Wieści

Pies też człowiek

Andrzej Wajda w poradniku „Kurs mistrzowski” wspomina ważne zdarzenie. Przed kolaudacją „Człowieka z marmuru” toczył walkę z wieloma urzędami. Było to wyczerpujące, choć Mistrz miał poczucie, że panuje nad wszystkimi elementami gry. W tym mniej więcej okresie mocno zaniemógł jego pies. Pomimo wielu obowiązków reżyser znalazł czas, aby udać się z chorym ulubieńcem do weterynarza. Ten zbadał czworonoga i rzekł: „Jeśli się pan nie uspokoi, pies zginie”.
Psy wiedzą o nas więcej niż my o nich. Są znakomitymi psychologami społecznymi i rodzinnymi, świetnymi obserwatorami. Mają niezwykle bogaty „wiedzo-instynkt”, doskonałą pamięć i ściśle z nimi powiązaną umiejętność rozpoznawania i reagowania na stany emocjonalne. Zadaje to druzgocący kłam tezie Kartezjusza, że wszystkie stworzenia poza ludźmi to żywe automaty, napędzane tylko zestawem kilku instynktów.

Czworonożny opiekun
Pies – a tak naprawdę genetycznie wilk, tyle że powielony w różnych wcieleniach: rasach i rozmiarach – stoi na czele zastępu ważnych zwierząt, bez których człowiek nie przetrwałby. Bez psów, bydła, koni, kóz, owiec i świń z pewnością inaczej wyglądałyby losy i liczebność Homo sapiens, krajobraz kontynentów i kształt poszczególnych kultur.

Pies został udomowiony najwcześniej. Nigdy się nie dowiemy, jak to się stało. Coraz więcej badaczy twierdzi, że... to raczej pies oswoił człowieka. Wybrał rolę stróża–opiekuna–członka ludzkiego stadka, żywego narzędzia i niezbędnego pomocnika. I chyba miał rację, bo jego potężny dziki przodek, wilk, po tysiącach lat panowania na wszystkich kontynentach prawie wszędzie został wybity „co do nogi”. Choć i on nauczył się ostatnio żyć w pobliżu ludzkich siedzib, pozostając niemal niewidzialnym, niczym duch.

Wilki są niezwykle społecznymi i rodzinnymi stworzeniami. Pierwszymi psami, prapsami, były towarzyszące wędrownym ludzkim hordom wilczęta – prawdopodobnie słabsze sztuki z miotów. Ujawniały one wszystkie naturalne wilcze cechy i potrzeby, tyle że skierowały je na ludzi. Traktowały ich tak samo jak członków swoich watah – darzyły „dwunogi” miłością i lojalnością. Ale uczucia i oddanie to nie wszystko. Wilcze umiejętności, węch, słuch, szczęki i łapy spowodowały, że czworonożni współplemieńcy stali się ludziom niezbędni jako czujni strażnicy, niezawodni tropiciele i pomocnicy w łowach.

Każdy wilk/pies zawsze na pierwszym miejscu stawia życie młodych oraz interes i przetrwanie stada. Jeśli trzeba, walczy za nie i ginie bez wahania. Przymieranie głodem i codzienna harówka, wielokilometrowe rajdy po żer to dlań codzienność. Podobnie jak ciągła czujność i troska o swoich.

Na własnej skórze przekonał się o tym Shaun Ellis, autor książki Żyjący z wilkami, który na wiele miesięcy przystał do stada dzikich wilków. Najpierw odbył wieloletni „trening” jako kłusownik i leśnik, badacz przyrody, pół-Indianin, świetnie wyszkolony i doświadczony komandos. Dopiero po zdobyciu nadludzkiej wytrzymałości mógł raczkować na dole drabiny społecznej wilczej watahy. Był otaczany troskliwą opieką na równi z innymi niedojrzałymi członkami stada, dopuszczany do wspólnego jedzenia, a także z rzadka karcony, jeśli tylko na to zasłużył (ale delikatnie, bez specjalnego uszczerbku na ciele).

