokalnych. Niezależnie od tego, czy malejąca liczba klubów brydżowych i lig kręgli rzeczywiście oznacza erozję zaangażowania społecznego, jedno jest pewne: Amerykanie nie mają monopolu na samotność. W Unii Europejskiej jej skala jest różna w zależności od kraju, ale można bezpiecznie stwierdzić, że wśród obywateli państw byłego bloku socjalistycznego, między innymi Ukrainy, Rosji, Węgier, Polski, Słowacji, Rumunii, Bułgarii i Łotwy, głęboką anomię odczuwa niebotyczny odsetek dorosłych – około 34 procent.

To jeszcze jeden z powodów, dla których jestem wdzięczna moim dziadkom, że opuścili Europę i osiedli w Kanadzie, w której przynajmniej 80 procent osób po 65. roku życia deklaruje częste spotkania z rodziną i przyjaciółmi, aktywność społeczną, chodzenie na  koncerty i imprezy sportowe (głównie mecze hokeja). Nie wiem, czy te 19 procent, które uznaje się za samotnych, rzadziej wychodzi z domu, jednak z danych wynika, że to jakość ich interakcji jest bardziej znacząca niż ilość. Ta sama zasada dotyczy Amerykanów – na całe szczęście, ponieważ ich „wioski” się kurczą. Gdy badacze przeprowadzający Generalny Sondaż Społeczny (General Social Survey) zapytali tysiące Amerykanów w różnym wieku „Z kim omawiał/a Pan/i ważne dla siebie sprawy w ciągu ostatnich sześciu miesięcy?”, odkryli, że liczba wartościowych relacji międzyludzkich w USA gwałtownie spadła w ciągu ostatnich dwóch dekad. W 1985 r. Amerykanie mieli średnio po trzech powierników, w 2004 r. – mniej niż dwóch, wliczając członków rodziny. Krótko mówiąc, zmalała liczba osób, na które mogli liczyć. „Utrzymujemy relacje z wieloma ludźmi”, mówi Matthew Brashears, profesor socjologii z Cornell University, jeden z autorów tego badania, „jednak to pytanie dotyczy wyjątkowo silnych więzi z osobami, do których możemy się zwrócić w razie kłopotów, np. gdy brakuje nam pieniędzy. To najważniejsze osoby w życiu, więc ich liczba jest zwykle mała.” (...)

Rodzaje samotności
Samotność to uczucie osamotnienia, pozbawienia bliskości, tęsknoty za towarzystwem drugiego człowieka – w odróżnieniu od sytuacji, w której jesteśmy fizycznie sami. O tym, żeby mieć czas tylko dla siebie, wielu z nas często wręcz marzy, jak słusznie stwierdzają Susan Cain i Anthony Storr w swoich książkach Ciszej proszę oraz Samotność. Samotność, o którą mi chodzi, nie ma nic wspólnego z tym świętym spokojem, kiedy możemy swobodnie pomyśleć lub popracować, lecz jest przygnębiającym stanem psychicznym. Z danych wynika, że obecnie około jedna trzecia z nas odczuwa samotność, czasem bardzo dotkliwą. „Badania na temat samotności, prowadzone głównie w krajach Zachodu, ujawniły, że niezależnie od czasu, samotność zgłasza zawsze od dwudziestu do czterdziestu procent starszej dorosłej populacji, a w przypadku pięciu do siedmiu procent jest to uczucie intensywne i trwałe”, pisze John Cacioppo i jego współpracownicy. Kiedy pisałam tę książkę, trzy kobiety – po trzydziestym, pięćdziesiątym i sześćdziesiątym roku życia – powiedziały mi, że mieszkanie w pojedynkę daje się znieść w dni robocze, kiedy jest się zajętym pracą, jednak weekendy bardzo przygnębiają. „Płaczę w każdą sobotę”, wyznała mi 37-letnia Veronica, kiedy spotkałam ją w szatni na siłowni, „samotność jest wprost nie do zniesienia.”

