Wieści

Skąd ta nienawiść?

Dramat, który w zeszłym tygodniu rozegrał się w Kamiennej Górze, niewielkim dolnośląskim miasteczku poruszył całą Polskę. 27-letni Samuel N. wszedł do księgarni i uderzył siekierą w głowę 10-letnią Kamilę, która znajdowała się w sklepie z rodzicami. Dziecko zmarło kilka godzin później. Sprawcę niemal natychmiast zatrzymali świadkowie zdarzenia, rychło także okazało się, że dziewczynka padła ofiarą mordercy całkowicie przypadkowo. Mężczyzna przyznał, że był rozwścieczony, bo stracił prawo do zasiłku dla bezrobotnych. Czy był to jedyny powód okrutnej zbrodni? W doniesieniach medialnych pojawia się coraz więcej informacji o sprawcy.

Według „Gazety Wyborczej” w domu Samuela N. od dzieciństwa było dużo przemocy. Miał jej ponoć doznawać szczególnie od matki, byłej nauczycielki, wyrzuconej z pracy za agresywne zachowania wobec uczniów. Zabójca był podobno także w przeszłości szykanowany przez rówieśników, którzy dokuczali mu min. z powodu jego nietypowego imienia, oraz wyznania (rodzina to świadkowie Jehowy) oraz odmiennego zachowania, gdyż N. cierpi na zespół Tourette'a (zaburzenie neurologiczne obajwiące się min. tikami nerwowowymi i przymusem wypowiadania rozmiatych słów). Chłopak już wówczas także dopuszczał się aktów niebezpiecznej agresji, był karany za pobicie.

Czy przemoc doznawana w domu rodzinnym i od rówieśników może z jej ofiary także stworzyć sprawcę? Przypominamy tekst wybitnej psycholożki, pochodzacej z Polski Alice Miller (zmarła w 2010 roku) i rozmowę z terapuetką i psychiatrą Lubomirą Szawdyn.

GŁOS NIENAWIŚCI
 
Nienawiść kojarzy się zazwyczaj z niebezpiecznym przekleństwem, którego trzeba pozbyć się tak szybko, jak to możliwe. Nierzadko słyszy się, że nienawiść jest niczym trucizna, która uniemożliwia wyzdrowienie z zaznanych w dzieciństwie urazów.
Też uważam, że nienawiść może zatruwać organizm, lecz ma to miejsce tylko wtedy, gdy jest ona nieuświadomiona i kierowana w stronę obiektów zastępczych, tzw. kozłów ofiarnych. W takiej sytuacji nie ma podstaw, by uczucie to znikło samoistnie czy wyparowało. Na przykład nienawidzę imigrantów, lecz nie jestem w stanie zobaczyć, w jaki sposób traktowali mnie moi rodzice, gdy byłam dzieckiem – jak pozostawiali mnie, jako niemowlę, płaczącą godzinami i nigdy na mnie nie patrzyli z miłością. Cierpię więc z powodu utajonej nienawiści, która może towarzyszyć mi całe życie, objawiając się w nienawiści do imigrantów i wywołując w moim ciele różne symptomy. Piszę o tym w moich książkach „Ścieżki życia” i „Bunt ciała”.

Czasem ludzie dziękują rodzicom za otrzymane niegdyś ciosy. Twierdzą, że już dawno zapomnieli o tym, że byli ofiarami seksualnej przemocy. Że wybaczyli rodzicom grzechy i modlą się za nich. A jednocześnie nie są w stanie wychowywać swoich dzieci inaczej, niż z użyciem przemocy. Pedofile obnoszą się z miłością do dzieci i nie są świadomi tego, że w głębi duszy mszczą się za to, co im wyrządzono, gdy sami byli dziećmi. Działają pod wpływem nienawiści, nawet jeśli nie odczuwają jej świadomie.