Filozof i wilk
Jeszcze lepszym przykładem wpływu wilka-psa na człowieka są losy pewnej pary. Przypadek zetknął dwa odległe bieguny, uosobienie dzikiej natury i produkt arcymiejskiej cywilizacji Zachodu. Mark Rowlands, absolwent filozofii, doktorant na Uniwersytecie Oksfordzkim, wykładowca uczelni w Irlandii, Anglii, Francji i USA, stał się nagle właścicielem puchatego wilczka. Pod jego wpływem miastowy jajogłowy, zaprzysięgły singiel i snobistyczny yuppie kompletnie zmienił styl życia – i samego siebie. I to zdecydowanie na lepsze. W książce Filozof i wilk opisał jedenaście lat wspólnego życia z „krwiożerczym drapieżnikiem”, czyli powolny, początkowo dość dotkliwy proces przekształcania się w bardziej społeczną jednostkę. Dzięki wilkowi filozof „wyszedł na ludzi”. Wiele skorzystał z relacji ze zwierzęciem – jako człowiek, filozof, pisarz i wykładowca. Po śmierci czworonożnego przyjaciela napisał: „Nauczył mnie czegoś, czego moja przedłużona oficjalna edukacja nie mogła mnie nauczyć i nie nauczyła”.

Wilk pomógł też filozofowi w karierze sportowej i towarzyskiej – na obecności imponującego zwierzaka skorzystał cały zespół uniwersyteckiej drużyny piłkarskiej. Towarzystwo wilka było nagrodą za najlepsze wyniki podczas meczów wyjazdowych. MVP (Most Valuable Player – Najcenniejszy gracz) z taką żywą maskotką u boku cieszył się niezwykłym zainteresowaniem płci przeciwnej. Nawiasem mówiąc według Marka Rowlandsa ludzie mają skłonność do pojmowania świata w sposób instrumentalny – miarą wartości jest funkcja, jaką coś/ktoś może spełniać (zwłaszcza przy zdobywaniu pokarmu i zaznawaniu przyjemności). Pies na samym końcu, dopiero w chwili spokoju, przypomina o swoim istnieniu i potrzebach: „Pogłaszcz mnie wreszcie! A może byśmy coś zjedli?”.

Tam leżał Argos
Dorota Sumińska, weterynarz z wieloletnim doświadczeniem i niestrudzona promotorka rozsądnej obecności zwierząt w mieście, uważa, że psy mają niezwykle pozytywny wpływ na ludzi w każdym wieku. W szczególności wspomagają harmonijny rozwój dzieci – poczynając od budowania bariery immunologicznej aż po kształtowanie relacji z rówieśnikami i towarzyszami zabaw, nie tylko tymi na czterech łapach.

Zwolennicy totalnej higieny ostrzegają przed brudem, jaki podobno roznoszą wszystkie psy. No cóż, najbrudniejszym przedmiotem w każdym domu jest kuchenny zmywak, który ma służyć do utrzymania czystości. Tymczasem psi język ma właściwości odkażające i lecznicze. Wielu lekarzy uważa, że dzieci wychowane w codziennym kontakcie z czworonogami wcale nie chorują częściej, a pedagodzy i psychologowie twierdzą, że znacznie lepiej odnajdują się w społeczeństwie. Co więcej, w rodzinach z psem więź emocjonalna jest silniejsza.

Już starożytni Grecy cenili psy. Ojciec Peryklesa, Ksantippos, postawił pomnik na grobie swego czworonożnego przyjaciela. Przylądek, gdzie go ulokowano, do dziś nosi nazwę Kynos Sema. Odnoszę wrażenie, że przyszły ojciec demokracji ateńskiej wiele wyniósł z takiego wychowania. Czy płakał po swoim współtowarzyszu, jak mityczny Odys na widok wiernego starego Argosa, który jako jedyny natychmiast rozpoznał swego pana i z radości skonał? „Tam leżał pies Argos (...) skoro poczuł zbliżającego się Odyssa, ruszył ogonem, spuścił uszy, ale nie miał siły podejść do pana. A ten odwrócił się, by utrzeć łzę ukradkiem (...) Argosa zaś doścignął los czarnej śmierci w tej samej chwili, kiedy ujrzał Odyssa” („Odyseja”, pieśń XVII, tłum. J. Parandowski). Perykles podobno znał na pamięć całego Homera. Może zatem zacytował przy pochówku psa „słowa skrzydlate” Homera – co czynił przy wielu okazjach, a przy wielkim uznaniu rodaków.