Uczucie samotności jest równie dotkliwe, jak potężny głód lub pragnienie. Nic dziwnego, twierdzi Cacioppo, skoro ludzkie mózgi ewoluowały w czasach, gdy jedność społeczna oznaczała przetrwanie, a izolacja – głód, zagrożenie ze strony drapieżników i niechybną śmierć. Jeśli nasze wielkie mózgi ewoluowały w kierunku interakcji, to samotność jest swoistym systemem wczesnego ostrzegania – wbudowanym alarmem, wysyłającym biologiczny sygnał do jednostek, które z jakiegoś powodu odłączyły się od grupy. Podobnie jak głód czy ból fizyczny, samotność tak naprawdę mówi: „Ej, ty! Jeśli prędko nie znajdziesz swoich (albo oni ciebie) – już po tobie”.

Tak jak intymny kontakt twarzą w twarz pełni funkcję ochronną – wzmacnia nasz układ odpornościowy oraz sercowo-naczyniowy, a nawet podnosi nasz poziom inteligencji w skali całego życia – tak samotność wywiera wprost przeciwne skutki. Brytyjski epidemiolog Andrew Steptoe doszedł w swych pracach do wniosku, że uczucie osamotnienia nasila stany zapalne i zwiększa podatność na stres, które to czynniki wiążą się z chorobami serca, a także upośledza naszą zdolność do zapamiętywania faktów i rozwiązywania problemów. Samotność jest szczególnie niebezpieczna dla kobiet. W pewnym badaniu przeprowadzonym na dużej próbie Japończyków w średnim wieku okazało się, że najwyższe ryzyko zgonu występowało wśród kobiet, które rzadko miały szansę spędzać czas z rodziną. Kobiety są również bardziej podatne na odczuwanie konsekwencji samotności swoich przyjaciół, ponieważ w ich sieciach społecznych uczucia dużo łatwiej się rozprzestrzeniają. Inne badania wykazują jednak, że brak bliskości dokucza w równym stopniu kobietom co mężczyznom. John Cacioppo i jego współpracownicy odkryli, że samotność podnosi poziom kortyzolu oraz ciśnienie krwi, a w rezultacie uszkadza narządy wewnętrzne osób dorosłych be względu na płeć, wiek czy etap życia.

Skąd biorą się ci wszyscy samotni ludzie?
Z badań wynika zatem, że niezależnie od grupy wiekowej przewlekła samotność jest problemem zdrowia publicznego, a nie stanem egzystencjalnej egzaltacji. Tymczasem kultura popularna traktuje ją w sposób dość niefrasobliwy. Nagłówki takie, jak „Wylecz się z lęków przed samotnikami” (ang. Get Over Your Loner Phobia) czy „Posiłek w rytmie Twittera” (ang. Eat to the Tweet), sugerują, że czymś dziwacznym jest przyznanie się do poczucia samotności, kiedy mieszka się w pojedynkę, lub wyobrażanie sobie, że inni też mogą mieć podobne odczucia. Lee Rainie z projektu Pew Internet oraz kanadyjski socjolog Barry Wellman, guru w dziedzinie elektronicznych sieci społecznych, we wspólnej książce Networked wyśmiewają tekst piosenki Beatlesów „Eleanor Rigby”: All the lonely people, where do they all come from? (Skąd biorą się ci wszyscy samotni ludzie?). Autorzy  – sceptyczni wobec opinii, jakoby czas spędzany przed ekranem przyczyniał się do samotności – uważają za błędne założenie, że „interakcje przez Internet zawierają mniej informacji społecznych i komunikacji, a zatem mogą prowadzić do zaniku relacji”. Według nich bardzo silnie wyczuwamy obecność osób, z którymi komunikujemy się online. Uczulają też, aby nie mylić kanału z komunikatem, i w zaskakujący sposób puentują swój wywód: „Ludzie rzadko nawiązują przez Internet interakcje z nieznajomymi”.

