Tomasz Maruszewski

Wspólny grunt

Kiedy nie ma ani wspólnego gruntu pojęciowego, ani możliwości podejmowania wspólnych działań, pozostaje przymus.

Warunkiem skutecznej komunikacji jest tzw. wspólny grunt. Z grubsza polega to na tym, że ludzie przyjmują, iż posługują się pojęciami mającymi identyczne znaczenie. Kiedy opowiadam historyjkę o psie, wiem, że słuchacz wie, czym jest pies. Wydaje się to oczywiste. Tymczasem w wielu wypadkach słowa oznaczają coś innego. Niedawno jechałem pociągiem Intercity, który nazywał się „Błyskawica”. Można było spodziewać się zawrotnych szybkości – nic podobnego. Przemierzał trasę wolniej niż zwykły TLK. Za to był nowiuteńki i czysty. Można powiedzieć, że w żaden sposób nie pasował do innego określenia: „Polska w ruinie” – w tym pociągi rzecz jasna.


Badacze procesów poznawczych dawno temu stwierdzili, że etykieta, którą wykorzystuje się na określenie kategorii, wpływa na ludzkie przekonania i decyzje silniej, aniżeli rzeczywiste cechy obiektów wchodzących w zakres tej kategorii. Ta zależność jest wykorzystywana na wiele różnych sposobów – w reklamie i w debatach politycznych. Nikt nie analizuje bliżej znaczenia haseł politycznych, które odwołują się głównie do emocji, choć sprawiają zupełnie inne wrażenie. W niedawnej kampanii posługiwano się hasłem „Dobra zmiana”. Słowo „dobra” użyte jest na wyrost, ponieważ o tym, jaka ta zmiana będzie, przekonamy się dopiero wtedy, kiedy odczujemy jej skutki. Nikt jednak tak daleko nie myśli – skoro ma być dobrze, to tak będzie. Trzeba uwierzyć, a wiara czyni cuda. Jeśli ktoś myśli inaczej, to mąci ludziom w głowach (mówiąc inaczej, tu już działają emocje, a nie rozum). Jednak skądinąd wiadomo, że najtrudniej jest przewidzieć, jak w przyszłości potoczą się sprawy, jakie mogą pojawić się przeszkody, co może spowodować, że ta zmiana będzie inna niż wcześniej deklarowana. Uczciwiej byłoby powiedzieć „Nasza zmiana”, gdyż jest to zmiana proponowana przez pewną partię, a biorąc pod uwagę sposób jej wprowadzania, jest to „Naszejsza zmiana”.


Michael Tomasello w książce poświęconej historii ludzkiego poznania zwraca uwagę na to, że ludzkie myślenie i działanie możemy zrozumieć, jeśli przyjmiemy hipotezę dzielonej intencjonalności. Chodzi tu nie tylko o rozumienie przekazywanych informacji, lecz przede wszystkim o odtworzenie intencji osób, które te komunikaty wysłały. Trzeba dokonać pewnej symulacji, dzięki której potrafimy określić, jakie cele próbuje zrealizować druga osoba i jak przekazywane nam informacje mają jej w tym pomóc. Dobrze, jeśli cele osoby A i osoby B są zbliżone. Partnerzy mogą podjąć wspólny wysiłek, by je osiągnąć. To jest podstawa wszelkiej kooperacji. Gorzej, jeśli cele osoby A uniemożliwiają osobie B osiągnięcie czegoś innego. A i B mogą doskonale zdawać sobie z tego sprawę i wtedy dochodzi do konkurencji lub wręcz konfliktu. Jednak czasami A nie potrafi zrekonstruować, na czym zależy B i błędnie zakłada, że zależy mu na tym samym.

W efekcie, kiedy B zaczyna się buntować, stwierdza, że trzeba dać mu nauczkę: pokazać siłę, pokazać, że nie ma wystarczających kompetencji, by coś zrozumieć („gorszy sort”), wykorzystać innych, by za pomocą „kulturalnej” perswazji pokazali B, gdzie jest jego miejsce (vide maile pod adresem osób i instytucji wysyłających listy otwarte). W efekcie nie ma ani wspólnego gruntu pojęciowego, ani możliwości podejmowania wspólnych działań. Pozostaje przymus…

Tomasz Maruszewski

Tomasz Maruszewski

specjalizuje się w psychologii procesów poznawczych i emocji, autor m.in. książki Pamięć autobiograficzna.

Wstecz

comments powered by Disqus