Psi sejsmograf
Jean Rolin, francuski dziennikarz-antropolog, w bestsellerze I ktoś rzucił za nim zdechłego psa dowiódł – opierając się na przykładach zaobserwowanych na całym świecie – że los psów, zwłaszcza bezdomnych, niczym najczulszy sejsmograf pokazuje stan społeczeństwa i aparatu państwa. Wszędzie, gdzie chwieje się ład społeczny, pojawiają się stada bezdomnych psów. Prof. Magdalena Środa trafiła w sedno: „Zwolennicy praw zwierząt często mówią, że stosunek ludzi do zwierząt odzwierciedla poziom naszej cywilizacji. Jean Rolin daje dowody na coś więcej: stosunek do zwierząt, a zwłaszcza psów, stworzonych przez człowieka i dla człowieka, odzwierciedla stopień spójności wspólnoty, jej harmonię, wewnętrzny pokój lub przeciwnie – rozpad struktur i więzi”.

Jacek Hugo-Bader, reporter z iście psim węchem, jak nikt potrafi wejść w trudy codziennego, zwyczajnego życia – w miełocz żizni – toczącego się w najdalszych krańcach Imperium, ale i w jego sercu, w Moskwie. W „Białej gorączce” poszedł tropem bezpańskiej, biezprizornej suki (z początku czytelnik jest święcie przekonany, że to bezdomne dziecko!) i w przejmujący sposób ukazał, jak w stołecznym molochu żyją tysiące psich i ludzkich kloszardów. Jean Rolin także sporo uwagi poświęcił tamtejszym psom – ich stada przeżyły drakońskie próby likwidacji przed sławetną olimpiadą, szybko odbudowały liczebność i przemyślnie wzbogaciły zestaw form przetrwania. Zdaniem Rolina to typowe dla bezdomnych psów, które posiadły sztukę przetrwania na obrzeżach i śmietnikach współczesnych cywilizacji, trawionych permanentnym kryzysem.

Każda totalitarna władza chętnie manifestuje siłę, „robiąc porządek” z bezdomnymi kundlami. Często najpierw giną psy, potem ludzie. Najstraszliwszy wynalazek XX wieku – komora gazowa, pojawił się jako propozycja ostatecznego rozwiązania kwestii rasowej, plagi psów-pariasów wałęsających się po ulicach Stambułu. Wtedy wybrano jednak tańsze wyjście: zagłodzono je na śmierć na bezludnej wysepce. Jakże to przypomina obozy zagłady, Archipelag Gułag, stadiony Pinocheta i innych, wojnę domową w byłej Jugosławii.

Jean Rolin używa angielskiego terminu feral dogs – powtórnie zdziczałe psy. Olga Tokarczuk słusznie podkreśliła, że w języku polskim (co zachwyciło Rolina) słowo feralny ma bogatsze znaczenie, podkreśla zwykle nieszczęśliwy los tych psów. Ale z niektórych opisów emanuje delikatna sugestia, że nie wszystkie z nich zostały wyrzucone na ulicę – jakby psy same doszły do wniosku, że to ludzie nie spełniają ich oczekiwań i w związku z tym muszą sobie radzić na własną łapę.
Zawsze żywią jednak gotowość – nawet kolejne bezpańskie pokolenia – do odnowienia więzi z człowiekiem. Nawiązują relacje z ludzkimi bezdomnymi, a ich przymierze przynosi korzyści obu stronom. Czworonogi prezentują też altruistyczne zachowania. Meksykańskie psy ochoczo odprowadzają ostatnich pijaków, nie oczekując niczego w zamian. Wystarcza im sama obecność i możliwość czuwania nad choćby chwilowym Panem. Ta instytucja wspólnego spaceru, bycia z człowiekiem praktycznie „za nic”, leży u podstaw psiej osobowości.