Niezaprzeczalny jest jednak fakt, że z powodu zasięgu i wygody, jakie oferuje Internet, wielu z nas obecnie żyje, robi zakupy, uczy się i pracuje w pojedynkę. Skoro treść wykładów trafia do sieci i jak grzyby po deszczu pojawiają się otwarte kursy online (ang. massive open online course – MOOC), wielu studentów nawet się nie fatyguje, żeby wyjść ze swojego pokoju. W połowie XX wieku, gdy dominującym środkiem transportu stał się samochód, z wielu amerykańskich planów zagospodarowania przestrzennego zniknęły chodniki. Teraz do lamusa odchodzą urzędy pocztowe, kioski z prasą, księgarnie i sklepy płytowe – miejsca, do których jeszcze kilka lat temu masowo uczęszczaliśmy, przy okazji się spotykając. To prawda, istnieje wiele miejsc i aplikacji online, które łączą ludzi, zaś na rogach ulic więcej jest kafejek internetowych niż supermarketów. Internet rzeczywiście pozwala nam bardziej wybrednie dobierać znajomych – przynajmniej jeśli chodzi o spotkania bezpośrednie. Niektóre badania sugerują, że dzięki urządzeniom z dostępem do Internetu jesteśmy mniej solipsystyczni, bardziej zaangażowani w sprawy otaczającego nas świata. „Korzystanie z sieci nie odciąga ludzi od miejsc publicznych, wręcz przeciwnie – towarzyszą mu częste wizyty w takich miejscach, jak parki, kawiarnie i restauracje”, piszą Wellman i Rainie. Jednak, jak przypomina nam Ellen Goodman, felietonistka „Boston Globe”: „Wchodząc do kawiarni Starbucksa widzimy, że jedna trzecia klientów przyszła tam na randkę ze swoim laptopem”.

Właściwie nie ma w takiej sytuacji nic złego, ale trudno uznać ją za tworzenie bliskich więzi. A jednak rozmawianie z rodziną i przyjaciółmi przez telefon stacjonarny, komórkowy lub przez komunikator Skype jest najlepszym rozwiązaniem, jeśli nie możemy się z nimi spotkać (next best thing to being there), jak proroczo ujął to slogan reklamowy giganta telekomunikacyjnego Bell System. Ja niewątpliwie połknęłam bakcyla. Niedawno syn moich bliskich przyjaciół towarzyszył nam w paschalnym sederze za pośrednictwem Skype’a. Ethan odbywał w tym czasie służbę wojskową, ale „posadziliśmy” przy stole laptopa, dzięki któremu mogliśmy z nim rozmawiać. Inna przyjaciółka połączyła się z nami przez iPad swojego ojca, by wspólnie świętować chiński Nowy Rok. Urządzenie krążyło od osoby do osoby niczym kamera na weselu, aby każdy mógł jej złożyć życzenia. (...)

Internet: zbliżenie czy oddalenie?
Badanie przeprowadzone przez Pew Internet potwierdza, że użytkownicy telefonów komórkowych mają bardziej rozległe sieci osobiste – dokładnie o 12 procent – niż ci nieliczni, którzy stronią od komórek. Jednak w innej serii badań ta sama grupa naukowców wykazała, że osoby namiętnie korzystające z serwisów społecznościowych mają wprawdzie bardziej różnorodne sieci kontaktów elektronicznych, lecz znają mniej osób w swoim sąsiedztwie i są słabiej zintegrowane z lokalnymi społecznościami niż ci, którzy korzystają z tych portali bardziej wstrzemięźliwie. „Człowiek musi być odziany w społeczeństwo; w przeciwnym razie będzie do pewnego stopnia nagi i ubogi”, pisał w 1957 r. Ralph Waldo Emerson. Fakt – było to dawno temu, ale czy naprawdę aż tak bardzo zmieniliśmy się od tamtej pory?
Potęga i bezpośrednia dostępność mediów elektronicznych wytworzyły w nas przekonanie, że różne sposoby „odziewania się w społeczeństwo” przy pomocy kontaktów z ludźmi są względem siebie równoważne. Na kolejnych stronach tej książki zaprezentuję najświeższe doniesienia naukowe obalające taki pogląd. Media elektroniczne mogą zjednywać wyborców i wypierać prasę, jednak z punktu widzenia wpływu na zdolności poznawcze i zdrowie kontakt bezpośredni jest bezkonkurencyjny.

