Wieści

Blisko po męsku

Pewien mężczyzna, ojciec trzech córek, był tak zapracowany, że nigdy nie było go w domu. Nie pomagał żonie, bo uważał, że to nie jego domena – nauczono go, że domem zajmują się kobiety. Od czasu do czasu „walił pięścią w stół”, by podkreślić swoją rolę i zaznaczyć, kto tutaj rządzi. Pewnego razu – w czasie takiej wzmożonej ojcowskiej obecności – usłyszał coś, co nim do głębi wstrząsnęło: „Tato, ty lepiej idź do pracy!”.

Co i dla kogo dobre?
Niekiedy trudno przyjąć, że dziecko nie jest przedłużeniem nas samych. To mały człowiek, taki sam jak my, tylko bez doświadczenia, jakie my posiadamy. Często zapominamy, że to nie dzieci są dla nas, ale my jesteśmy dla dzieci. Powinniśmy pokazać im, jak żyć w świecie, który stawia wymagania, oczekuje, ale też daje coś w zamian, rozwija. Na ogół nasze pojmowanie rzeczywistości jest czarno-białe. Często oceniamy siebie i innych wyłącznie przez pryzmat sukcesów i porażek. Dzielimy świat na zwycięzców i przegranych. Dla siebie i własnych dzieci chcemy glorii zwycięzców – zwyciężanie oznacza bycie lepszym we wszystkim, co robimy, czego się podejmiemy. Nakładamy na dzieci liczne obowiązki, zapisujemy na dodatkowe zajęcia, kółka naukowe, bo wydaje nam się, że to jest dla nich dobre. Tymczasem to służy raczej nam do stworzenia pożądanego wizerunku w oczach własnych i innych ludzi.

Dziecko nie rodzi się z instrukcją obsługi. Postępujemy jednak tak, jakby rodzicielstwo było czymś w rodzaju planu „Jak wychować małego człowieka na dorosłego”, który my w pełni zrealizujemy, a dziecko doskonale się w ten plan wpisze. Nie ufamy własnej intuicji, lecz zdajemy się na poradniki, cudzą opinię... Nasze dzieci dorastają otoczone przedmiotami i urządzeniami, a nie ciepłem drugiego człowieka. Odkładamy je do łóżeczek, przy których ustawiamy na straży elektroniczne nianie, odrywamy od mlecznej piersi i planujemy, jak je wychować, by dały sobie radę. Takie wychowanie pełne jest frustracji – nie sensu. Nasze dzieci kształtuje to, jak się wobec nich i wobec siebie zachowujemy, kim jesteśmy w relacjach z nimi, co robimy. To nie nauka gry na skrzypcach czy w tenisa, kontrolowanie i zarządzanie czasem dzieci są dla nich najważniejsze, ale fakt, że spędzamy z nimi czas. Współczesne rodzicielstwo nie opiera się już na autorytecie – dzieci z łatwością znajdą w internecie czy zobaczą w telewizji, że dorośli wcale nie są nieomylni, nie wiedzą wszystkiego, popełniają błędy.

Ojciec obecny, czyli jaki?
Rodzicielstwo to nie tylko towarzyszenie dziecku w rozwoju, ale też szansa na osobisty rozwój rodzica. Dla mężczyzn doświadczenie rodzicielstwa jest okazją do budowania własnej, męskiej tożsamości. Jeśli nie mam wzorców ojcowskich z domu rodzinnego, to przecież mogę sam wybrać, jakim ojcem chcę być dla moich dzieci. Czy chcę się wpisać w kulturowy model ojca, którego zadaniem jest zarabianie na utrzymanie rodziny, zachowanie pewnego dystansu fizycznego i emocjonalnego, stawianie wymagań, egzekwowanie, wymierzanie kar? Czy może przełamię stereotyp i po prostu będę z dzieckiem – otwierając się na jego sygnały, potrzeby i starając się zrozumieć język, którym się komunikuje?

Jaki powinien być „prawdziwy mężczyzna”? Zapewne większość wymieniłaby takie cechy, jak: silny, dowcipny, konsekwentny, odpowiedzialny... Czy te same cechy pasują do mężczyzny, który jest ojcem małego dziecka? Z pewnością powinien być odpowiedzialny. Konsekwentny? To może być przydatne później. Dowcipny? Na zabawę z dzieckiem też trzeba nieco poczekać. Silny? Przy kruchym noworodku to nie siła jest potrzebna... W katalogu męskich cech trudno znaleźć te, które najbardziej wiążą się z początkami ojcostwa. Mężczyzna ma inne wzorce: ma działać, wykazywać się osiągnięciami, pokonywać trudności. Tymczasem kontakt z małym dzieckiem, zwłaszcza z noworodkiem, konfrontuje mężczyznę raczej z bezradnością niż skutecznością działania. Tutaj łatwo narazić mężczyznę na frustrację.

