Wieści

Gra o (neo)średniowieczny Tron

Świat zachodni nie od dziś fascynuje się odbiciem współczesności w okrutnej quasi-średniowiecznej scenerii: czyli mediewalizmem w kulturze. Twórcza wyobraźnia pisarza ujawnia ambicje na miarę o trzy ćwierćwiecza wcześniejszego Śródziemia. Sukces niby-to-średniowiecznego świata George’a R. R. Martina nieprzypadkowo zakorzeniony jest w tej samej epoce, której wyobrażeniem uraczył wcześniej odbiorców z kręgu kultury zachodniej znakomity przetwórca jej symboli – John R. R. Tolkien. Teraz do ugrzecznionego Śródziemia dołączyło mniej poprawne – ale czy mniej prawdziwe? – Westeros.

Polacy są, jak poinformowała znana firma doradcza, drudzy po Amerykanach w ściąganiu tego serialu z internetowych serwisów, które niekoniecznie mają prawo do jego udostępniania. Lokalne polskie napisy powstają wysiłkiem młodych nieoficjalnych tłumaczy co tydzień równo z emisją odcinka. Wszystko po to, żeby nie płacić płatnym telewizjom abonamentów, ale żeby quasi-średniowiecznej opowieści nie przegapić. To ilustracja znacząca podwójnie, bo poszukiwanie w tak pozyskiwanej treści czegoś na kształt średniowiecza jest w znacznej mierze odpowiedzią właśnie na całą tę złożoną sytuację: na świat niejasnych reguł.

Niby-średniowiecze „Gry o Tron” to więcej niż stylizowana na tę epokę sceneria. Fascynacja Martinowskim quasi-średniowieczem to też fascynacja światem płynnych granic oraz równie płynnych lojalności i tożsamości. Taki właśnie płynny jest dzisiejszy świat Zachodu i zamieszkujące go zapatrzone w „Grę o Tron” społeczeństwa. Nawet podczas pokoju granice zmieniają się niemal jak w średniowiecznym imperium, co widać na przykładzie poszerzającej się Unii Europejskiej, będącej być może inkarnacją tegoż – zarazem z silnymi przecież tendencjami odśrodkowymi. Tu i ówdzie Zachód wyprawia wojskowe misje stabilizacyjne, ugruntowując swoje interesy. Niektórzy politolodzy mówią o takich sytuacjach, że to „neośredniowiecze” albo „neomediewalizm”: świat pod pewnymi względami podobny strukturalnie właśnie do pogardzanego średniowiecza.

Wielu widzów ogląda „Grę o Tron”, choć dobrze wie, co będzie dalej – książki są już przecież od dawna dostępne. Poza treścią liczy się jednak i uczestnictwo w widowisku. A to już znacznie więcej niż „rozrywka” czy „zabijanie czasu”.

Eros i Tanatos

Czy młodzi Polacy oglądają teraz z zapałem globalny epos o niby-to-europejskim-średniowieczu głównie po to, żeby z bezpiecznej odległości dotknąć zakazanego? Tak – i to podwójnie, bo dotykają zakazanej treści w zakazanej formie. Po pierwsze bowiem, w finałowych odcinkach czwartej serii główne role grały kazirodztwo i ojcobójstwo. Jeśli ta treść nas szokuje, to dlatego, że czytaliśmy średniowieczne legendy tylko w wersjach dla dzieci czy właśnie w wizji Tolkiena. A z nich mroczne sprawy wycinano. Nie oswoiliśmy się ze średniowieczem cynicznym, brutalnym i ubłoconym. Po drugie zaś, tuż przed premierą piątej serii „Gry o tron” w internecie wyciekły cztery pierwsze jej odcinki i zostały błyskawicznie przetłumaczone na polski. Jeśli i ten sposób dostępu do treści nas wciąż szokuje, to znaczy, że nie oswoiliśmy się też z neośredniowieczem: tym, że dziś wszystko jest płynne i mało który kodeks jednoznacznie obowiązuje. Średniowiecze i neośredniowiecze pozwalają tęsknić za ideałami, ale dopiero po zaakceptowaniu odległej od nich rzeczywistości. O tym mówi i treść, i forma udostępniania „Gry o Tron”.

Serial wypełniają erotyczno-tanatyczne popędy bohaterów i ich konsekwencje. Kazirodztwo – którego zakaz jest być może w skali globu powszechnikiem kulturowym – to wielkie tabu kultury. Jak w niejednym micie, tak i tu jest kamieniem wywołującym lawinę. Za wiedzę o pochodzeniu kolejnych młodych królów z kazirodczego związku serialowi bohaterowie giną. Obcowanie z tak silnym tabu odpowiada więc na potrzeby skonfrontowania się z popędami i zakazami uniwersalnie wpisanymi wręcz w socjobiologiczny byt człowieka.