Łatwość nawiązywania kontaktów przy pomocy mediów elektronicznych zamydliła nam oczy. Skłoniła nas do uznania, że różne alternatywne formy kontaktu są jednoznaczne z osobistą obecnością, i wywołała złudne wrażenie poszerzania się naszych sieci społecznych. Tymczasem jeśli nawet rozwinęły się nasze kontakty elektroniczne, to sieci bezpośrednich relacji społecznych pozostały niezmienione, a kręgi osób, z którymi łączą nas bliskie więzi, wręcz się skurczyły. Skoro według większości Amerykanów jedyną osobą godną zaufania jest współmałżonek, to wygląda na to, że wielu z nas tylko jedna osoba dzieli od całkowitego osamotnienia.
Paradoksalnie, im dłużej żyjemy – co przecież powinno nas cieszyć – tym większe prawdopodobieństwo, że małżonek, partner lub bliscy przyjaciele odejdą z tego świata wcześniej, pozostawiając nas samych sobie. Jeśli nie było się na tyle zapobiegliwym, by dbać o więzi towarzyskie, życie w pojedynkę może oznaczać brak codziennych bezpośrednich kontaktów z ludźmi. Claude Fisher, socjolog z Uniwersytetu Berkeley, który od trzech dziesięcioleci prowadzi badania na temat sieci społecznych i życia w mieście, zauważa, że „coraz więcej Amerykanów żyje w pojedynkę”, a największą część tej grupy stanowią wdowcy i rozwodnicy. Samotnie mieszka obecnie jedna czwarta mężczyzn powyżej siedemdziesięciu pięciu lat i aż połowa kobiet w tym samym wieku. Wiele z tych osób rozwiodło się albo przeżyło swoich współmałżonków.

W Wielkiej Brytanii liczba osób mieszkających w pojedynkę podwoiła się od początku lat siedemdziesiątych XX wieku. Jak donosi „Daily Mail”, w 2010 r. o 140 procent wzrosła sprzedaż naczyń kuchennych przeznaczonych na pojedynczą porcję: „Maleńkie patelnie na jedno jajko, talerze na jedną grzankę i dzbanki na herbatę z jedną filiżanką należą do najczęściej kupowanych przyborów kuchennych”. Podczas gdy w drugiej połowie poprzedniego stulecia artykułem obowiązkowym były pojemne brytfanny, tak teraz „nawet wok do potraw kuchni chińskiej został pomniejszony stosownie do potrzeb singli”. Biorąc pod uwagę, że 80 procent obywateli Wielkiej Brytanii powyżej 85 lat mieszka samotnie, osoby przyrządzające omlet z jednego jajka to prawdopodobnie głównie seniorzy.

Te niezwykłe dane statystyczne można interpretować na różne sposoby. Dobra wiadomość jest taka, że mieszkańcy Ameryki Północnej, Japonii i Europy, a w szczególności kobiety, żyją obecnie dłużej niż kiedykolwiek i większość z nich może sobie pozwolić na mieszkanie w pojedynkę. Z drugiej strony jednak seniorzy mogliby żyć jeszcze dłużej, gdyby mieli odpowiednie towarzystwo. W badaniu przeprowadzonym w Finlandii i obejmującym niemal siedem tysięcy seniorów epidemiolodzy stwierdzili, że jednym z najlepszych predyktorów samotności jest mieszkanie samemu. Kiedy po czterech latach przeprowadzili drugą fazę badania, stwierdzili, że wśród osób odczuwających samotność – niezależnie od ich początkowego stanu zdrowia – śmiertelność w tym okresie była aż o 31 procent wyższa niż wśród osób, które łączyły bliskie relacje z ludźmi.

Szeroko zakrojone badanie z udziałem 11,5 tysiąca Japończyków w średnim wieku, które przeprowadził tokijski epidemiolog Motoki Iwasaki, wykazało, że największe ryzyko zgonu występowało wśród żyjących w mieście kobiet, które rzadko miały okazję do bezpośredniego kontaktu z rodziną. Iwasaki włączył do badania wszystkie kobiety w wieku 40–69 lat, mieszkające w japońskiej prefekturze Gunmo. Nie były zatem szczególnie wiekowe, nie cierpiały też z powodu biedy, a jednak ich życiowa odporność w zdecydowany sposób zależała od bezpośrednich kontaktów z ludźmi.

Susan Pinker jest psychologiem rozwojowym, felietonistką prasową i radiową, piszacą i mówiącą o naukach społecznych.




Wstecz

comments powered by Disqus