Wieści

Zbrodnia w „prime time”

Kilka tygodni temu przez media jak meteor przemknęła informacja o brutalnym morderstwie małżeństwa, które zaplanowała nastolatka, domorosła poetka, wraz ze swoim chłopakiem, synem zamordowanych. Towarzyszyła owym doniesieniom ogólnopolska pogarda dla młodocianych bestii, ale i patologiczna fascynacja: profil zabójczyni w kilka godzin odnotował gwałtowny przyrost odwiedzających, wylewających co prawda strumień nienawiści, ale z drugiej strony wszak zafascynowanych przypadkiem, chętnych poczynić zwiad, co też siedziało w jej głowie, co zamieszczała w galeriach, jak komentowała to czy owo, kogo znała, co „zalubiała” itd.  Zło tego kalibru i w tej formie wciąż jest – na szczęście – złem niestatystycznym (w dalszym ciągu więcej jest samobójców niż zamordowanych, choć może się wydawać odwrotnie). Dopiero od niedawna jednak owo niestatystyczne zło pojawia się tak blisko: wystarczy wszak włączyć komputer, by dowiedzieć się, że od mordercy dzieli nas – jak zwą to socjologowie – 5–6 stopni oddalenia, czyli znajomi znajomych, znajomych... Na tym rzecz jasna nie koniec. Wystarczy kliknięcie, by przenieść się na strony z wideo z dekapitacji gdzieś na Bliskim Wschodzie. Nie trzeba szukać długo, by znaleźć obrazy krwawych kilkumetrowych kleksów, które zostawia po sobie zamachowiec samobójca, albo ludzi pędzonych przez ISIS dziesiątkami na śmierć.  

Zło powszednieje

Pobrzmiewają mi w głowie słowa Manfreda Spitzera wsparte niepokojącymi wynikami badań, z których wynika, że ekspozycja na tego rodzaju obrazy powoduje stosunkowo szybkie zmiany w mózgu – najbardziej plastycznym organie naszego ciała. Obcując z podobnym przekazem, z dnia na dzień uczymy się, że straszliwe zło przestaje być czymś niestatystycznym i zamienia się w normę. Jednocześnie dopada nas stopniowa znieczulica – jesteśmy skłonni zachowywać się bardziej agresywnie, tolerować przemoc, traktować innych bardziej przedmiotowo. Zło tolerować i popełniać znacznie łatwiej, gdy słabo znamy ofiarę – prościej ją wówczas uprzedmiotowić, potraktować jak zwierzę, nie jak drugiego człowieka. O wiele łatwiej również potraktować całe zdarzenie jak kolejny „tylko” medialny fakt. Problem w tym, że społeczeństwo, w jakim żyjemy, powoli uczy nas odczłowieczać nasze codzienne relacje, a z ludzkiego dramatu robi kolejną krwawą jatkę w „prime time”.  

Dehumanizacja postępuje
 
Pod wpływem informacji docierających z telewizji i internetu u wielu z nas powstaje przekonanie, że świat jest nieprzyjazny i wrogi, a po ludziach nie można spodziewać się niczego dobrego. O wiele łatwiej koncentrować się na zabójcach, a nie na bólu ofiar.  Problem ten ma różne oblicza i dotyczy wielu z nas. Całkiem niedawno, tłumacząc na zajęciach zjawisko atrybucji wewnętrznej i zewnętrznej, poprosiłem studentów o wyobrażenie sobie następującej sytuacji: stoicie na skrzyżowaniu na czerwonym świetle. Przed wami jest tylko jeden samochód. Światło zmienia się na zielone, ale samochód stoi. Co myślicie? Padały różne odpowiedzi: Blondynka. Debil. Dziadek w kapelutku. Trąbicie? No jasne! Prawie nikt nie bierze pod uwagę choćby możliwości awarii, nie mówiąc już o zawale serca i konieczności wezwania pomocy. Jako ludzie mamy dużą skłonność, by za stan rzeczy obwiniać innych, a nie obiektywne warunki sytuacyjne.  

Winni są inni
To niebezpieczna praktyka, która utwierdza nas w przekonaniu, że punkt widzenia innych jest bez znaczenia i że nie musimy się nim przejmować. Stąd już bardzo niedaleko do czynienia drugiemu realnej krzywdy. A przecież jest to strategia działania bardzo powszechna, wyniszczająca życie zawodowe wielu z nas. Warto czasem zastanowić się nad powodem działania innych ludzi – chwila zastanowienia sprawia, że łatwiej nam dostrzec inny punkt widzenia. Bez tego znacznie łatwiej nacisnąć klakson. Albo pociągnąć za spust. 

Dr Tomasz Kozłowski,
dziekan Wydziału Studiów Edukacyjnych, kierownik Katedry Kulturoznawstwa i Marketingu Internetowego w Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu.

foto: Kamira/shutterstock.com

Wstecz

comments powered by Disqus