Zawsze przy nodze
Mela była wzięta z „bidula”. Dobrze wiedziała, że wygrała los na loterii życia i przy lada okazji (a i bez niej) okazywała potulność i wdzięczność wobec każdej osoby z jej nowego stada. Ale dopiero podczas pierwszego spaceru „po nic” zamieniła się w Niagarę radości. Po paru tygodniach jej sierść, wcześniej szara jak uliczny kurz, uzyskała piękną bursztynową barwę. Do każdego członka swojej rodziny oraz licznych jej ludzkich i psich satelitów umiała zastosować inny, lecz właściwy, kodeks zachowań i gestów. I nie jest w tym wcale wyjątkiem.

Prof. dr hab. Jolanta Antas, kierownik Zakładu Teorii Komunikacji na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, napisała książkę „Rozmowy z psem”, czyli komunikacja międzygatunkowa. W oparciu o doświadczenia i obserwacje prowadzone podczas codziennych spacerów, nie odwołując się do literatury naukowej, zarysowała „wizję psa” we współczesnej kulturze. Jak czytamy na okładce: „Autorka przedstawia możliwość porozumienia się człowieka z psem (...) pokazuje, jak wieloma sposobami opiekun może przekazać psu swoje oczekiwania i polecenia, a jednocześnie czytać i rozumieć przekaz psich sygnałów wyrażających potrzeby, emocje i troskę o ludzkiego towarzysza życia”.

Nasi przodkowie dzień w dzień i noc w noc walczyli o przetrwanie, borykali się z trudnościami, których nigdy by nie pokonali bez pomocy i bez dialogu z psami. Archeolog Małgorzata Talarczyk-Andrałojć w pracach o pochówkach psów w pradziejowych społeczeństwach Europy Środkowej dowiodła, że na przestrzeni tysięcy lat, od neolitu aż po schyłek starożytności, zwierzęta te odgrywały niezwykle ważną i niepowtarzalną rolę zarówno w życiu człowieka, jak i obrzędowości, a tym samym w najważniejszych sferach ludzkiej wyobraźni. „Najstarszym, a przy tym rejestrowanym we wszystkich okresach pradziejów zwyczajem, było grzebanie psów w grobach ludzkich (…) Jest najczęściej odsłanianym zwierzęciem, przy czym w przeciwieństwie do innych gatunków, psy występują niemal wyłącznie w postaci całych osobników”. Te zdania, choć wyrwane z kontekstu, mówią wiele, podobnie jak opisy 600 znalezisk, w których powtarzają się lakoniczne a poruszające sformułowania-metafory („przy nogach”, „na piersi”, „na progu chaty”).

O ciągłości tej tradycji piszą też Małgorzata Chochowska z Wyższej Szkoły Edukacji i Terapii w Toruniu i prof. Jerzy Tadeusz Marcinkowski z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu w pracy „Tanatos merda ogonem – zjawisko uczłowieczania zwierząt w kulturze na przykładzie tradycji funeralnych”, zamieszczonej w zbiorze W drodze do brzegu życia. Paradoks polega na tym, że każde padłe zwierzę, także domowe, jest według prawa traktowane jako odpad i musi zostać poddane utylizacji. Tymczasem wielu ludzi pragnie pochować zwierzęcego członka rodziny z należnym szacunkiem. I moim zdaniem wcale nie jest to ani „uczłowieczanie” psów, ani też „jeden z elementów charakterystycznych dla współczesnej kultury”, jak stwierdziła dr Urszula Sajewicz-Radtke, psycholog z SWPS, w wypowiedzi dla „Newsweeka”. Ulegamy prastarej i głęboko ludzkiej potrzebie, aby oddać hołd stworzeniu, które przez całe życie było wierne ludziom. Jak prawdziwy Pies, tak od pyska do ogona – i aż po grób. 

ARKADIUSZ SZARANIEC
jest teatrologiem, wiele lat pracował jako copywriter. Ekolog amator, zapalony obieżykraj, przy każdej nadarzającej się okazji ucieka „gdzie woda czysta i trawa zielona”. Skrajnie uzależniony od miejsc i szlaków, w których tworzy się alchemia natury i kultury.

foto: Nina Buday/shutterstock.com



Wstecz

comments powered by Disqus