Na taką potrzebę często odpowiadał mit. Uważa się go za przekaz prosty i jednoznaczny. Wbrew temu poglądowi, zawarty w licznych legendach mit średniowieczny nie jest prosty ani jednoznaczny. Najlepiej to widać zaglądając do średniowiecznych legend. Śmierć króla bywa zdarzeniem wieloznacznym i w wielu miejscach złowieszczym. Bywa w finałowych częściach legend wzajemnym ojcobójstwem i synobójstwem. Wraz ze wcześniejszym kazirodztwem stanowi ich ciemną stronę. „Gra o Tron” amerykańskiego pisarza i filmowców chwyta ten średniowieczny mit z podobnym zacięciem, z jakim ponad trzydzieści lat wcześniej dobrotliwy nestor brytyjskiego kina John Boorman umieszczał w swojej ekranizacji legend matkobójstwo. W średniowiecznych legendach było i ono, i niewierność królowej cudzołożącej z czołowym rycerzem dworu. Takie zabijanie i romansowanie na tle smoków i wypolerowanych zbroi bywało początkiem końca kraju.

Można więc patrzeć na zawarty w rycerskich legendach mit o końcu jako na pokazanie konsekwencji naruszania tabu i niekultywowania zasadniczych wartości. A jednocześnie jako na jaskrawe ujawnienie ludzkiej niedoskonałości, trudności sprostania ideałowi, być może skłonności do zła. Co znamy z tekstów średniowiecznych, wraca w „Grze o Tron” przetworzone. Skoro przetrwało tysiąc lat, może trwać i w kolejnej odsłonie: na ekranie laptopa w dwudziestym pierwszym wieku, z inną etykietą ale ze zbliżoną treścią. I to jest właśnie odpowiedź na zasadnicze pytanie: co w tym filmie (i dlaczego) przyciąga współczesnego widza? Otóż badacz mitu i średniowiecza odpowie, że to „mediewalizm”: mit zakorzeniony w średniowieczu. Przed nim na północy Europy właściwie nic nie ma w wyobraźni – wielkie religie przyszły tu z południa. Serial odwołuje się więc do bardzo odległych korzeni Europy.

Przede wszystkim jest jednak „Gra o Tron” odpowiedzią na takie a nie inne czasy. Bo serialem tym – wyliczmy jeszcze raz dla porządku – rządzi trzech władców. Eros i Tanatos: jak całą chyba kulturą i sztuką. A trzeci władca? To średniowiecze, epoka o mrocznej sławie, nie do końca zdefiniowana już choćby przez to, że tysiącletnia, rozciągnięta na lata 500-1500, a według niektórych mediewistów nawet znacznie dłuższa.

Poza seksem i zbrodnią we wszelkich odmianach, dla równowagi autor książkowego pierwowzoru dostarczył też wielu moralnych dylematów i moralnych przemian. Dotyczą takich tematów, które w zachodniej zbiorowej świadomości też przecież są związane z owym średniowiecznym światem: raz zacofanym i brutalnym, raz kojarzonym z mniej lub bardziej błyszczącymi zbrojami.

Samo już oglądanie cynizmu i okropieństw, zwłaszcza w wydaniu quasi-średniowiecznym, zdradza tęsknotę za jednoznacznością. Fascynacja mieczem, tarczą i zbroją to fascynacja światem, gdzie kodeks moralny jednak obowiązuje (choć obowiązuje jakby po to, żeby bohaterowie w swoich działaniach go skutecznie omijali). Nawet kiedy to robią, widz wie jaki mógłby być i jaki powinien być standard. Tym bardziej, że ów rycerski kodeks od czasu do czasu w owym świecie jakby Zachodu – przebranym w sugestywną nazwę „Westeros” – bywa jednak ku zaskoczeniu widza i samych bohaterów przestrzegany.

Objaśnianie średniowieczem neośredniowiecza


Nawet sam tytuł pierwszego tomu powieściowego cyklu, rozciągnięty na wieloodcinkowy i wielosezonowy serial, zdradza pewną płynność. „Game of Thrones” to przecież żadną miarą nie jest „Gra o Tron” – choć obiektem zakusów rzeczywiście jest Żelazny Tron – ale prędzej „Gra Tronów”. Czyli rodów, które się o to najważniejsze siedzisko starają. A to tylko początek wieloznaczności.

Różne generacje i różne narodowe kultury mają oczywiście swoje mediewalizmy. Jednak polski przemysł filmowy do tej pory nie sfilmował ani powieści o Bolesławie Chrobrym według Antoniego Gołubiewa ani nawet tych prostszych w odbiorze, Karola Bunscha. „Krzyżacy” wydają się już mocno przeterminowani, o „Starej Baśni” lepiej chyba zamilczeć. Pustkę wypełnia więc dzieło kulturowego hegemona zza Oceanu, który filmować potrafi.  Tyle że globalne mediewalistyczne uniesienia mają rozmach globalnego neośredniowiecza.