Gdy ma poczucie, że nie umie, nie potrafi, to nie angażuje się w opiekę nad dzieckiem – woli zająć się tym, co umie robić, idzie do pracy, odgradza się, zajmuje swoimi sprawami, a dzieci zostawia kobiecie, bo „kobiety przecież znają się na tym lepiej”. Czy jednak rzeczywiście tak jest? Czy kobiety wiedzą lepiej, jak opiekować się dziećmi? Trudno kategorycznie to stwierdzić. Tylko kobieta może urodzić dziecko i karmić je piersią – i to wszystko, co sprawia, że mężczyzna jest inny od kobiety w sprawach rodzicielstwa. Inny nie oznacza gorszy. Zdjęcie z mężczyzny schematów, w myśl których jest zbyt szorstki, niezgrabny, gruboskórny, niecierpliwy... by dobrze zająć się nowo narodzonym dzieckiem, otwiera szansę na nowe ojcostwo: ojcostwo świadome. O jakości opieki nad dzieckiem od chwili urodzenia decyduje nie płeć opiekuna, lecz jego doświadczenie. Rodzice najczęściej startują z tego samego poziomu wiedzy o noworodku. To, czy mężczyzna zdobędzie na tym polu więcej doświadczenia, zależy przede wszystkim od niego samego. Rodzicielstwo bliskości jest szansą dla mężczyzn.

W męskim wydaniu
Rodzicielstwo bliskości to koncepcja Marthy i Williama Searsów, którzy opierali się na teorii przywiązania, stworzonej przez Johna Bowlby’ego. Taki rodzaj rodzicielstwa jest idealny dla ojców – aktywizuje ich, pokazuje im możliwości, szanse, zachęca do nawiązywania relacji z dzieckiem. To podejście daje wiele wskazówek, nie jest autorytarne. Nawiązuje do potrzeby bliskości, która jest w każdym z nas. Ta potrzeba bywa przytłumiona, wtłoczona w kulturowe, niekiedy opresyjne, konwenanse. Rodzicielstwo bliskości wychodzi od założenia, że miliony lat ewolucji stworzyły takie a nie inne mechanizmy związane z przetrwaniem dziecka po narodzinach. Ewolucja wyposażyła ludzi w intuicyjne sposoby reagowania i zaspokajania potrzeb dziecka. Mężczyzna może włączać się w ten proces: nosić dziecko, spać przy nim, „nauczyć się” jego płaczu, dbać o równowagę i granice. Mężczyzna ma do zaoferowania dziecku swoją mądrość – już sama jego obecność przy dziecku jest ważna. Dziecko korzysta z tej więzi. Figura przywiązania obecna w teorii przywiązania odnosi się nie tylko do matki, lecz do każdego zaangażowanego emocjonalnie człowieka, który może stać się dla małego dziecka bezpieczną bazą. O bezpiecznej bazie pisała Mary Ainsworth, długoletnia współpracownica Bowlby’ego. Bezpieczna baza jest dla dziecka emocjonalnym oparciem. Może nią być nie tylko matka, ale każda osoba, której obecność jest dla dziecka istotna, a zatem również ojciec.

Siedem filarów
Podstawą rodzicielstwa bliskości jest siedem filarów:
1. bycie blisko dziecka od samego porodu,
2. karmienie piersią,
3. noszenie dziecka przy sobie,
4. spanie przy dziecku,
5. wrażliwość na płacz dziecka,
6. wystrzeganie się wszelkich „trenerów” dzieci,
7. zachowanie równowagi i granic.

Twórcy koncepcji rodzicielstwa bliskości zachęcają rodziców do korzystania z jej założeń i zasad, ale odradzają restrykcyjne stosowanie wszystkich punktów koncepcji. Searsowie zalecają rodzicom kreatywność i elastyczność w podejmowanych działaniach, które mają przede wszystkim tworzyć bliskość między rodzicami i dziećmi, a nie być źródłem stresów i zmartwień wynikających z uchybień wymaganiom. Rodzicielstwo bliskości pozwala budować przywiązanie i uczy oboje rodziców, jak odczytywać sygnały wysyłane przez noworodki i niemowlęta. Rodzicielstwo bliskości stawia na bliskość, dotyk, refleksję, zatrzymanie się w pędzie codzienności. Sprzyja wprowadzaniu równowagi i zmianie priorytetów. Daje wskazówki, w jaki sposób rodzice mogą zadbać o odpowiednie proporcje i granice, by ich więź z dzieckiem nie zamieniła się w uwikłanie.

To działa
Jestem przy młodszym synu od chwili narodzin, kilka nocy spędziłem na szpitalnej podłodze, by śpiewać mu „Hej, bysiulki moje...”. Śpimy razem z synem, dzięki czemu możemy zawsze sprawdzić, czy nie jest mu za zimno, bo lubi spać odkryty. Możemy przytulić go, żeby czuł bicie rodzicielskiego serca, a on lubi nas szukać swoją stopą. Nadal jest karmiony piersią, mimo że ma już dwa i pół roku. Bawimy się w „siłowanie” na kanapie, na łóżku – co jest też okazją do kontaktu „skóra do skóry”. Każdego dnia obserwuję z radością postępy syna, wypowiadane przez niego nowe słowa, jego zachowanie, wrażliwość. Pokazuję mu mój świat zachwytu przyrodą, świat łagodności i spokoju. Dopisuję to wszystko do grubego zeszytu, który ma długą historię. To historia mojego pierwszego syna, dziś już pełnoletniego człowieka. Nosiłem go często, pierwszą noc jego życia spałem przy nim... Z perspektywy lat wiem, że męskie rodzicielstwo bliskości po prostu działa. 

KRZYSZTOF ŚLIWIŃSKI jest psychologiem, psychometrą, trenerem i popularyzatorem psychologii. Współpracuje z Pracownią Testów Psychologicznych Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Prowadzi warsztaty rozwoju osobistego.

grafika: Magda Wolna


Wstecz

comments powered by Disqus