Wieści

Oscary 2015 - garść subiektywnych rekomendacji

Dwa najciekawsze filmy tegorocznej ceremonii to jednocześnie dwa tytuły najbardziej pokrzywdzone w ostatecznym rozdaniu. „Boyhood” Richarda Linklatera (uhonorowane jedynie aktorską statuetką dla Patricii Arquette) ma w sobie coś, co uczeni w piśmie zwykli nazywają „kunsztem nieprostej prostoty”. Kręcony przez dwanaście lat film o pewnej rodzinie z Teksasu bardzo łatwo skwitować wzruszeniem ramion: „tylko tyle?” A może jednak „aż tyle”? Linklaterowi udała się bowiem rzecz niezwykła i w filmie fabularnym bezprecedensowa: zarejestrował upływ czasu, który jest czymś więcej niż czasem wykreowanym na ekranie. Zmieniający się fizycznie aktorzy, a wraz z nimi ich bohaterowie, do tego uchwycone jakby mimochodem przemiany amerykańskiej rzeczywistości, pozwalają odczuć niemal na własnej skórze etapy dorastania młodszych bohaterów, jak i cierpki smak przemijania, które staje się udziałem ich rodziców. Linklater w swoim filmie pozwolił życiu po prostu płynąć. Nie skupił się na tym, co w nim najbardziej przełomowe i formatywne, ale na rzeczach najbardziej zwyczajnych i pozornie najmniej fotogenicznych.

Amerykańska Akademia zignorowała również „Foxcatchera” Bennetta Millera, najbardziej wyrafinowany spośród tytułów nominowanych w głównej kategorii.

To rodzaj kina, które ze wszystkich sił nie chce być tym, czym się wydaje. Kiedy do posiadłości Johna du Ponta trafia utytułowany zapaśnik, by pod okiem amerykańskiego multimilionera trenować do olimpiady w Seulu, nie spodziewamy się, że film o sporcie, a zarazem oparta na faktach tragiczna historia relacji zawodnika i jego sponsora rozgrywająca się w latach osiemdziesiątych, wyewoluuje w kierunku krytycznego w swej wymowie thrillera. Jego głównym bohaterem staje się bowiem Ameryka jak najbardziej współczesna, z jej kultem broni i podejrzanymi powiązaniami polityki i biznesu.

Pośród oscarowych triumfatorów są filmy, które warto obejrzeć nie tylko dla samych statuetek czy niezwykle silnego emocjonalnego przekazu, ale po to, by zobaczyć, jak pięknie ich twórcy potrafią naszymi emocjami manipulować. To właśnie przypadek zwycięskiego „Birdmana” Alejandro Gonzáleza Iñarritu, gdzie banalna w gruncie rzeczy historia skrachowanego gwiazdora planującego spektakularny powrót nakręcona została z tak wielką wizualną maestrią, że widzowi przez większą część seansu trudno złapać tchu, a co dopiero trzeźwo pomyśleć.

Podobnie działa „Whiplash”, nakręcony przez arcyzdolnego trzydziestolatka Damiena Chazelle`a – opowieść o młodym perkusiście, który wchodzi w rodzaj sadomasochistycznej relacji ze swoim mistrzem. Stężenie psychologicznej i fizycznej przemocy jest tu tak duże, że bliżej „Whiplashowi” do filmu sportowego niż muzycznego. Wychodzimy z kina ostro przeczołgani, a zarazem w nastroju mocno polemicznym. I to jest bodaj największą wartością filmu Chazelle`a, który w pierwszym odruchu porywa swoją publiczność, by po wygaśnięciu napisów końcowych skłonić do gruntownego namysłu, a nawet do fundamentalnego sporu.

Do prześwietlenia reżyserskiej strategii skłania także niezwykle popularny w USA „Snajper” Clinta Eastwooda. Film wyraźnie heroizuje biografię amerykańskiego komandosa i tworzy na ekranie imponujące widowisko wojenne, choć jednocześnie lawiruje pomiędzy sensem i bezsensem wojny. Próbuje zmieścić się między polityczną koniecznością i pochwałą militarnej skuteczności bohatera a przerażeniem psychicznymi kosztami wojny.

Pośród oscarowych filmów znanych i uznanych są także dwa godne uwagi tytuły, które ciągle czekają na polską premierę: konkurujące z „Idą” „Timbuktu” Abderrahmane`a Sissako (film o terrorze dżihadystów wejdzie do naszych kin w czerwcu) oraz „Motyl Still Alice” Richarda Glatzera i Washa Westmorelanda (data premiery ciągle nieznana). Dla czytelników „Charakterów” ciekawszy będzie z pewnością drugi z tytułów. Nagrodzona Oscarem (wreszcie!) Julianne Moore wciela się tu w postać uznanej profesor lingwistyki, u której zdiagnozowano alzheimera. Film pozwala wniknąć w świat osoby tracącej kontakt z rzeczywistością, ale ciągle jeszcze świadomej dokonujących się w niej zmian. Poza dokumentalnym „Nie za pomnij mnie” Davida Sievekinga trudno byłoby znaleźć w kinie tak poruszające stadium psychicznego rozpadu, a przy tym tak sugestywny obraz rozpaczliwej walki o zachowanie godności w obliczu nieuleczalnej choroby.

I wreszcie „Ida”. Wszystkim tym, którzy jeszcze nie widzieli zwycięskiego filmu nieanglojęzycznego, gorąco go polecam. Nie dla oscarowego splendoru czy patriotycznej euforii, ale po to wyrobić sobie własny osąd, wolny od politycznego koniunkturalizmu i towarzyszącego mu jazgotu. Ciekawe zresztą, na ile międzynarodowy triumf filmu Pawła Pawlikowskiego poprawi wyniki „Idy” w polskich kinach, dotychczas zaskakująco słabe.

Anita Piotrowska
grafika: hxdbzxy / Shutterstock.com

Wstecz

comments powered by Disqus