Tu właśnie wraca wątek tego, jak Polacy oglądają. Skala zainteresowania „Grą o Tron” w Internecie, którą z mniej lub bardziej prawdziwą troską o polską gospodarkę przedstawiła firma doradcza, to też emanacja neośredniowiecza. Popkulturowy nieurodzaj i konieczność nagrywania kaset czy przegrywania ich od znajomych to już przeszłość. Dla osób wyrosłych wśród światłowodów dylemat „piracić” czy „konsumować legalną kulturę” jest ledwo zrozumiały i pozostaje płynny jak granice imperium. W zawiłej konstrukcji globalnego Internetu reguły dopiero się tworzą, co sprzyja samodzielnemu wykuwaniu przez (jednak mniej zasobnych) polskich odbiorców darmowego dostępu. Mimo że wysokobudżetowe filmy nie były zamierzone jako dobro wspólne, nowe media okazują się technologiami dzielenia się nimi jako treściami kultury. Do „Gry o Tron” łatwo się dostać online, co nie jest bez znaczenia dla pozyskiwanego przez nią właśnie statusu współczesnego „kanonu”.

Do odbioru quasi-średniowiecznego serialu jako do wielogodzinnej lektury audiowizualnej potrzebna jest też motywacja. Pociągające jest głównie to, że doświadczenie jest globalne. Odbiór można wręcz dzielić ze światem, oglądając rzecz (w obiegu oficjalnym) już nad ranem, tuż po amerykańskiej premierze. Kulturowy hegemon ma pierwszeństwo, ale głównie symboliczne. Taki już jest los centrum. Na naszych oczach urzeczywistnia się więc globalna telewizja albo nawet globalne kino. Niektórzy mają też przywilej czasu i koncentracji, umożliwiających dyskusje o wspólnej lekturze drukowanej. Anglojęzyczny internet jest tej dyskusji pełen – wnikliwej i twórczej.

Taka oto lektura, neośredniowieczna w swojej audiowizualnej filmowo-internetowej tasiemcowej formie a mediewalistyczna w treści, okazuje się dziś szczególnie odpowiadać na potrzeby masowego odbiorcy. I to potrzeby ujawniane ponad granicami państw.

Mediewalizm zaspokaja potrzebę zaakcentowania neośredniowiecza, w którym sami jesteśmy częściowo zanurzeni. Światem rządzą – powiadał dawno wielki historyk – dwie wielkie idee, antyk i średniowiecze. Kiedy wytworzyło się globalne neośredniowiecze w międzynarodowych stosunkach politycznych (płynne granice) czy gospodarczych (płynne transfery wirtualnych pieniędzy), to w życiu codziennym chcemy na quasi-średniowiecze popatrzeć. A to najlepiej dziś oddaje lektura dostarczona przez euro-amerykański system („euro-” także dlatego, że średniowiecze było jednak europejskie; to główny wkład Europy w ten amerykański sukces).

Lektura umacnia neośredniowiecze, ale i prowadzi ku czemuś nowemu: stawia przecież pytania o legitymizację władzy. Skoro pretendentów do Żelaznego Tronu jest tak wielu, a każdy ma trochę racji, to czym jest rządzenie? Co dyskwalifikuje rządzących? Wielką euro-amerykańską zdobyczą jest zdolność do samokrytyki, samokontestowania, a przynajmniej stawiania dosadnych, nawet jeśli niepogłębionych, pytań o kondycję – także tę moralną. Czas pokaże, czy dobrze jest mieć tę zdolność w zbiorowej świadomości. Tymczasem widać, że do jej najlepszego wyrażenia potrzeba otoczki średniowiecza takiego jak z legend pełnych mrocznego mitu: o kazirodztwie, ojcobójstwie, weselnych rzeziach, kanibalizmie, ucinanych dłoniach i rozrywanych gołymi rękami czaszkach. A wszystko podszyte wieloznacznością: dawno już nie wiadomo czyja jest racja, i co właściwie miałoby za tą racją przemawiać.

Dr Piotr Toczyski pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii APS, badając wpływ internetu na współczesne społeczeństwa. Związany z międzynarodowym środowiskiem przeglądu „Medievally Speaking”, napisał książkę o średniowieczu i neośredniowieczu „Jak mit jednoczy Europę?” (wyd. Collegium Civitas Press, 2013). W 2006, 2009 i 2012 wygłaszał referaty na największych światowych kongresach studiów nad średniowieczem w Western Michigan University. W czasopiśmie „ALBO albo. Problemy psychologii i kultury” opublikował niedawno analizę ekranizacji średniowiecznych legend arturiańskich według Johna Boormana.

foto: HBO

Wstecz

comments powered by Disqus