Utajona nienawiść jest niebezpieczna. Trudno się jej pozbyć, gdy jest zwrócona nie w stronę sprawcy, ale w kierunku obiektów zastępczych. Zazwyczaj utrzymuje się wtedy przez całe życie pod przykrywką przeróżnych perwersji. Jest zagrożeniem i dla otoczenia, i dla osoby, która ją odczuwa.
Nienawiść, jak każde uczucie, opada, gdy ją dopuścimy do głosu i pozwolimy jej przebrzmieć. Różne wydarzenia lub napływ wspomnień mogą ją znów wskrzesić. Jednakże teraz już wiem, o co chodzi i skąd we mnie ta nienawiść. Jeśli poznam zło, które wyrządzili mi rodzice, i świadomie odczuję bunt przeciwko ich zachowaniom, to nie będę musiała przenosić nienawiści na osoby niemające z nią nic wspólnego. Nie jest to jednak zabieg, który można przeprowadzić za jednym zamachem. Rozległości poniżenia nie da się ogarnąć jednym spojrzeniem. To proces, podczas którego poszczególne aspekty dawnego maltretowania dopuszczamy do świadomości jeden po drugim, tak by uczucie nienawiści mogło z nas wypływać w miarę naszych psychicznych możliwości. Nienawiść jest wtedy logiczną konsekwencją tego, co się niegdyś stało i co jako dziecko dźwigaliśmy latami w milczeniu, a co teraz zaczynamy rozumieć.

Trudno wyobrazić sobie kogoś, kto jest torturowany i nie czuje nienawiści do swojego kata. Jeśli nie pozwala sobie na te uczucia, tłumi je, to odczuje je z pewnością jego ciało. W biografiach chrześcijańskich męczenników można znaleźć opisy straszliwych chorób, najczęściej chorób skóry. Ciało broni się w ten sposób przed zdradą siebie. Jeśli „święci” musieli przebaczyć swoim oprawcom, ich skóra była żywym świadectwem siły ich stłumionej nienawiści.
Nienawiść jest tylko uczuciem i jakkolwiek by była silna, jest tylko dowodem na to, że żyjemy i odczuwamy. Jeśli usiłujemy ją tłumić, zapłacimy za to wysoką cenę. Nienawiść mówi nam coś o naszych zranieniach, o naszej wrażliwości i wartościach, jakie wyznajemy. Musimy nauczyć się jej słuchać i rozumieć sens jej przekazu. Jeśli to potrafimy, nie powinniśmy już bać się nienawiści. Gdy nienawidzimy hipokryzji i kłamstwa, to dajemy sobie prawo, by je zwalczać wszędzie, gdzie to możliwe, lub rezygnujemy z utrzymywania kontaktów z ludźmi, którzy dają wiarę kłamstwu. Lecz jeśli zachowujemy się tak, jakby nas to nie dotykało, to zdradzamy samych siebie.

Wymóg wybaczania, z którym często się spotykamy, zachęca nas do zdrady siebie. Zalecane przez religię i tradycyjną moralność wybaczenie przedstawiane jest w różnych terapiach jako droga do wyleczenia. Nietrudno udowodnić, że ani modlitwy, ani ćwiczenia z autosugestii nie mogą wymazać reakcji obrony w obliczu poniżenia i ciosów zadawanych dziecku. Choroby męczenników pokazują dobitnie cenę, jaką trzeba zapłacić za stłumienie swoich uczuć. Czy nie byłoby prościej zapytać siebie, do kogo właściwie skierowana jest moja nienawiść, i uświadomić sobie, że jest ona całkowicie uzasadniona... Dajemy sobie wtedy możliwość bycia odpowiedzialnym za swoje uczucia, nie odrzucając ich i nie płacąc chorobą za cnotę wybaczania.

W wielu krajach bicie w szkołach jest integralną częścią procesu „wychowania”, czyli obowiązującą „metodą wychowawczą”. Ale żaden nauczyciel nie będzie bił dzieci, jeśli sam nie był bity w dzieciństwie. Jeśli jednak był bity czy wykorzystywany i musiał stłumić związaną z tym nienawiść, to potem, pracując z dziećmi, przenosi ją na nie, nie rozumiejąc, dlaczego to robi. Sądzę, że świadomość tego zjawiska mogłaby uchronić rzesze dzieci przed brutalnością. Podobnie byłoby, gdyby mężowie stanu mieli świadomość tego, jaka była ich historia osobista – narody uniknęłyby ich okrucieństwa i zaślepienia.

To nie nasze uczucia stanowią zagrożenie dla nas i dla otoczenia. Niebezpieczne bywa odcinanie się od nich ze strachem. To jest powodem istnienia tylu szaleńców i kamikadze, a także systemu sądownictwa, w którym nikt nie chce wiedzieć o rzeczywistych przyczynach przestępstw, ponieważ wciąż istnieje przymus ochrony rodziców zbrodniarzy i pozostawiania w cieniu tragicznych historii życia osób dokonujących takich przestępstw.

Alice Miller (tekst w oryginale nosił tytuł „Qu’est-ce que la haine?”), tłum. Maria M. Zamłyńska

DZIECKO JAK PRZEDMIOT

Dorota Krzemionka-Brózda: - Jakie są konsekwencje bicia dziecka?
Lubomira Szawdyn: – Dziecko bite będzie biło. Ci, co byli w dzieciństwie bici, hamują wewnętrzną agresję. Ale zostaje w nich nienawiść i złość, ona się nie ulatnia. Później, w dorosłym życiu, ta agresja ujawnia się pod wpływem silnej emocji. I wtedy oddają wszystko, co dostali jako dzieci.

– Z badań wynika, że ponad połowa rodziców akceptuje lanie jako metodę wychowawczą. Czy jest wyraźna granica między laniem a maltretowaniem?
– Gdy rodzic uderzy dziecko, to mamy do czynienia z zaburzeniem ról. Pamiętam, jak pierwszy raz klapnęłam po pupie moją córkę. Wiedziałam, że się zniżyłam: przecież to nie jest moja koleżanka, żebym się z nią szarpała. Ale większość rodziców sądzi, że mają prawo bić. Przestajemy wychowywać, a zaczynamy tresurę. Dziecko musi wiedzieć, w czym zawiniło, musi zostać za to ukarane i musi być mu wybaczone. Jeśli brakuje którejś z tych procedur, to cały proces wychowawczy diabli biorą. A dziś rodzic się spieszy i dziecko nie wie, za co dostało. Albo się dostaje lanie profilaktycznie. W rodzinie, w której bije się dzieci, nie wiadomo, kto jest rodzicem, kto dzieckiem, kto rządzi, czyje jest to dziecko. Pozostaje tylko chaos.

– Czy teraz coś się zmieniło? Dlaczego bicie dzieci jest tak powszechne?

– Ludzie sobie dają nowe prawa. Dajemy sobie prawo do tego, żeby zdradzać, bić. Bo nie mamy cierpliwości, bo ktoś ma lepiej, bo jestem zazdrosna. Zaniedbana została hierarchia wartości. U pradziadów był przekaz: „Bóg, honor, ojczyzna”. Teraz jedyną wartością jest dorabianie się. Ludzie dążą do złotego cielca. A kiedy nie mogą go zdobyć, to dopamina w nich szaleje i doprowadza do agresji. Dawniej była fala autoagresji: sznyty, cięcie się, próby samobójcze. Teraz agresja wyszła na zewnątrz. Spadła wartość życia i zdrowia, ważniejsze są pieniądze.

– Ale dzieci są nadal wartością.
– Robię z pacjentami takie ćwiczenie. Ktoś na czele wartości wypisuje: rodzina. A potem przez siedem dni co kwadrans zapisuje, co robi. I wychodzi, że przez tydzień na rodzinę przeznaczył godzinę lub półtorej. Ujawnia się zupełnie inna hierarchia wartości: najważniejsza jest praca, potem telewizja, przyjemności, znajomi. Dziecko jest teraz nie darem, ale uciążliwym przedmiotem. Dość kosztownym. Słyszę od ludzi: moje dziecko jest bardzo wymagające. Bo bez przerwy trzeba je nosić. Dziecko ma nie istnieć. Ma być cicho, grzeczne, czyste, najlepiej na fotografii.

– Co można zrobić, by przeciwdziałać biciu dzieci?
– Dwie rzeczy. Po pierwsze, trzeba wyczyścić sprawy legislacyjne. Musi być jasne prawo, bicie trzeba karać. Po drugie, trzeba kształcić różne osoby, które stają na drodze rodziny. Należy przygotować ludzi do bycia rodzicem. Podobnie jak są szkoły rodzenia, powinny też być permanentne szkoły matek – dla tych, które sobie nie radzą.

oprac. na podst. „Charaktery” 4/2006
grafika: Sandbox Studio/shutterstock.com

Wstecz

comments powered by Disqus